Bez kategorii

FOTO FOTO FOTOOOO!!!

https://picasaweb.google.com/109180849903338403245/Gibraltar?authuser=0&authkey=Gv1sRgCJGj8e-P4uKHGw&feat=directlink

https://picasaweb.google.com/109180849903338403245/Ceuta?authuser=0&authkey=Gv1sRgCNyT-c7p6YO-nwE&feat=directlink

https://picasaweb.google.com/109180849903338403245/ArrecifeLanzarote?authuser=0&authkey=Gv1sRgCIi2sdz9iKawCw&feat=directlink

https://picasaweb.google.com/109180849903338403245/LasPalmasGranCanaria?authuser=0&authkey=Gv1sRgCOqFhtSrw_baEg&feat=directlink

https://picasaweb.google.com/109180849903338403245/Gomera?authuser=0&authkey=Gv1sRgCMSZppmdu_KMggE&feat=directlink

zaległa notka – Kraby albinosy

21-22.11.2012
Arrecife, Lanzarote

Płyniemy sobie radośnie wzdłóż wschodniego wybrzeża wyspy. Żagielki pracują, wręcz musimy zwalniać. Wiszę na telefonie I na VHFce od bladego świtu próbując dogadać się z którymś z lokalnych porcików. Wszędzie pod górkę – a to konieczny agent, a to brak miejsca w marinie(!), a to kotwiczyć nie można… Trzeba do tego dodać, że numery telefonu z ALRSu to jedna wielka ściema. Zastanawiające, jak to możliwe, żeby większość z nich nie istniała, nie działała lub była nie do tej osoby, do której być miała. Może Hiszpanie zmieniają numery co drugi dzień, kto to wie…
Ostatecznie udało się porozumieć z Arrecife. Udało się też zdobyć numer do agenta, który po ugłaskaniu gadżetem I kawą był już gotów zrobić dla nas wszystko. Agent Carlos załatwił nam zniżki tam, gdzie się dało oraz pomógł wypożyczyć samochody. Wycieczkę dla dzieciaków załatwiłam sama – gdy tylko przestałam wisieć na telefonie w poszukiwaniu portu I gdy tylko złapaliśmy internet z lądu, rozpoczęłam polowanie na autokar. Udało mi się takowy ustrzelić w firmie “Last minute transfers”, nomen omen. Przewodnicy niestety wyginęli I żadnego nie dało się zwerbować. Na szczęście pan kierowca sam sobie poradził I dzieciaki wróciły szczęśliwe z wycieczki na wulkan.
W tym czasie wolni od pracy zawodowi wyjechali w interior samochodami. To, co rzuciło nam się w oczy, to ronda. Wielkie, małe, średnie, potrzebne I nie potrzebne. Generalnie wszechobecne I często pozbawione drogowskazów. Wulkaniczny, kamienisty krajobraz Lanzarotte I okrągłe skrzyżowania. Już pierwsze z nich nas pokonało – ogromne rondo gigant z – uwaga – dwoma zjazdami pod kątem 90 stopni. Pozostałe 270 stopni to tylko wygięta autostradka. Bez sensu.
Jeździliśmy dzielnie gubiąc się co chwila. Odwiedziliśmy ogród z kaktusami “Jardin de Cactus” – dzieło lokalnego artysty o nazwisku zaczynajacym się na “M”. Taka zrobiona z kamieni okrągła dziura w ziemi z obsadzonymi wielkimi kaktusami alejkami. Fajniejszy był już wiatrak z żarnem I zrobiona z kamieni gęba przypominająca groteskowo przerobionego bożka Majów. Nie wiem, czy ta atrakcja była warta 5 Euro, ale przynajmniej dowiedziałam się, że kaktusy mogą przypominać ośmiornicze macki.
Dalej jedziemy do jaskini z krabami albinosami. Tym razem 8 Euro. Jaskinia rzeczywiście wielka I fajnie zagospodarowana, taki olbrzymi tunel na przestrzał z jeziorem na dole. W tym jeziorze mnóstwo białych punkcików. Po dłuższej analizie okazuje się, że to właśnie owe kraby (raczej krabiki) albinosy. Niezależnie od miniaturyzacji głównej atrakcji jaskinia przypadła nam do gustu – jej aranżacja jest kolejnym dziełem artysty na “M”. Podświetlenie, muzyczka… Po wyjściu z tunelowej przestrzeni jeszcze tak zwana sala koncertowa – ogromna grota wyposażona w lustra, oświetlona, przystosowana dla publiczności I artystów. Niesamowity efekt dawały lustrzane bryły wielościenne umieszczone w kilku miejscach wewnątrz – przestrzeń zdawała się zaginać I burzyć swój logiczny porządek.
Wtedy już zaczęło kropić, a chmury spowiły szczyty gór. Zdecydowaliśmy się pominąć punkt widokowy I plażę, pojechaliśmy od razu do muzeum wina. Skończyło się na przystanku w przydrożnej winnicy o nazwie “Bodega Rubicon” I zakupie kilku lokalnych produktów. Potem pod wulkan – niestety był już zamknięty (serio serio – można zamknąć wulkan!), a że padało, nie chciało nam się przedzierać przez zasieki. Zarządziliśmy odwrót. Droga powrotna wiodła przez malownicze, niczym wzięte z Mordoru pola lawy, a także kręte górskie dróżki I na wpół wymarłe miasteczka. Trzeba dodać, że nie zawsze nam się udawało nadążyć za drogą – raz trafiliśmy asfaltówką pod zbocze, gdzie zamieniała się ona w pionowo idącą żwirówkę. Zatrzymaliśmy się, zrobiliśmy konkurs w rzutach na odległość liśćmi palmowymi I ruszyliśmy dalej.
Plan był taki, żeby podrzucić na statek tych, co mają wachtę, zabrać tych po wachcie I zjeść coś na mieście. Udało się prawie wszystko z tym, że po godzinie poszukiwań knajpy daliśmy za wygraną, kupiliśmy wielkie siaty owoców morza I pod dowództwem Buby przyrządziliśmy ucztę na statku. Zaiste była to uczta – krewetki w sosie pietruszkowym, kalmary w cieście, bagiety… Pycha!

