Klaustrofobia i robale

04.11.2012

Lizbona

2300

Lot był znośny, z przesiadką w Monachium. Kimałam na ławce, bo przygotowania poprzedniego dnia zeżarły całą moją energię życiową na potem. Przyjechałam wczoraj na Amaranta. Pan w taxowce probowal łamanym angielskim konwersowac, ale wyszlo tylko na to, ze ponarzekalismy sobie wzajemnie potakujac na trudy obu naszych zawodow. Gdy udalo sie znalezc furtke do mariny wykazalam sie wyzszym zmyslem technicznym, bo po wbiciu kodu rozpoczelam nierowna walke z silownikiem hydraulicznym otwierajacym furtke. Yeah. Sama by sie otworzyla, trzeba bylo tylko poczekac kilka sekund, a nie jak prawdziwy Polak walczyc z technika. Jacht byl pusty, klucz w umowionym miejscu. Weszlam, rozgoscilam sie. Po godzince czytania ksiazki podjelam decyzje o wycieczce do marketu. Pan w marinie byl na tyle mily, ze obdarowal mnie mapa turystyczna i wskazal droge do „Pingo doce“, co znaczy (jak sie pozniej okazalo) „slodka kropla“. Tak wiec w supermarkecie „słodka kropla“ nabyłam mango, cztery „pasteis“ i ser kozi twardy oraz piwo Sagres i wino „porto“ produkowane dla owego supermarketu, wiec NIE z gornej polki. Po powrocie zjadlam zakupy, wypilam lampke winka pseudo-siara-porto i poszlam w kime. Rodzina Adriana powrocila po 2000, niedlugo potem Kaczka. Zjedlismy chipsy, wypilismy zapasy i kima. Do rana jakbym byla nieprzytomna w ciepełku, a i tak wstalam z bolem glowy.

