Ślimaki i skalpel

17.07.2012

Lisboa

Bifana to bułka ze słabym schaboszczakiem w środku. Na
statku też, jak się okazało, jemy bifany, gdy podkradamy z kambuza kotlety i
wynosimy je między kromkami chleba…

Byliśmy wczoraj wieczorem w tej knajpce, w której
spotkaliśmy Iwkę. Właściciel, mały podstarzały i szpakowaty choleryk, był w
dobrym humorze, więc kuchnia (quisina) była otwarta. Wino białe „de mesa” podał
nam w dzbankach z czerwonej gliny toczonych na kole. Na stołach cerata
przykryta papierowymi ręcznikami gigantycznych rozmiarów. Zamówiliśmy ślimaki. Właściciwie
ślimaczki, takie małe,jakie rozdeptuje się niechcący na chodniku. Wydłubuje się
je wykałaczką, mają zakręcone ogonki i czułki. Jak się patrzy na taki specyfik,
to się człowiekowi wydaje, żeślimak się zaraz schowa do muszelki. A w smaku
gorsze od winniczków.

Potem jeszcze do knajpki za dworcem na caipirinhe. Murzyneczki
nie było, tylko gruby łysawy pan. Dał nam krzesła, drinki, a potem rachunek. Znowu
się nie zgadzało, ale tym razem po zrzucie mieliśmy kasy za mało. Otóż dziwna
to rzecz w portugalskich knajpach- ceny rosną z dnia na dzień, w naszym
przypadku z 3,50 na 4,50Eu. Lepsza już była murzyneczka.

Miejsce to nazywa się „Steps” i wiemy już, dlaczego. Za witryną
obserwowaliśmy pary tańczące tango. Zwykli ludzie ruszali się tak, jakby kocimi
ruchami skradali się pomarmurowej posadzce. Pary zgrywały się idealnie,
posuwiste i ociągające się ruchy, niesamowite wyczucie muzyki… obie z Kaczką
byłyśmy zauroczone.Powróciliśmy na bryg po północy i po dwóch kolejkach
caipirinhi. Doktor wyciągnął z chłodni nasączającego się od rana Morganem
arbuza i melony. W stroju fachowym, bo w chirurgicznej czapeczce i czołówce
oraz lateksowych rękawiczkach rozpoczął krojenie owoców. Wyglądało trochę jak
sekcja zwłok, gdyby nie to, że te zwłoki owocowe były do jedzenia.

 A dziś… wreszcie
muzeum fado. W środku nic powalającego, w miarę nowoczesne, ale najważniejszy
okazał się – o ironio – sklep z pamiątkami. Na manekinie wisiała tam chusta
taka jak ta, która zahipnotyzowała mnie na śpiewaczce fado. Piękne długie
frendzelki. Wyjęłam kartę, przemogłam się do wpisania pinu i odeszłam z
poczuciem słodkiego grzechu. Chusta jest piękna, czysty jedwab, ręcznie
malowana. Pikna.

Dziś ma być najgorętszy dzień w roku. Chyba zostanę w koi.

Transformers i fado

16.07.2012

Lisboa

Po dwugodzinnym biadoleniu przez telefon wreszcie zgodzili
sie nas wpuscic do Lizbony. W nocy zerwało nas z kotwicy, wiatr osiągał 45
węzłów. Poza tym zawracanie głowy z tym pontonowaniem.

Płyniemy do Lizbony. Moja wachta, więc dojechałam do Torre
Belem po pilota. Instruktor Daniel z dziobu meldował kolejne „transformersy”,
czyli w wydaniu doktora „transportery”, czyli znaczy statku duże. Gorąco
niemiłosiernie, na rzece wiatru niewiele, tak więc smażymy się na mostku. Dwóch
chłopaczków zasuwa na trumsla popatrzeć na most z bliska. Zasłużyli, bo przed
chwilą zasuwali tam z odbijaczami…żeby ochronić tom masztu, rzecz jasna,
zgodnie z dobrą praktyką morską. Uświadomiliśmy ich na pierwszej platformie
brawami i owacjami za pięknie przeprowadzoną akcję nabrania się na żarcik. Pewnie
żarcik wykluł się w skutek gorąca, bo pączkował od dawna.