Ser z duchów

San Sebastian de la Gomera
28.11.2012

Z Gomerą sprawa nie była oczywista. Po kilku dniach walki o paliwo w Las Palmas nie wiedzieliśmy do końca, czy zdążymy jeszcze zwiedzić zieloną wyspę. Po całej nocy alarmów do żagli udało się stanąć przy kei około 0900. Było to bardzo mocno na styk – autokar już czekał.
Szybko okazuje się, że pani agent w San Sebastian to przemiła Szkotka – pomocna, uśmiechnięta, wręcz agent idealny. Załatwiła nam wycieczkę objazdową dla młodzieży. Miejsc w autokarze wystarczyło dla części zawodowych, więc głupotą byłoby nie skorzystać.
Gomera to wyspa o wielu twarzach. Pani przewodniczka, starsza blond Niemka o imieniu Madie (czytaj: MEJDI, MEEEJDIII, podobnie do “Mayday”, jak sama powtórzyła kilkakrotnie) opowiadała prawie poprawnym angielskim o wulkanicznym pochodzeniu I endemicznej roślinności.
Okazuje się, że południowa część wyspy charakteryzuje się klimatem raczej tropikalnym, jest tu dużo palm I zatrzęsienie kaktusów. Jest też roślinka zwana “euphobia”, która udaje kaktus, a kaktusem nie jest. Rzeczywiście – wygląda jak wykapany kaktus kandelabropodobny. Nie wiem, czy kłuje, ale wrogów naturalnych raczej nie ma.
Niesamowite wąwozy zwane “barancos”, soczysta zieleń porastającej zbocza skarłowaciałej roślinności I tarasowe uprawy. Niektóre widoki wydają się być wzięte z przewodnika po Chinach. Gomera jeszcze 200 lat temu miała dwukrotnie więcej mieszkańców, niż teraz, toteż wykorzystywano każdy skrawek ziemi pod rolnictwo. Kamienne konstrukcje, murki I schodki pzecinją dosłownie każdy południowy stok. Teraz jest łatwiej – sporo towarów trafia na wyspę z importu. Miejsca, które niegdyś zajmiwały uprawy ziemniaków wykorzystuje się pod winnice I bananowce, których plantacje dominują obecnie na Gomerze. Maidie kupiła nam siatę lokalnych bananków – rzeczywiście pyszne, soczyste I aromatyczne, chociaż niezbyt okazałe.
Północ wyspy z kolei przypomina troszeczkę nasze Tatry. Niby też są kaktusy, niby raz na jakiś czas palemka, daktylowiec, ale przeważnie zwykłe liściaste drzewa I sosenki. Są tu też drzewka laurowe – wyglądają jak nasze akacje. Ani to ładne, ani brzydkie, a świeże listki w niczym nie przypominają znanej wszystkim przyprawy. Cóż, narwałam trochę I suszę w kabinie. Miałam już pełną kieszeń, gdy Maidie się zorientowała, że prowiantujemy statek w parku narodowym..;)
Nie wolno zapomnieć o lokalnych produktach żywnościowych. Jest ich cała masa, począwszy od wina, przez miód palmowy (taka jakby melasa), sosy “mojo” (takie jakby pesto) I przeróżne, granulowane w oleju lub stałe w krążkach sery kozie (takie bardziej śmierdzące oscypki). W ustach Maidie niestety “goat cheese” (serek kozi) zamieniło się w “ghost cheese” (ser z duchów…). Kupiłam wszystkiego na spróbowanie przeliczając w głowie wagę bagażu I zostawiając po kolei mniej potrzebne rzeczy na statku w miarę przypływu zakupów w reklamówce. Napomknę, że pierwszy raz stłukłam butelkę w sklepie – pani dała mi reklamóweczkę, która nie była zgrzana, przez co po włożeniu do niej wina znalazło ono natychmiast ujście I weszło w bliski I morderczy kontakt z podłogą.