05.11.2012

Pobudeczka, śniadanko na bazie zakupów poczynonych przez Olę rano w supermarkecie. Potem wymarsz do klasztoru Hieronimitów i muzeum morskiego. Hieronimici na szczęście za darmo, Vasco da Gama na swoim miejscu. Klasztor to po portugalsku „claustro“ – wiemy już, skąd „klaustrofobia“ i mamy słuszną podstawę do doszukiwania się powiązań z antyklerykalizmem. Tylko muzeum morskie za 5 euro. Te ileś lat temu zbiory wydawały mi się znacznie bardziej obszerne i zadziwiające, a teraz muzeum zmalalo i dziwnie się skurczylo. Co ciekawe, udało się wejść do części z kadłubami jachtów. Bardzo, bardzo fajne eksponaty – długa łódź do wożenia wodorostów (!). Po co wozić zielone gluty? Cholera wie. Samochód ratownictwa brzegowego z początku XX wieku, którego jedynym wyposażeniem były szpule naturalnych lin na pace. Tratwa ratunkowa old school – taki wypornościowy pierścień, a właściwie elipsa z koszem z liny. Na dnie kosza zbita krata z desek. Idea była taka, żeby nieszczęśnicy znajdujący się za burtą wleźli do tego pierścienia i stanęli w koszu z kratą. Ergo – takie wieloosobowe koło ratunkowe. Tak czy siak, jest to pierwowzór tratwy – ciekawa sprawa coś takiego zobaczyć. Tym bardziej, że widać, jak niewiele wagi przywiązywano do widoczności – kolor tegoż eksponatu jest stalowo-niebieski, czyli BARDZO morski… Co więcej… no oczywiście „deisz paszteisz“. Niedawno pisałam na blogu o podobnej przygodzie, teraz natomiast była to przygoda zaaranżowana intencjonalnie. Poszliśmy do kawiarni „Pastel de Belem“, zamówiliśmy „paszteisz“ (tym razem 3 na głowę, żeby nie domawiać…), espresso medium z mlekiem i piwo Sagres. Idealne, stawiające na nogi połączenie, które w scenerii retro-stołówkowo-azulejos’owej tylko nabiera wyrazu unikalności. A propos azulejos – to są takie malowane kafelki, które stosuje się do wykładania wszystkich możliwych powierzchni w tradycyjnym portugalskim zdobnictwie architektonicznym. Widać je na elewacjach kamienic praktycznie wszędzie w starszych częściach miasta. Są też na targowiskach…no właśnie. W drodze z muzeum morskiego do sklepu natknęliśmy się na targowisko. Piękna sprawa, takie lizbońskie warszawskie „Koło“, różne różności. Nas jednak zaintereswały skrzynki z kafelkami oblepionymi zaprawą murarską. Otóż, jak się okazało, lokalni kupcy straganowi szabrują stare elewacji, kupy gruzu na ulicach itp celem pozyskania azulejos. Takie właśnie kafelki z drugiej ręki osiągają największe ceny, chociaż pozyskane są za pomocą dłuta i młotka… Co interesujące, przedział cenowy zaczynał się od 1Eu za nową płytkę, a kończył na 100Eu za rzekomo XVIII-wieczny egzemplarz… jasne. Wszystkie wyglądały tak samo, różniły się tylko ilością obtłuczeń i cementu. Ostatecznie kupiłyśmy z Kaczką kafelki, takie same, z różą wiatrów, na dwóch różnych straganach – ja za 1Eu, a Kaczka za 4Eu, bo dostała zniżkę… W powrotnej drodze musieliśmy coś zjeść. Najlepiej w miejscu lokalnym, bo tam najtaniej, a folklor zawsze w cenie. Spróbowałam porozumieć się moim kilkusylabowym hiszpańskim z panem ochroniarzem jednego z mijanych po drodze budynkow i nawet udało mi się uzyskać jakieś prawie zrozumiałe wskazówki, a podążywszy tym tropem znaleźliśmy knajpę idealną – ceraty na stołach, pan Portugalczyk w wieku 50+ i jego żona (chyba) z siatką na włosach, menu jednostronnicowe tylko po portugalsku… zostajemy! Tylko wybór trudny, bo samo ustalenie, że jakieś słowo oznacza „muuuuu“, a jakieś „chrum, chrum“ nie określa natury potrawy. Poszliśmy na żywioł – Adrian zamówił kawał „chrum, chrum“, Ola „plum, plum“, a my z Kaczką coś o nazwie „robale“. Oczywiście nazwa piękna i tajemnicza, a na talerzu smażona ryba z masą ości i gotowany ziemniak z sałatą, ale czego się nie robi dla doświadczania kultury obcej! Najlepsze z tego wszystkiego było piwo 0,5l, rzadko spotykane w zachodnioeuropejskiej cywilizacji napojów z korkiem… Tak więc robale. Jak skończyliśmy, humory poprawiły się znacznie i wymaszerowaliśmy w ciemność zmierzchową celem odnalezienia sklepu „Pingo doce“ zwanego pieszczotliwie „portugalską Biedronką“. Poszukiwania zakończyły się sukcesem oraz zakupem wina kasztanowego. Wybór był ściśle i silnie umotywowany jednym z drobiazgów dnia dzisiejszego – napotkaniem handlarza prażonych kasztanów na ulicy. Pan miał taki wózek konstrukcji własnej, w którym na węglach prażył kasztany i sprzedawał je w tprebeczkach po 2Eu za porcję. Torebeczki były przemyślne, bo podwójne ze wspólną ścianką. Jedna komora na kasztany, druga na łupiny. Takie pyszne były, aromatyczne… nawet Rysiek, synek Adriana, wsuwał jak się patrzy. Po spacerku z błogością, taką najszczerzą, zasiedliśmy w kokpicie. Tutaj małe wprowadzenie – śpimy na Amarancie, kilkunastometrowym jachcie typu Delphia, gdzie czekamy na przybycie statku. Tutaj też rano zdarzyło się pewne odkrycie niechciane – otóż Rysiu uruchomił silnik. Na Amarancie to nie jest trudne, wystarczy przycisnąć pewien guziczek w pobliżu steru. Dziecko się przestraszyło, więc tatuś pobieżył wytłumaczyć mu, co się stało. Dał więc manetką w przód…dał w tył…i nic. Manetka stoi nieruchomo w pozycji na luz. Wysprzęglił, dał wstecz, dał w przód…a silnik mieli do tyłu. No i właśnie dlatego wino kasztanowe zostało czynnikiem motywacyjnym i uruchamiaczem talentów przy wieczornym rozdłubywaniu mechanizmu manetki. Lekko nie było, ale ostatecznie rano z pomocą warsztatu na Chopinie udało się pokonać wroga. Noc na Amarancie, ciepła, wygodna, a od północy mroźna i pełna przebudzeń.