Keja pusta i za płotem. Do jednej bramy kilometr, do drugiej
800m. Radości wiele i odciski przez takie spacerki… Woda się kończy, więc
trym portowy w formie pudrowania syfa. Nałożyłyśmy sukienki z Kaczką i
Krysią,bo przecież stolica i wieczór i wino. Oczywiście jedna bramka była
zamknięta, więc na miasto wyszliśmy dopiero po 3 km… Bar za dworcem, duże
piwo, caipirinha za 3,5Eu zrobiona z rumu smakującego niczym „brandy vieux” od
kilońskiego shipchandlera. Miło było i leniwie, bo nie trzeba było chodzić, bo
Karolowi wpadła w oko ciemnoskóra barmanka, więc chętnie domawiał trunki.

W międzyczasie podjechał samochód akcji charytatywnej. Taki
busik niewielki. Za nim natychmiast zrobiła się kolejka potrzebujących, wydane
zostało jedzenie i busik odjechał. Wszystko po cichu, czysto, bez zamieszania.
Szkoda, że w Warszawie nie zdarzają się takie scenki.

A po piwie na jedzenie. Idziemy starym miastem pod górkę.
Karol pyta „co to fado”, a ja na to, że smutne piosenki i że chcę zobaczyć
muzeum, tylko nie wiem, gdzie jest. Wszyscy się odwracają zdziwieni i ktoś
litościwie wskazuje budynek po lewej. Spuściłam czarne okulary na oczy, bo widać
w świetle słonecznym nie działają.

W małej knajpce przy ryneczku z Museo de Fado siedzimy my i
jemy krewetki królewskie w przepysznym sosie. Każdy wytarł talerz do sucha
chlebkiem. Wino białe wytrawne i super oliwki. Uczta śródziemnomorska.
Nieopodal na murku siedzi pan lump lokalny na oko po sześćdziesiątce i spożywa
wino. Na sobie ma tylko szorty i brodę, za to śmieje się non stop. Może i
biedna ta jego starość, ale chciałabym się w tym wieku tyle śmiać.

W tle słychać zawodzenie. To chyba to fado. Po krewetkach
idziemy dalej w miasto. Chłopaki spotykają dziewczynę, Iwkę, która pomagała im
bardzo kilka lat temu podczas przymusowego kilkumiesięcznego kiblowania statku
w Lizbonie. Niespodziewajka, a jaka miła.

Nie chcą nas wpuścić do żadnej z małych knajpek w
suterenach, bo nie chcemy jeść, tylko pić wino. W końcu w uliczce ciemniejszej
niż inne między dwoma czerwonymi latarenkami znajdujemy wejście przyciągające
mocnym, ciężkim  jak porto głosem
dziewczyny. Siadamy i tak już zostajemy na kilka godzin wymieniając tylko
butelki wina. Większość czasu w milczeniu, bo w tym niewielkim pomieszczeniu
zatopionym w półmroku i prawie pustym głos śpiewającej zdawał się wypełniać
całą przestrzeń. Stałam się wyznawczynią fado w tym wydaniu.

Dobra była jeszcze chusta ze sznureczkami na ramionach
starszej pani. Śpiewaczka wymieniała się jeszcze z dwoma panami i jedną babcią
i ta właśnie babcia miała chustę. Zwiewność imidżu gwarantowana, sznureczki aż
d kostek tańczyły przy jej każdym ruchu.

W drodze powrotnej doktor zakupił arbuza 10kg i szedł z nim
na statek niczym z workiem żeglarskim albo z mąką przerzuconym przez ramię.
Ech, ci lekarze…

 

KOŃCÓWKA

14.07.2012

03:46:53UTC

WYGRALIŚMY!!!!:))))

Przekroczyliśmy linię mety, cała noc nie spana, ale
WYGRALIŚMY!!! W swojej klasie na pewno, a może w ogólnej klasyfikacji też!!!
Krysia nawet wstała, usmażyła kawę i wydała ciasto. Na mostku wszyscy zainteresowani
, łącznie z doktorem i kamerą Grande.

Po kilku rozmowach z gratulacjami przez radio Ostry pokazał
mi sztagi. Niestety grotreja utknęła w pewnym momencie…na stopie dziewczyny
przy brasie. Leży teraz w salonie i Antoni ją opatruje. Tzn dziewczyna, nie
reja. Noga w porządku, ale za to połamane palce u dłoni. Dzielna jest, nie
płacze, a musi boleć, bo wygląda to dość marnie. W Lizbonie szpital.