W Polsce jakby sobie ktoś chciał uruchomić biznes I sprzedawać w knajpie wino własnej produkcji, to by mu zaraz przywalono kary I paragrafy. Tutaj jak się prosi o “vino local”, to się dostaje mętny bordowy napój we flaszce po ginie I kilka kieliszków. Czyż to nie piękne? To wino w sumie nie było jakieś fenomenalne, ale było bez siary, kwaskowate I naturalne, przez co biło na głowę każde “vino – za – euro”, jak z Kaczką pieszczotliwie nazywamy wina ekonomiczne.
Postój w miasteczku o niewymawialnej nazwie “Vallehermoso” I posiedzenie na vino local ubarwili nam staruszkowie w barze przywodzący na myśl obrazki z kubańskiej ulicy oraz inny pan, bardzo obszerny, wcinający owocki I podtrzymujący sobie ręką spory kałdun…
Czymś nieprawdopodobnym jest język gwizdany Silbo. Otóż wywodzi się on z czasów sprzed podboju hiszpańskiego w XV wieku. Zamieszkujący wówczas Gomerę Gauczowie odkryli, że gwiżdżąc są w stanie porozumiewać się ze sobą na duże odległości bez konieczności przemierzania trudnego terenu wyspy. Przykładowo, aby przesłać wiadomość z jednego końca Gomery na drugi potrzeba pół godziny. W ten sposób powstał język – każdej sylabie odpowiada konkretny ton, toteż możliwe jest porozumiewanie się w Silbo nie tylko po hiszpańsku. Maidie spytała o powitanie po polsku, na co usłyszała “dzień dobry”, co powtórzyła jako “gin double” (podwójny gin). Też można, a nawet lepiej brzmi☺ Pokaz języka polegał na tym, że w knajpce pani kelnerka wygwizdała pana kelnera tak, że wiedział dokładnie, co I gdzie przed nim ukryliśmy. Niesamowite! Kapitan Mendygrał opanował podstawy, to znaczy nauczył się wygwizdywać załogę – “wy łobuzy” brzmi jak “FIUUU..FIUUuuU!!!” ☺
Dla każdego coś miłego – niezliczone przystanki widokowe, zdjęcia I opowieści to nie wszystko. Pod koniec wycieczki odwiedziliśmy “Laguna Grande”, czyli domostwo naszego drogiego załogowego El Grande. Nie czuł się tam za dobrze, chyba woli statek… Do rzeczy: w “lagunie”, czyli znajdującej się w interiorze zielonej I płaskiej dolinie urządzono plac zabaw dla dzieci, w skład którego wchodzi tyrolka. Pod tyrolką umieszczono (pewnie nie celowo) wielką kałużę. Chłopcy z załogi szkolnej podejmowali wyzwanie wielokrotnie, aż kilku z nich splamiło się całkiem pokazowo błotkiem.
Jeszcze parę słów o jaszczurce, która mieszka na Gomerze. Otóż jest takowa. Nazywa się “wielka jaszczura”. Rozmnażają ją w zoo, a potem wypuszczają na wolność. Dorosłe okazy mierzą do 1,5m. Są dumni ze swych jaszczurów. Niech im będzie.
W drodze do portu wyszedł z chmur szczyt wulkanu El Teide na Teneryfie. Niewiarygodne, że ma on prawie 4000m, podczas gdy my byliśmy zaledwie na 1500m.
Po powrocie na statek padłam spać. Na całe 5 minut…
Jeszcze przygotować zestawy gadżetowo – korupcyjne dla agentów I potwierdzić Mindelo. Buba odjechal od kei, a ja pomaszerowalam do koi, gdzie przewracalam sie nie mogac zasnac az do switu.

