Miesięczne Archiwa: Grudzień 2012

FOTO FOTO FOTOOOO!!!

https://picasaweb.google.com/109180849903338403245/Gibraltar?authuser=0&authkey=Gv1sRgCJGj8e-P4uKHGw&feat=directlink

https://picasaweb.google.com/109180849903338403245/Ceuta?authuser=0&authkey=Gv1sRgCNyT-c7p6YO-nwE&feat=directlink

https://picasaweb.google.com/109180849903338403245/ArrecifeLanzarote?authuser=0&authkey=Gv1sRgCIi2sdz9iKawCw&feat=directlink

https://picasaweb.google.com/109180849903338403245/LasPalmasGranCanaria?authuser=0&authkey=Gv1sRgCOqFhtSrw_baEg&feat=directlink

https://picasaweb.google.com/109180849903338403245/Gomera?authuser=0&authkey=Gv1sRgCMSZppmdu_KMggE&feat=directlink

zaległa notka – Kraby albinosy

21-22.11.2012
Arrecife, Lanzarote

Płyniemy sobie radośnie wzdłóż wschodniego wybrzeża wyspy. Żagielki pracują, wręcz musimy zwalniać. Wiszę na telefonie I na VHFce od bladego świtu próbując dogadać się z którymś z lokalnych porcików. Wszędzie pod górkę – a to konieczny agent, a to brak miejsca w marinie(!), a to kotwiczyć nie można… Trzeba do tego dodać, że numery telefonu z ALRSu to jedna wielka ściema. Zastanawiające, jak to możliwe, żeby większość z nich nie istniała, nie działała lub była nie do tej osoby, do której być miała. Może Hiszpanie zmieniają numery co drugi dzień, kto to wie…
Ostatecznie udało się porozumieć z Arrecife. Udało się też zdobyć numer do agenta, który po ugłaskaniu gadżetem I kawą był już gotów zrobić dla nas wszystko. Agent Carlos załatwił nam zniżki tam, gdzie się dało oraz pomógł wypożyczyć samochody. Wycieczkę dla dzieciaków załatwiłam sama – gdy tylko przestałam wisieć na telefonie w poszukiwaniu portu I gdy tylko złapaliśmy internet z lądu, rozpoczęłam polowanie na autokar. Udało mi się takowy ustrzelić w firmie “Last minute transfers”, nomen omen. Przewodnicy niestety wyginęli I żadnego nie dało się zwerbować. Na szczęście pan kierowca sam sobie poradził I dzieciaki wróciły szczęśliwe z wycieczki na wulkan.
W tym czasie wolni od pracy zawodowi wyjechali w interior samochodami. To, co rzuciło nam się w oczy, to ronda. Wielkie, małe, średnie, potrzebne I nie potrzebne. Generalnie wszechobecne I często pozbawione drogowskazów. Wulkaniczny, kamienisty krajobraz Lanzarotte I okrągłe skrzyżowania. Już pierwsze z nich nas pokonało – ogromne rondo gigant z – uwaga – dwoma zjazdami pod kątem 90 stopni. Pozostałe 270 stopni to tylko wygięta autostradka. Bez sensu.
Jeździliśmy dzielnie gubiąc się co chwila. Odwiedziliśmy ogród z kaktusami “Jardin de Cactus” – dzieło lokalnego artysty o nazwisku zaczynajacym się na “M”. Taka zrobiona z kamieni okrągła dziura w ziemi z obsadzonymi wielkimi kaktusami alejkami. Fajniejszy był już wiatrak z żarnem I zrobiona z kamieni gęba przypominająca groteskowo przerobionego bożka Majów. Nie wiem, czy ta atrakcja była warta 5 Euro, ale przynajmniej dowiedziałam się, że kaktusy mogą przypominać ośmiornicze macki.
Dalej jedziemy do jaskini z krabami albinosami. Tym razem 8 Euro. Jaskinia rzeczywiście wielka I fajnie zagospodarowana, taki olbrzymi tunel na przestrzał z jeziorem na dole. W tym jeziorze mnóstwo białych punkcików. Po dłuższej analizie okazuje się, że to właśnie owe kraby (raczej krabiki) albinosy. Niezależnie od miniaturyzacji głównej atrakcji jaskinia przypadła nam do gustu – jej aranżacja jest kolejnym dziełem artysty na “M”. Podświetlenie, muzyczka… Po wyjściu z tunelowej przestrzeni jeszcze tak zwana sala koncertowa – ogromna grota wyposażona w lustra, oświetlona, przystosowana dla publiczności I artystów. Niesamowity efekt dawały lustrzane bryły wielościenne umieszczone w kilku miejscach wewnątrz – przestrzeń zdawała się zaginać I burzyć swój logiczny porządek.
Wtedy już zaczęło kropić, a chmury spowiły szczyty gór. Zdecydowaliśmy się pominąć punkt widokowy I plażę, pojechaliśmy od razu do muzeum wina. Skończyło się na przystanku w przydrożnej winnicy o nazwie “Bodega Rubicon” I zakupie kilku lokalnych produktów. Potem pod wulkan – niestety był już zamknięty (serio serio – można zamknąć wulkan!), a że padało, nie chciało nam się przedzierać przez zasieki. Zarządziliśmy odwrót. Droga powrotna wiodła przez malownicze, niczym wzięte z Mordoru pola lawy, a także kręte górskie dróżki I na wpół wymarłe miasteczka. Trzeba dodać, że nie zawsze nam się udawało nadążyć za drogą – raz trafiliśmy asfaltówką pod zbocze, gdzie zamieniała się ona w pionowo idącą żwirówkę. Zatrzymaliśmy się, zrobiliśmy konkurs w rzutach na odległość liśćmi palmowymi I ruszyliśmy dalej.
Plan był taki, żeby podrzucić na statek tych, co mają wachtę, zabrać tych po wachcie I zjeść coś na mieście. Udało się prawie wszystko z tym, że po godzinie poszukiwań knajpy daliśmy za wygraną, kupiliśmy wielkie siaty owoców morza I pod dowództwem Buby przyrządziliśmy ucztę na statku. Zaiste była to uczta – krewetki w sosie pietruszkowym, kalmary w cieście, bagiety… Pycha!