Teraz na kotwicowisko w Cascais. Nawet przez te emocje
odechciało mi się spać i chyba ten stan opanował większość załogi, bo snują się
uśmiechnięci do kolejki po ciasto. Jest co świętować – z 7 pozycji wysunęliśmy
się na 1 dzięki taktyce Ostrego. Całe regaty jednym halsem. Alarmów do żagli
było chyba z 5, z czego większość to brasowanie. Niespotykane i niewiarygodne.

Mój organizm oszalał przez tę sieczkę dobową. Praca, sen,
jeść, sen, praca, jeść, sen, jeść, praca….blablala. A dla urozmaicenia
jeszcze czasem ktoś coś chce. Przemiana materii nie wie, gdzie jej miejsce, a
sen to chyba będę odbywać zimowy, bo od wczoraj mimo zmęczenia za nic w świecie
nie mogę odpłynąć. Przekręcam się tylko z boku na bok.

Wczoraj był w sumie piątek 13ego…takie dni powinny być
wyłączone z kalendarza. Przynajmniej gwiazdy były ładne i Paweł pokazał mi
skupiska zwarte i rozproszone, czy jakoś tak. Nie zdawałam sobie sprawy, że
przez lornetkę można zobaczyć znacznie więcej i plama na niebie nagle staje się
gromadą świecących punkcików.

Ta ostatnia wachta z kolei upłynęła w dużej części na
definicji słów „sarkazm”, „ironia”, „złośliwość” oraz „eufemizm”. Wyszło na to,
że sarkazm to „pocisk w opakowaniu”. Wyjaśniam, że „pocisk” to „nabijanie się”
–  pojęcie opanowałam w czasie wachty
dziennej i mam nadzieję, że rozumiem je poprawnie. Były jeszcze inne teksty,
jak „zaewoluowany pocisk” mający oznaczać „zawoalowany pocisk” oraz
„astrologia” zamiast „astronimii”. Takie tam nocne gadki, wachtowe standardy. A
mi po głowie chodzi „Daleko za rufą pozostał mój dom…”.

START

10.07.2012

0400 koniec wachty. 0530 alarm do żagli. Deszcz pada, wieje.
Trójkąty już stoją, rozklarowaliśmy na wachcie. Wokół jachty i żaglowce
przygotowują się do wyścigu. Ludzie na reje i rozklarować żagle. Najpierw
zbrasowanie na półwiatr, żeby płótno wyszło spod sztagów. Brasowanie na ostro i
po kolei wzięli szoty. Silnikiem jeszcze tylko chwilę cała naprzód, żeby
podgonić do startu. Na radiu odliczają minuty. 3..2..1..10 minut do startu.
Potem 5. A nam się ni cholery nie zgadza z UTC według GPS, są dwie minuty różnicy.
No nic, widać coś nie tak. Mija chwilka i 3…2…1…start! A potem „sorry for
mistake in time” (ang. Przepraszamy za pomyłkę w czasie). Tiaaa. Trochę ciała
dali, ale nam to w sumie nie robi różnicy, bo start jeszcze otwarty przez 12
godzin. Ostatecznie przechodzimy linię o 0607UTC. Jeszcze małe trymowanko.
Przechył 20 stopni, ale bez fali, także spokojnie w pionie sobie świat stoi,
tzn pokład. Prędkość prawie 10 węzłów i do wiatru mniej niż 60 stopni. Spanker
pomaga, a reje na wachlarzyk. Dar za nami, Mir przed nami. Borchardt za to
bawił się w cyrk – najpierw przejechali linię startu poza linią startu, bo za
bardzo na zachód od zachodniego waypointa, po czym zwrot o 180 stopni i
poprawka. A w bajdewindzie zawrotna prędkość 3 knoty i zostają daleeeko za
rufą. Biedaki czytać z czytaniem nie bardzo – ani o raportowaniu nie wiedzieli
i odgrażali się jakimiś bliźniaczymi ciążami na wieść o takiej konieczności,
ani waypointów nie ogarnęli…

Jak już wystartowaliśmy, to szybciutko do koi na wypadowym
halsie. Klin o sztormdeskę i lulu. Wachta od 1200 to wyścig z Darem.
Wyostrzyliśmy ich, ale ostatecznie nas wzięli.