LAS PALMAS

Dzien kolejny (27.11.2012)

“Cabron, no agente!”- tyle mamy do powiedzenia na temat naszego drogiego pana agenta z Las Palmas. Zamowilismy paliwo w piatek. Mialo byc w sobote. Potem mialo byc w poniedzialek bladym switem. Czekamy wiec grzecznie do poniedzialku. Czekamy przez caly ranek I doczekujemy sie numeru konta, na ktore maja pojsc pieniadze za diesla. Numer jest, ale SWIFTu nie ma. Kolejne godziny biegna na ustalaniu SWIFTu I tego, czy cena jest za tone, czy za 1000 litrow. Okazuje sie, ze dla agenta nie bylo oczywiste, ze paliwo jest lzejsze od wody. Taaak, dziki kraj. No wiec ustalamy ciezar paliwa w stosunku do jego obietosci. W miedzyczasie idzie przelew. Potwerdzenie przelewu z polskiego banku jest po polsku, co niby nie powinno nikogo dziwic, a jednak… no I w efekcie czekamy na paliwo do wtorku.

Dzis jest wlasnie ten wtorek. Wczorajszy dzien spedzilam od rana wiszac na telefonie. Wieczorem zaczelo lac, wiec wyjscie na miasto odpadlo. Na szczescie rozwinelo sie cos innego… koło gospodyń wiejskich☺ Wraz z Kaczka, Grandem, Markiem dyrektorem, Klaudia Skwary i Ola Adriana robilismy ozdoby choinkowe. Dla Pandy na urodziny.

Mina Pandy, gdy zobaczyła łańcuch z oczek z papieru kolorowego długości połowy statku oraz wydzierganego na szydełku aniołka była bezcenna.

Dziś rano jeszcze drobna wycieczka do galerii na lody. Takie z Mc Donalda, bo wszystko inne zamknięte. Na dodatek bankomat Klaudii wciął kartę – wyłączył się zaraz po tym, jak włożyła swojego Master Carda. Niewiarygodne!

