zaległa notka – Kraby albinosy

21-22.11.2012
Arrecife, Lanzarote

Płyniemy sobie radośnie wzdłóż wschodniego wybrzeża wyspy. Żagielki pracują, wręcz musimy zwalniać. Wiszę na telefonie I na VHFce od bladego świtu próbując dogadać się z którymś z lokalnych porcików. Wszędzie pod górkę – a to konieczny agent, a to brak miejsca w marinie(!), a to kotwiczyć nie można… Trzeba do tego dodać, że numery telefonu z ALRSu to jedna wielka ściema. Zastanawiające, jak to możliwe, żeby większość z nich nie istniała, nie działała lub była nie do tej osoby, do której być miała. Może Hiszpanie zmieniają numery co drugi dzień, kto to wie…
Ostatecznie udało się porozumieć z Arrecife. Udało się też zdobyć numer do agenta, który po ugłaskaniu gadżetem I kawą był już gotów zrobić dla nas wszystko. Agent Carlos załatwił nam zniżki tam, gdzie się dało oraz pomógł wypożyczyć samochody. Wycieczkę dla dzieciaków załatwiłam sama – gdy tylko przestałam wisieć na telefonie w poszukiwaniu portu I gdy tylko złapaliśmy internet z lądu, rozpoczęłam polowanie na autokar. Udało mi się takowy ustrzelić w firmie “Last minute transfers”, nomen omen. Przewodnicy niestety wyginęli I żadnego nie dało się zwerbować. Na szczęście pan kierowca sam sobie poradził I dzieciaki wróciły szczęśliwe z wycieczki na wulkan.
W tym czasie wolni od pracy zawodowi wyjechali w interior samochodami. To, co rzuciło nam się w oczy, to ronda. Wielkie, małe, średnie, potrzebne I nie potrzebne. Generalnie wszechobecne I często pozbawione drogowskazów. Wulkaniczny, kamienisty krajobraz Lanzarotte I okrągłe skrzyżowania. Już pierwsze z nich nas pokonało – ogromne rondo gigant z – uwaga – dwoma zjazdami pod kątem 90 stopni. Pozostałe 270 stopni to tylko wygięta autostradka. Bez sensu.
Jeździliśmy dzielnie gubiąc się co chwila. Odwiedziliśmy ogród z kaktusami “Jardin de Cactus” – dzieło lokalnego artysty o nazwisku zaczynajacym się na “M”. Taka zrobiona z kamieni okrągła dziura w ziemi z obsadzonymi wielkimi kaktusami alejkami. Fajniejszy był już wiatrak z żarnem I zrobiona z kamieni gęba przypominająca groteskowo przerobionego bożka Majów. Nie wiem, czy ta atrakcja była warta 5 Euro, ale przynajmniej dowiedziałam się, że kaktusy mogą przypominać ośmiornicze macki.
Dalej jedziemy do jaskini z krabami albinosami. Tym razem 8 Euro. Jaskinia rzeczywiście wielka I fajnie zagospodarowana, taki olbrzymi tunel na przestrzał z jeziorem na dole. W tym jeziorze mnóstwo białych punkcików. Po dłuższej analizie okazuje się, że to właśnie owe kraby (raczej krabiki) albinosy. Niezależnie od miniaturyzacji głównej atrakcji jaskinia przypadła nam do gustu – jej aranżacja jest kolejnym dziełem artysty na “M”. Podświetlenie, muzyczka… Po wyjściu z tunelowej przestrzeni jeszcze tak zwana sala koncertowa – ogromna grota wyposażona w lustra, oświetlona, przystosowana dla publiczności I artystów. Niesamowity efekt dawały lustrzane bryły wielościenne umieszczone w kilku miejscach wewnątrz – przestrzeń zdawała się zaginać I burzyć swój logiczny porządek.
Wtedy już zaczęło kropić, a chmury spowiły szczyty gór. Zdecydowaliśmy się pominąć punkt widokowy I plażę, pojechaliśmy od razu do muzeum wina. Skończyło się na przystanku w przydrożnej winnicy o nazwie “Bodega Rubicon” I zakupie kilku lokalnych produktów. Potem pod wulkan – niestety był już zamknięty (serio serio – można zamknąć wulkan!), a że padało, nie chciało nam się przedzierać przez zasieki. Zarządziliśmy odwrót. Droga powrotna wiodła przez malownicze, niczym wzięte z Mordoru pola lawy, a także kręte górskie dróżki I na wpół wymarłe miasteczka. Trzeba dodać, że nie zawsze nam się udawało nadążyć za drogą – raz trafiliśmy asfaltówką pod zbocze, gdzie zamieniała się ona w pionowo idącą żwirówkę. Zatrzymaliśmy się, zrobiliśmy konkurs w rzutach na odległość liśćmi palmowymi I ruszyliśmy dalej.
Plan był taki, żeby podrzucić na statek tych, co mają wachtę, zabrać tych po wachcie I zjeść coś na mieście. Udało się prawie wszystko z tym, że po godzinie poszukiwań knajpy daliśmy za wygraną, kupiliśmy wielkie siaty owoców morza I pod dowództwem Buby przyrządziliśmy ucztę na statku. Zaiste była to uczta – krewetki w sosie pietruszkowym, kalmary w cieście, bagiety… Pycha!

Jedna odpowiedź na zaległa notka – Kraby albinosy

  • ~michajło mówi:

    WULKAN NIECZYNNY Z POWODU, ŻE ZAMKNIĘTY!
    Wybuchy wulkanu w każdą trzecią środę miesiąca w godz. 1700-1730
    Emisja dymu z wulkanu na życzenie klienta w dni robocze 1000-1800, po uiszczeniu opłaty manipulacyjnej 5,76 Euro + VAT i akcyza.

    Coś Wam się Władca Pierścieni wkręcił. U Ciebie Mordor, u Kaczki Sam i Frodo. A kto będzie Gollumem na statku?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>