Zmiany

09.07.2012

St Malo

 

Przyjechał Ostry, jest też Skwara. Razem z nimi nastała
ogromna ulga polegająca na możliwości podziału obowiązków. I tak dzisiejszy
dzień oparł się o dążenie do odzyskania luzu. Muszę przyznać, że jestem lekko
zagubiona –zmęczona rejsem z Mendim i jakaś spięta w sposób utrudniający
normalne reakcje. Mam nadzieję, że to przejdzie i znajdę złoty środek nie
tracąc profesjonalnego podejścia…Jeszcze trzeba jakoś ogarnąć kwestię
wytresowania dzieciaków przez Mendiego i luzowania im smyczy dostosowując do
realiów pływania z Ostrym. Trzeba to zrobić płynnie, bo inaczej może się nam co
nieco zawalić.

Po odprawie kapitanów zaległam w koi. Zasypiałam na
przemówieniach, z trudem zachowywałam świadomość, także teraz bez trudu
odpłynęłam. Okoo 1820, czyli 20 minut po umówionym terminie słyszę wezwanie do
wyjścia na moule (małże). Zwijam się z koi, powoli przytomnieję i zmykam na
pokład. Ostatecznie w dziesięć osób wyruszamy w miasto w poszukiwaniu knajpki.
Okrężną drogą trafiamy do La Conchee. Wystrój jak z tańszego baru spod
Zakopanego, ale ceny niskie, więc debatujemy pod drzwiami. Wychodzi pani koło
pięćdziesiątki, włosy upięte w staromodny kok, reszta sylwetki na czarno i
zaczyna do nas po polsku. Nie mamy już wątpliwości. Grande znosi stoły z
pięterka i zaraz potem na środku brukowanej uliczki rozsiada się spora część
załogi Chopina pałaszując krewetki królewskie i małże z frytkami oraz zapijaąc
różowym i białym winkiem. Okazuje się, że pani Polka jest w St Malo już od
prawie 30 lat i spotkanie z nami potraktowała bardzo osobiście. Kawałek Polski
u niej w knajpce. Kazala nam śpiewać i grać, a sama dolewała wina, przytulała
się i ocierała łzy. Dawno czegoś takiego nie widziałam.

06.07.2012

St Malo

Wreszcie wolniejszy dzień. Odkąd parę dni temu przejęłam
statek, nie miałam właściwie czasu dla siebie. Kapitanowanie na potrzeby
formalne przygotowania do regat – ot co. Do tego wszystkie tall-shipowe aspekty
organizacyjne, goście, spotkania, uśmiechania. Wczoraj na przykład w centrum
konferencyjnym Palais De Grande Large był Captain’s Dinner. Umówiłam się już
wcześniej z Mendygrałem, że on pójdzie. Problem pojawił się wraz z wizytą STI
Chairman’a przedwczoraj, który poprosił kapitana Chopina o wygłoszenie
przemówienia w imieniu wszystkich kapitanów. Powiedziałam to Mendiemu, a on na
to, że niech się w nos ugryzą. No cóż… Koniec końców kapitan Chopina wygłosił
przemówienie, tylko przyszedł w spódnicy.

Było to dość ciekawe przeżycie z kilku względów. Po pierwsze
nie mam doświadczenia w wygłaszaniu przemówień. Po drugie martwiłam się, jak
wielcy kapitanowie wielkich żaglowców przyjmą kobitkę na podium mówiącą w ich
imieniu. Do tego dochodziła zwykła trema. Na szczęście bosman Karol, który
poszedł ze mną, podtrzymywał mnie niestrudzenie na duchu. Publiczność
uśmiechała się i biła brawo, a owi straszni dowódcy z odznaczeniami na piersiach
przychodzili się witać. Szefowie STI gratulowali i ściskali ręce. Było mi
niezmiernie miło, bo nie wyczułam w tym sztuczności. Gdy dziś rano nasz Liaison
Officer o imieniu Ronan oznajmił, że o moim wystąpieniu mówi się w pozytywach,
wszelkie wątpliwości odeszły i misję uważam za spełnioną.