Ostatnie przygody w oczach Mate Kaczki

Ostatni czas obfitował w przygody różne, jednak mi jakoś zapał do przeżywania ich tymczasowo zanikł i wobec tego powołam się na wspomnienia Kaczki, która widziała to, co ja. Obiecuję poprawę:)

http://matekaczka.blogspot.pt/2012/11/nowy-nauczyciel.html

http://matekaczka.blogspot.pt/2012/11/yo-soy-marinero.html

http://matekaczka.blogspot.pt/2012/11/ladowanie-na-ksiezycu.html

http://matekaczka.blogspot.pt/2012/11/las-stolicas.html

http://matekaczka.blogspot.pt/2012/11/movie-makers.html
:-)

KOP W DUPĘ

26.11.2012
Las Palmas

Patrzę sobie na ostatnie tygodnie i widzę wreszcie coś konstruktywnego. Dobry kop w dupę tudzież wiadro zimnej wody na twarz potrafi zdziałać cuda. Człowiek nabiera perspektywy, nie wybacza sobie sam drobnych przewinień, staje się wyczulony na pewne sprawy, pracuje nad sobą i dzięki temu osiąga efekty.

bez komentarza

07.11.2012
Lizbona
1435, kajuta 22

Jestem zmęczona. Cholernie zmęczona i niewyspana. Ten pierdzielony nawiew szumi mi nad głową i tylko irytuje bardziej. Wychodząc z koi przywaliłam głową w kant stołu. To też nie pomogło. Próbowałam spać w ciągu dnia, ale bezskutecznie, ciągle ktoś czegoś chciał. Zaczynam byc nieprzyjemna dla ludzi. Inni z zawodowej też są zmęczeni, tylko oni mają za sobą 4 tygodnie ciężkich warunków i chcą po prostu odpocząć. Ja z kolei chcę już wyjść z portu. Popłynąć w cholerę, z dala od lądu i z dala od zakupów, agentów, telefonu… Tylko postawić żagle i zastanawiać się, kiedy odkręci wiatr. Może wieczorem się uda.

Klaustrofobia i robale

04.11.2012

Lizbona

2300

Lot był znośny, z przesiadką w Monachium. Kimałam na ławce, bo przygotowania poprzedniego dnia zeżarły całą moją energię życiową na potem. Przyjechałam wczoraj na Amaranta. Pan w taxowce probowal łamanym angielskim konwersowac, ale wyszlo tylko na to, ze ponarzekalismy sobie wzajemnie potakujac na trudy obu naszych zawodow. Gdy udalo sie znalezc furtke do mariny wykazalam sie wyzszym zmyslem technicznym, bo po wbiciu kodu rozpoczelam nierowna walke z silownikiem hydraulicznym otwierajacym furtke. Yeah. Sama by sie otworzyla, trzeba bylo tylko poczekac kilka sekund, a nie jak prawdziwy Polak walczyc z technika. Jacht byl pusty, klucz w umowionym miejscu. Weszlam, rozgoscilam sie. Po godzince czytania ksiazki podjelam decyzje o wycieczce do marketu. Pan w marinie byl na tyle mily, ze obdarowal mnie mapa turystyczna i wskazal droge do „Pingo doce“, co znaczy (jak sie pozniej okazalo) „slodka kropla“. Tak wiec w supermarkecie „słodka kropla“ nabyłam mango, cztery „pasteis“ i ser kozi twardy oraz piwo Sagres i wino „porto“ produkowane dla owego supermarketu, wiec NIE z gornej polki. Po powrocie zjadlam zakupy, wypilam lampke winka pseudo-siara-porto i poszlam w kime. Rodzina Adriana powrocila po 2000, niedlugo potem Kaczka. Zjedlismy chipsy, wypilismy zapasy i kima. Do rana jakbym byla nieprzytomna w ciepełku, a i tak wstalam z bolem glowy.