05.11.2012

Wstałam lekko zmięta. Właściwie zmarznięta. Jeszcze wieczorem zamówiłam z Chopina ponton na po banderze – przecież nie będziemy z rzeczami zasuwać przez pół portu. Po 0800 Buba dzwoni, że silnik się rozwalił, a mechanik o tej godzinie nie pracuje i pontonu ni ma. Trafiło mnie nieco, ale potulnie wkurzyłam się wewnętrznie i przystałam na konieczną konieczność marszu. Adrian okazał się mniej ustępliwy – zadzwonił zaraz do Buby i przy pomocy kilku ciepłych słów sprawił, że za pół godziny siedzieliśmy już w pontonie… Został niniejszym moim „oficerem wykonawczym“. Czemu nie? Wychodzi mu to. Na statku wszechobecny kac i zero przygotowania. Trochę mnie to wmurowało, ale to dlatego, że miałam takie poddenerwowanie perfekcjonisty z ADHD. Już mi przeszło, na szczęście. Mam wrażenie, że załoga też mi wybacza te nerwowe początki. Mam taką nadzieję. Dzieci przyleciały dopiero około 1500. Zadecydowało o tym ponad godzinne opóźnienie lotu i zagubione bagaże. Ostatecznie udało się zrobić spotkanie z załogą zawodową i z dzieciakami unifikujące pewne sprawy, wprowadzające w zasady Niebieskiej Szkoły i Chopina. Wrażenia dobre, tylko zmęczenie spore. Aby sobie ulżyć poczyniłyśmy wieczorem wycieczkę do sklepu hinduskiego po piwo i na Amaranta na spożycie w kokpicie. Potem jeszcze chwila w salonie i kimać, kimać, kimać.

06.11.2012

Od rana tylko zapierdziel. Jeszcze nie wyspałam się w tej dziuplowej koi w 22, gdzie non stop wyje klima. Telefon się urywa, dzwonią wszyscy i czegoś chcą. Agent, Aporvela (portugalska organizacja żeglarska), armator, biuro…jeszcze do tego ekipie zakupowej zepsuł się samochód poza Lizboną. Yeah, jak czad, to na maxa. Silnik zaburtowy się zepsuł, więc wieźli go do serwisu. Tylko że w serwisie powiedzieli, że to grubsza naprawa, tak więc nie zdążymy do jutra i teraz trzeba jechać jeszcze raz i go zabrać. Masakra. Przynajmniej szkolenie pokładowe w porządku. Przy bezpieczeństwie i moich opowieściach dziwnej treści a propos umierania z hipotermii jedna ze starszych nauczycielek złapała się za głowę i wydała na świat pisk, ale poza tym bez zdarzeń. Ineterakcja z dzieciakami fajna. Mendygrał sobie jest przedstawicielem armatora i jest dobrze. Wrzuca swoje 3 grosze najczęściej tylko wieczorem po powrocie z miasta. Jutro masa spraw, ale najważniejsze, że jest szansa na wypłynięcie. Uff. Wreszcie na morze i święty spokój!!!

Jedna odpowiedź na Klaustrofobia i robale

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>