Kolacja kapitańska nudna jak zwykle. Okrągłe stoły, średnie
jak na Francuzów jedzenie i strasznie duże przerwy między daniami.
Zasypialiśmy, pomimo dobrego towarzystwa Artura Króla z Daru Młodzieży i załogo
z Daru Szczecina. Zwinęliśmy się przed deserem, czyli około 2230. Tak poza tym
kapitan jachtu, którego nazwy nie jestem w stanie wymówić,  zapoznał nas z ciekawym terminem żeglarskim w
języku polskim. Otóż ktoś mu kiedyś powiedział, a ten w dobrej wierze
zapamiętał, że mały statek to po naszemu…MOCZYDUPKA. Rozmowa poszła dalej w
kierunku słowotwórstwa znajdując swój koniec na słowie MIĘDZYMORDZIE mającym
oznaczać to samo, co interfejs…

Ronan to w ogóle fajny człowiek. Starszy pan, około
pięćdziesiątki, broda, brzuszek i poczucie humoru. Wszystko nam załatwia,
działa prężnie, a dodatkowo można z nim pożartować i nie śmieje się z mojego
francuskiego…;)

Za jakąś godzinę mam wizytę oficerów rezerwy marynarki
wojennej, a o 1500 koncert Les Corsaires Malouins na rufie. Wódka i kieliszki
już gotowe.

Popołudnie w uniformie. Jak ja tego nie lubię… rozumiem,
że czasami tak, ale odstawiać show, bo komuś tak się podoba, to już za dużo.
Przynajmniej dla mnie.

Bielak startuje dziś w zawodach optymistów. Już ponad
godzinę go nie ma, co może oznaczać, że idzie mu całkiem nieźle!

01.07.2012

Wachta nocna

Około godz. 0200, tuż po alarmie do żagli.

 

Zrzuciliśmy wszystko, bo lepiej to niż zwrot i na skutek
powszechnej frustracji oraz w odpowiedzi na pytania załogi o możliwość
postawienia „rejówek” pewien utalentowany osobnik szkieletowy stworzył
następujący poemat śpiewany do melodii „Brzegi Nowej Szkocji”:

 

Silnikuj, silnikuj,

Nie używaj żagli.

Silnikuj, silnikuj,

Mów, że czas nas nagli.

 

Głos nowej wachty

Jęczy pośród fal:

Kapitanie, stawmy bram!

Ależ po co, przecież też jest fun,

Lubię tych wibracji stan.

 

Znów górny marsel

Nam się wyrwać chciał,

Ale dostał strzała w szot.

Przecież silnik będzie sobie grał,

Mechaniczną poczuj moc.

Naprzód Wiesiu, naprzód całą noc!

 

02.07.2012

Na winklu Jobourg/Cherbourg, kilkanaście mil przed zakrętem
na S do St Malo.

2345

- Pani Kapitan, wachta za 15 minut.

- Tak tak, już wstaję… (podobno)

2358

- Pani Kapitan, 2 minuty do wachty!!!!

- CHOLERA JASNA!!!!! (na pewno)

Tup tup tup, szibko szibko ruchy ruchy…

0001

- Grande, przepraszam, kakjam się, moja wina, nie wstałam,
jak mnie budzili…

- No problemo, sprawy nie ma, idę zajarać…

Mija kilka nieokreślonych minut później zaznaczonych pro
forma przez śpiący jeszcze umysł.

Kapitan podpala fajkę w nawigacyjnej, ja wychodzę, bo mi od
dymu niedobrze. Po pierwszych kilku „a może by się obyrtnąć” lub „trza by się
przebrasować” oraz „sztaksle będą robić, jak wyostrzysz” skwitowanych „raczej
nie” jestem już w pełni obudzona i na przedpolu leciutkiego poirytowania, jakże
znajomego, które już traktuję z rezygnacją i uśmieszkiem pobłażania.

Nagle i całkiem z nienacka na AISie pojawia się statek.
Trójkącik, klasa B, ale za to prędkość 35 węzłów. Och i ach, cóż to za twór,
ani chybi motorówa lub superszybki prom. „Ale rosomak!” – mówi Kapitan. Dodaje
też: „Sku*** ponury krzepko zasuwa”. Wychodzę na pokład, patrzę, dalej patrzę,
patrzę przez lornetkę,a on ani rosomak, ani na kolizyjnym. Zwykły rybol kręcący
się w kółko. Robię namiar na dolnym radarze i rzeczywiście no problem.

Woła nas Cross Jobourg. Pytają, czy my pod żaglami. Ależ „of course, under sail”. Światła
przecież palimy (red over green, sailing machine), AIS to potwierdza, no to ja
też potwierdzam. Odkładam słuchawkę, a za plecami: „Kłamczuszek…” i
niewyspany głos Pawła wraz z półuśmieszkiem. No udajemy żaglówkę, prawda, ale
cel jest szczytny – skrócenie trasy o 50Mm!