05.11.2012

Pobudeczka, śniadanko na bazie zakupów poczynonych przez Olę rano w supermarkecie. Potem wymarsz do klasztoru Hieronimitów i muzeum morskiego. Hieronimici na szczęście za darmo, Vasco da Gama na swoim miejscu. Klasztor to po portugalsku „claustro“ – wiemy już, skąd „klaustrofobia“ i mamy słuszną podstawę do doszukiwania się powiązań z antyklerykalizmem. Tylko muzeum morskie za 5 euro. Te ileś lat temu zbiory wydawały mi się znacznie bardziej obszerne i zadziwiające, a teraz muzeum zmalalo i dziwnie się skurczylo. Co ciekawe, udało się wejść do części z kadłubami jachtów. Bardzo, bardzo fajne eksponaty – długa łódź do wożenia wodorostów (!). Po co wozić zielone gluty? Cholera wie. Samochód ratownictwa brzegowego z początku XX wieku, którego jedynym wyposażeniem były szpule naturalnych lin na pace. Tratwa ratunkowa old school – taki wypornościowy pierścień, a właściwie elipsa z koszem z liny. Na dnie kosza zbita krata z desek. Idea była taka, żeby nieszczęśnicy znajdujący się za burtą wleźli do tego pierścienia i stanęli w koszu z kratą. Ergo – takie wieloosobowe koło ratunkowe. Tak czy siak, jest to pierwowzór tratwy – ciekawa sprawa coś takiego zobaczyć. Tym bardziej, że widać, jak niewiele wagi przywiązywano do widoczności – kolor tegoż eksponatu jest stalowo-niebieski, czyli BARDZO morski… Co więcej… no oczywiście „deisz paszteisz“. Niedawno pisałam na blogu o podobnej przygodzie, teraz natomiast była to przygoda zaaranżowana intencjonalnie. Poszliśmy do kawiarni „Pastel de Belem“, zamówiliśmy „paszteisz“ (tym razem 3 na głowę, żeby nie domawiać…), espresso medium z mlekiem i piwo Sagres. Idealne, stawiające na nogi połączenie, które w scenerii retro-stołówkowo-azulejos’owej tylko nabiera wyrazu unikalności. A propos azulejos – to są takie malowane kafelki, które stosuje się do wykładania wszystkich możliwych powierzchni w tradycyjnym portugalskim zdobnictwie architektonicznym. Widać je na elewacjach kamienic praktycznie wszędzie w starszych częściach miasta. Są też na targowiskach…no właśnie. W drodze z muzeum morskiego do sklepu natknęliśmy się na targowisko. Piękna sprawa, takie lizbońskie warszawskie „Koło“, różne różności. Nas jednak zaintereswały skrzynki z kafelkami oblepionymi zaprawą murarską. Otóż, jak się okazało, lokalni kupcy straganowi szabrują stare elewacji, kupy gruzu na ulicach itp celem pozyskania azulejos. Takie właśnie kafelki z drugiej ręki osiągają największe ceny, chociaż pozyskane są za pomocą dłuta i młotka… Co interesujące, przedział cenowy zaczynał się od 1Eu za nową płytkę, a kończył na 100Eu za rzekomo XVIII-wieczny egzemplarz… jasne. Wszystkie wyglądały tak samo, różniły się tylko ilością obtłuczeń i cementu. Ostatecznie kupiłyśmy z Kaczką kafelki, takie same, z różą wiatrów, na dwóch różnych straganach – ja za 1Eu, a Kaczka za 4Eu, bo dostała zniżkę… W powrotnej drodze musieliśmy coś zjeść. Najlepiej w miejscu lokalnym, bo tam najtaniej, a folklor zawsze w cenie. Spróbowałam porozumieć się moim kilkusylabowym hiszpańskim z panem ochroniarzem jednego z mijanych po drodze budynkow i nawet udało mi się uzyskać jakieś prawie zrozumiałe wskazówki, a podążywszy tym tropem znaleźliśmy knajpę idealną – ceraty na stołach, pan Portugalczyk w wieku 50+ i jego żona (chyba) z siatką na włosach, menu jednostronnicowe tylko po portugalsku… zostajemy! Tylko wybór trudny, bo samo ustalenie, że jakieś słowo oznacza „muuuuu“, a jakieś „chrum, chrum“ nie określa natury potrawy. Poszliśmy na żywioł – Adrian zamówił kawał „chrum, chrum“, Ola „plum, plum“, a my z Kaczką coś o nazwie „robale“. Oczywiście nazwa piękna i tajemnicza, a na talerzu smażona ryba z masą ości i gotowany ziemniak z sałatą, ale czego się nie robi dla doświadczania kultury obcej! Najlepsze z tego wszystkiego było piwo 0,5l, rzadko spotykane w zachodnioeuropejskiej cywilizacji napojów z korkiem… Tak więc robale. Jak skończyliśmy, humory poprawiły się znacznie i wymaszerowaliśmy w ciemność zmierzchową celem odnalezienia sklepu „Pingo doce“ zwanego pieszczotliwie „portugalską Biedronką“. Poszukiwania zakończyły się sukcesem oraz zakupem wina kasztanowego. Wybór był ściśle i silnie umotywowany jednym z drobiazgów dnia dzisiejszego – napotkaniem handlarza prażonych kasztanów na ulicy. Pan miał taki wózek konstrukcji własnej, w którym na węglach prażył kasztany i sprzedawał je w tprebeczkach po 2Eu za porcję. Torebeczki były przemyślne, bo podwójne ze wspólną ścianką. Jedna komora na kasztany, druga na łupiny. Takie pyszne były, aromatyczne… nawet Rysiek, synek Adriana, wsuwał jak się patrzy. Po spacerku z błogością, taką najszczerzą, zasiedliśmy w kokpicie. Tutaj małe wprowadzenie – śpimy na Amarancie, kilkunastometrowym jachcie typu Delphia, gdzie czekamy na przybycie statku. Tutaj też rano zdarzyło się pewne odkrycie niechciane – otóż Rysiu uruchomił silnik. Na Amarancie to nie jest trudne, wystarczy przycisnąć pewien guziczek w pobliżu steru. Dziecko się przestraszyło, więc tatuś pobieżył wytłumaczyć mu, co się stało. Dał więc manetką w przód…dał w tył…i nic. Manetka stoi nieruchomo w pozycji na luz. Wysprzęglił, dał wstecz, dał w przód…a silnik mieli do tyłu. No i właśnie dlatego wino kasztanowe zostało czynnikiem motywacyjnym i uruchamiaczem talentów przy wieczornym rozdłubywaniu mechanizmu manetki. Lekko nie było, ale ostatecznie rano z pomocą warsztatu na Chopinie udało się pokonać wroga. Noc na Amarancie, ciepła, wygodna, a od północy mroźna i pełna przebudzeń.