Ser z duchów

San Sebastian de la Gomera
28.11.2012

Z Gomerą sprawa nie była oczywista. Po kilku dniach walki o paliwo w Las Palmas nie wiedzieliśmy do końca, czy zdążymy jeszcze zwiedzić zieloną wyspę. Po całej nocy alarmów do żagli udało się stanąć przy kei około 0900. Było to bardzo mocno na styk – autokar już czekał.
Szybko okazuje się, że pani agent w San Sebastian to przemiła Szkotka – pomocna, uśmiechnięta, wręcz agent idealny. Załatwiła nam wycieczkę objazdową dla młodzieży. Miejsc w autokarze wystarczyło dla części zawodowych, więc głupotą byłoby nie skorzystać.
Gomera to wyspa o wielu twarzach. Pani przewodniczka, starsza blond Niemka o imieniu Madie (czytaj: MEJDI, MEEEJDIII, podobnie do “Mayday”, jak sama powtórzyła kilkakrotnie) opowiadała prawie poprawnym angielskim o wulkanicznym pochodzeniu I endemicznej roślinności.
Okazuje się, że południowa część wyspy charakteryzuje się klimatem raczej tropikalnym, jest tu dużo palm I zatrzęsienie kaktusów. Jest też roślinka zwana “euphobia”, która udaje kaktus, a kaktusem nie jest. Rzeczywiście – wygląda jak wykapany kaktus kandelabropodobny. Nie wiem, czy kłuje, ale wrogów naturalnych raczej nie ma.
Niesamowite wąwozy zwane “barancos”, soczysta zieleń porastającej zbocza skarłowaciałej roślinności I tarasowe uprawy. Niektóre widoki wydają się być wzięte z przewodnika po Chinach. Gomera jeszcze 200 lat temu miała dwukrotnie więcej mieszkańców, niż teraz, toteż wykorzystywano każdy skrawek ziemi pod rolnictwo. Kamienne konstrukcje, murki I schodki pzecinją dosłownie każdy południowy stok. Teraz jest łatwiej – sporo towarów trafia na wyspę z importu. Miejsca, które niegdyś zajmiwały uprawy ziemniaków wykorzystuje się pod winnice I bananowce, których plantacje dominują obecnie na Gomerze. Maidie kupiła nam siatę lokalnych bananków – rzeczywiście pyszne, soczyste I aromatyczne, chociaż niezbyt okazałe.
Północ wyspy z kolei przypomina troszeczkę nasze Tatry. Niby też są kaktusy, niby raz na jakiś czas palemka, daktylowiec, ale przeważnie zwykłe liściaste drzewa I sosenki. Są tu też drzewka laurowe – wyglądają jak nasze akacje. Ani to ładne, ani brzydkie, a świeże listki w niczym nie przypominają znanej wszystkim przyprawy. Cóż, narwałam trochę I suszę w kabinie. Miałam już pełną kieszeń, gdy Maidie się zorientowała, że prowiantujemy statek w parku narodowym..;)
Nie wolno zapomnieć o lokalnych produktach żywnościowych. Jest ich cała masa, począwszy od wina, przez miód palmowy (taka jakby melasa), sosy “mojo” (takie jakby pesto) I przeróżne, granulowane w oleju lub stałe w krążkach sery kozie (takie bardziej śmierdzące oscypki). W ustach Maidie niestety “goat cheese” (serek kozi) zamieniło się w “ghost cheese” (ser z duchów…). Kupiłam wszystkiego na spróbowanie przeliczając w głowie wagę bagażu I zostawiając po kolei mniej potrzebne rzeczy na statku w miarę przypływu zakupów w reklamówce. Napomknę, że pierwszy raz stłukłam butelkę w sklepie – pani dała mi reklamóweczkę, która nie była zgrzana, przez co po włożeniu do niej wina znalazło ono natychmiast ujście I weszło w bliski I morderczy kontakt z podłogą.