Kapitan znów na mostku. Postanawiamy podostrzyć. Wysyłam
Pawła do wybierania szotów sztaksli i kliwrów, a sama z Kapitanem pogrążam się
w zgłębianiu zagadnień taktycznego planowania trasy wśród zawiłości prądów i
wirów. „Słyszysz? Burza!!” – mówi Kapitan. „To nie burza, to szot..”

No to czas na herbatę. Trzymam swoją gorzką i pytam Pawła,
czy chce łyka. A on na to, że taka „bida herbata” i że nie.

Nie wstanie na wachtę zdarza się po prostu. Patryk twierdzi,
że z nim rozmawiałam, jak mnie obudził. 
I że Pani Kapitan spała tak, jakby była „owinięta w ręczniczek” i chciał
obudzić bardziej, ale nie wiedział, za co złapać i potrząsnąć. Podobno wybrał
ramię. Biedny, od teraz będę spać przykryta po uszy.

0316

Dowiadujemy się, co to jest metoda zerkania – chodzi o to,
że jak pierwotny człowiek jadł jagody, to gapił się na nie.  Jakby go zaatakował jakiś drapieżnik, to
musiał jednak go w porę zauważyć, więc szybkość postrzegania kątem oka była
kluczowa. Tak też pozostało. Toteż niepatrzenie komuś w oczy świadczy o tym, że
się chce go lepiej widzieć…

Teraz kilka słów o tym, jak nie lubimy feministek i
szowinistów, a następnie:

0318

Aga: Czuję się o wiele bardziej męska od Kuby, bo mnie ciągle
dajesz do ciągnięcia lin.

Paweł: Zazwyczaj jesteś na luzie…

0320

Aga: Faceci są zainteresowani biustami, bo jak pierwotni
ludzie chodzili zgięci, to widać było tylko pośladki. Jak się człowiek
wyprostował, to pośladki się schowały, więc trzeba było znaleźć odpowiednik na
przedzie.

Paweł, bardzo nieprzytomnie: Znaczy biust to tyłek…?

0322

Ja do wachty: Chłopaki, a jak myślicie, skąd się wzięło
słowo „pośladki”?

Andrzej: Pośladek od „po śladzie”.

Ja: Czego?

Andrzej: Bąka…

 

No i ta supersarkastyczna surrealistyczna wachta wreszcie
dobiegła końca… Dobranoc!

 

30.06.2012

 

W część Kanału Angielskiego

2300

Alarm do żagli. Nie wychodzę, leżę w koi do wachty. W
półśnie słyszę coś przez szczekaczkę o niewyluzowanym gordingu bramsla. Śpię
lekkim snem dalej.

01.07.2012

0030

Od pół godziny zastanawiam się, co się kapitanowi stało,
że postawił na fokmaszcie od trumsla do marsla dolnego, a na grocie od bramsla.
Na noc przy halsówce i tężejącym wietrze. Jestem na etapie rozważania, czy
budzić bosmana i którego z nich do zrzucenia górnych żagli, czy zrobić to
wachtą. Wybór już prawie padł na Karola, gdy rozległ się wyjec alarmu na DSC.
Distress relay od stacji brzegowej, po którym nastąpiła wiadomość na fonii. W
okolicy pozycji, gdzie zaplanowany jest zwrot zauważono czerwoną flarę.
Rozpoczynam więc  łączność zgodnie z
procedurami. Przełączają mnie na 67 do RCC Griz-Nez. Niezmiernie miły pan
Francuz poinformował, że możemy zmienić kurs, bo skoro ETA i tak mamy 4h do
pozycji statku w niebezpieczeństwie, to nie musimy tam jechać. Na końcu
powiedział „do fizenia”. W tym samym czasie oko melduje migające białe i
czerwone światła na lewo od kursu. Na mapie czysto, a światła są nad
horyzontem. Ląd 24Mm od nas, nie ma szans, nawet przy refrakcji. Dopadam
radary. Żadnej farmy wiatrowej, żadnych dziwnych ech, tylko bardzo słabe echo
po zawietrznej od kursu 11Mm przed nami. W tym momencie wieje już 7B i pędzimy
ponad 8 węzłów. Po chwili dostrzegam drugie słabiutkie echo dokładnie przed
nami. Ostrzej już nie pojedziemy. Budzę kapitana. Jeśli robić zwrot, to
niedługo trzeba zaczynać, bo biorąc pod uwagę ogół czynników zajmie to dość
długo. Kapitan wychodzi, ale zwrotu nie będzie. Żagle precz i motoring do rana.
Przy stawianiu poszedł szot bombramsla grota i porwał się bramsel. To był ten
nieodwiązany gording właśnie… Przed regatami trzeba to wszystko naprawić,
więc z niepokojem słucham komend „starego” na żagle. Na nieszczęście najpierw
idzie dolny marsel na foku. W tym momencie statek jest nawietrzny nie do
opanowania. Przejmuję ster, ale leci do wiatru jak szalony i nic nie mogę
zrobić. Krzyczę do dowódcy, żeby teraz zrzucali z grota. Powtórzył przez
rozgłośnię. Kolejny pomysł dzisiejszej nocy to halsowanie na „sztakslach”
(znaczy wszystkich trójkątach) i silniku. Wyrażam pogląd o bezsensowności tejże
koncepcji.  Ostatecznie staje na zwaleniu
wszystkiego i motoringu solo, bez żagli. Bo jak wiemy, żeglowiec do przewożenia
żagli służy, a ładunku używać nie należy.