05.11.2012

Wstałam lekko zmięta. Właściwie zmarznięta. Jeszcze wieczorem zamówiłam z Chopina ponton na po banderze – przecież nie będziemy z rzeczami zasuwać przez pół portu. Po 0800 Buba dzwoni, że silnik się rozwalił, a mechanik o tej godzinie nie pracuje i pontonu ni ma. Trafiło mnie nieco, ale potulnie wkurzyłam się wewnętrznie i przystałam na konieczną konieczność marszu. Adrian okazał się mniej ustępliwy – zadzwonił zaraz do Buby i przy pomocy kilku ciepłych słów sprawił, że za pół godziny siedzieliśmy już w pontonie… Został niniejszym moim „oficerem wykonawczym“. Czemu nie? Wychodzi mu to. Na statku wszechobecny kac i zero przygotowania. Trochę mnie to wmurowało, ale to dlatego, że miałam takie poddenerwowanie perfekcjonisty z ADHD. Już mi przeszło, na szczęście. Mam wrażenie, że załoga też mi wybacza te nerwowe początki. Mam taką nadzieję. Dzieci przyleciały dopiero około 1500. Zadecydowało o tym ponad godzinne opóźnienie lotu i zagubione bagaże. Ostatecznie udało się zrobić spotkanie z załogą zawodową i z dzieciakami unifikujące pewne sprawy, wprowadzające w zasady Niebieskiej Szkoły i Chopina. Wrażenia dobre, tylko zmęczenie spore. Aby sobie ulżyć poczyniłyśmy wieczorem wycieczkę do sklepu hinduskiego po piwo i na Amaranta na spożycie w kokpicie. Potem jeszcze chwila w salonie i kimać, kimać, kimać.