W Polsce jakby sobie ktoś chciał uruchomić biznes I sprzedawać w knajpie wino własnej produkcji, to by mu zaraz przywalono kary I paragrafy. Tutaj jak się prosi o “vino local”, to się dostaje mętny bordowy napój we flaszce po ginie I kilka kieliszków. Czyż to nie piękne? To wino w sumie nie było jakieś fenomenalne, ale było bez siary, kwaskowate I naturalne, przez co biło na głowę każde “vino – za – euro”, jak z Kaczką pieszczotliwie nazywamy wina ekonomiczne.
Postój w miasteczku o niewymawialnej nazwie “Vallehermoso” I posiedzenie na vino local ubarwili nam staruszkowie w barze przywodzący na myśl obrazki z kubańskiej ulicy oraz inny pan, bardzo obszerny, wcinający owocki I podtrzymujący sobie ręką spory kałdun…
Czymś nieprawdopodobnym jest język gwizdany Silbo. Otóż wywodzi się on z czasów sprzed podboju hiszpańskiego w XV wieku. Zamieszkujący wówczas Gomerę Gauczowie odkryli, że gwiżdżąc są w stanie porozumiewać się ze sobą na duże odległości bez konieczności przemierzania trudnego terenu wyspy. Przykładowo, aby przesłać wiadomość z jednego końca Gomery na drugi potrzeba pół godziny. W ten sposób powstał język – każdej sylabie odpowiada konkretny ton, toteż możliwe jest porozumiewanie się w Silbo nie tylko po hiszpańsku. Maidie spytała o powitanie po polsku, na co usłyszała “dzień dobry”, co powtórzyła jako “gin double” (podwójny gin). Też można, a nawet lepiej brzmi☺ Pokaz języka polegał na tym, że w knajpce pani kelnerka wygwizdała pana kelnera tak, że wiedział dokładnie, co I gdzie przed nim ukryliśmy. Niesamowite! Kapitan Mendygrał opanował podstawy, to znaczy nauczył się wygwizdywać załogę – “wy łobuzy” brzmi jak “FIUUU..FIUUuuU!!!” ☺
Dla każdego coś miłego – niezliczone przystanki widokowe, zdjęcia I opowieści to nie wszystko. Pod koniec wycieczki odwiedziliśmy “Laguna Grande”, czyli domostwo naszego drogiego załogowego El Grande. Nie czuł się tam za dobrze, chyba woli statek… Do rzeczy: w “lagunie”, czyli znajdującej się w interiorze zielonej I płaskiej dolinie urządzono plac zabaw dla dzieci, w skład którego wchodzi tyrolka. Pod tyrolką umieszczono (pewnie nie celowo) wielką kałużę. Chłopcy z załogi szkolnej podejmowali wyzwanie wielokrotnie, aż kilku z nich splamiło się całkiem pokazowo błotkiem.
Jeszcze parę słów o jaszczurce, która mieszka na Gomerze. Otóż jest takowa. Nazywa się “wielka jaszczura”. Rozmnażają ją w zoo, a potem wypuszczają na wolność. Dorosłe okazy mierzą do 1,5m. Są dumni ze swych jaszczurów. Niech im będzie.
W drodze do portu wyszedł z chmur szczyt wulkanu El Teide na Teneryfie. Niewiarygodne, że ma on prawie 4000m, podczas gdy my byliśmy zaledwie na 1500m.
Po powrocie na statek padłam spać. Na całe 5 minut…
Jeszcze przygotować zestawy gadżetowo – korupcyjne dla agentów I potwierdzić Mindelo. Buba odjechal od kei, a ja pomaszerowalam do koi, gdzie przewracalam sie nie mogac zasnac az do switu.