 

 

28-29.06.2012

En route Den Helder – Brugia

 

Piszę to ratami, ale to, co chcę przekazać pozostaje w mojej
świadomości tak samo intensywne.

Dzieciaki plują na pokład, na wachcie pakują sobie słuchawki
do uszu, kiepują papierosy w kabestanie na dziobie oraz wszędzie pozostawiają
po sobie śmieci. To wszystko razem, w szczególności plucie na pokład w głowie
mi się nijak nie chce zmieścić. To tak, jakby splunąć na banderę. Zero szacunku
dla pracy innych, zero zrozumienia znaczenia i następstw własnego postępowania,
cwaniakowanie najniższego sortu i despekt wobec instruktorów. Skąd to się
bierze? Z domu pewnie, ze szkoły… a może oni są tak zagubieni? Może wobec
braku systemu wartości wytwarzają sobie jakiś pokrętny labirynt zasad
postępowania? Tylko po co, żeby „przetrwać w towarzystwie”?  Kręgosłup moralny część z nich ma jak zgniła
frytka.

Używałam argumentów dziś na banderze, często powtarzałam
słowo „bezpieczeństwo”. Może do niektórych dotrze, albo przynajmniej otworzy
jakiś mały tunel do światełka świadomości treści przekazywanych. Karne mycie
pokładu oraz czyszczenie komory łańcucha kotwicznego dla wybranych powinno ten
tunel nieco poszerzyć.

A jak nie, to długa droga do St Malo naszpikowana będzie
alarmami do brasowania, do żagli, zbiórkami dla treningu, manewrami w środku
nocy itp itd. Jak nie słowem, to pałką. Staraliśmy się podejść życzliwie, nie
docenili, więc teraz podejdziemy normalnie. Szkoda, że ten rejs jest taki
krótki, bo ekspresowy proces wychowawczy da się przeprowadzić tylko na podatnym
materiale.

 

 

27.06.2012

Gdzieś przed Den Helder

 

Przeczytałam wpisy z ostatnich dni i są takie same!! To
przerażające! Znaczy, że tkwię w zawieszeniu! Wszechogarniająca dekadencja! Jak
tak dalej pójdzie, zacznę sobie malować cienie pod oczami…

Tak więc od dzisiaj pozytywnie!

Jest super, że zmieniliśmy port Den Helder na Amsterdam.
Jest wspaniale, że wcale nie wiemy, czy nas tam gdzieś zmieszczą. Cudownie, że
Adrian pewnie już waruje w Den Helder i z pewnością ucieszy się bardzo na
zmianę miejsca zważając na fakt, że zmienność decyzji jest dowodem na ciągłość
dowodzenia. Ot co!

A poza tym to ciągle wieje w mordę. Teraz na przykład
radosne 6B. Szaroburyhoryzont subtelnie odcina powierzchnię wody od bezkresu
ciężkiego stalowego nieba. W dali majaczy platforma wiertnicza, a nasz silnik
uspokajająco i monotonnie nadaje rytm każdej chwili niczym przyśpieszony nieco
puls żaglowca… Postawiliśmy nawet kilka żagli, co obniżyło nam prędkość o pół
węzła dowodząc, iż opór płótna żaglowego w określonych warunkach nie jest
pożądany.