06.11.2012

Od rana tylko zapierdziel. Jeszcze nie wyspałam się w tej dziuplowej koi w 22, gdzie non stop wyje klima. Telefon się urywa, dzwonią wszyscy i czegoś chcą. Agent, Aporvela (portugalska organizacja żeglarska), armator, biuro…jeszcze do tego ekipie zakupowej zepsuł się samochód poza Lizboną. Yeah, jak czad, to na maxa. Silnik zaburtowy się zepsuł, więc wieźli go do serwisu. Tylko że w serwisie powiedzieli, że to grubsza naprawa, tak więc nie zdążymy do jutra i teraz trzeba jechać jeszcze raz i go zabrać. Masakra. Przynajmniej szkolenie pokładowe w porządku. Przy bezpieczeństwie i moich opowieściach dziwnej treści a propos umierania z hipotermii jedna ze starszych nauczycielek złapała się za głowę i wydała na świat pisk, ale poza tym bez zdarzeń. Ineterakcja z dzieciakami fajna. Mendygrał sobie jest przedstawicielem armatora i jest dobrze. Wrzuca swoje 3 grosze najczęściej tylko wieczorem po powrocie z miasta. Jutro masa spraw, ale najważniejsze, że jest szansa na wypłynięcie. Uff. Wreszcie na morze i święty spokój!!!

Foto foto Lizbona

Jak w temacie. Notki jutro:-)

https://picasaweb.google.com/118270003624006505921/Lizbona

Deisz paszteisz

17.07.2012

Przykładam twarz do szorstkiej cumy. Słońce i
prawie czterdziestostopniowy upał wyprażyły z niej wszelaką woń. Nagrzana lina
dodatkowo sprzyja przyjemności prostej czynności leżenia. Słoneczko, jedno z
trzech, a na nim ja. Ciepło wieczornego powietrza po całodziennym upale jest
miłe dla skóry. 

Paweł i Skwara grają i śpiewają wolne piosenki.
Mamy naturalny wieczór polskiego żeglarskiego fado.

Zmywam się po północy bez słowa. Wino białe z
żagówką na etykietcei ceną bliższą 1Eu niż 1,5Eu dało się spożywać tylko w
połączeniu z czerwonym napojem zwanym też popularnie kompotem obiadowym, który
wystawiony jest w trzymającym chłód pojemniku.

 

Gdy byliśmy na mieście Kaczka ogarnęła cumowanie
Pelican of London przy naszej burcie. Po tym, co opowiedziała, jestem z niej
podwójnie dumna.

A w dzień pojechaliśmy do Belem na
„pasteis” (czyt. paszteisz), czyli babeczki lokalne z budyniem i
czekoladą.  I tak np dziesięć babeczek
brzmi jak „deisz paszteisz”. Przeurocze, podobnie jak samo miejsce spożywania.
Otóż powierzchnia tej cukierni jest ogromna. Kilkaset metrów kwadratowych w
labiryncie korytarzy i sal przy niezliczonej ilości stolików. Wszystko w
kafelkach biało-granatowych, ten sam wzór na karniszach i naczyniach. A do tego
całego obrazka dochodzi jeszcze długa kolejka pod drzwiami i druga kolejka
wewnątrz w oczekiwaniu na stolik.

 

Powrotna droga by nas zabiła, gdyby nie tramwaj i
metro. Nawet pomimo przystanku na podwójną caipirinhe w knajpie z serduszkiej
na brzegu rzeki Tejo.