Miesięczne Archiwa: Listopad 2012

LAS PALMAS

Dzien kolejny (27.11.2012)

“Cabron, no agente!”- tyle mamy do powiedzenia na temat naszego drogiego pana agenta z Las Palmas. Zamowilismy paliwo w piatek. Mialo byc w sobote. Potem mialo byc w poniedzialek bladym switem. Czekamy wiec grzecznie do poniedzialku. Czekamy przez caly ranek I doczekujemy sie numeru konta, na ktore maja pojsc pieniadze za diesla. Numer jest, ale SWIFTu nie ma. Kolejne godziny biegna na ustalaniu SWIFTu I tego, czy cena jest za tone, czy za 1000 litrow. Okazuje sie, ze dla agenta nie bylo oczywiste, ze paliwo jest lzejsze od wody. Taaak, dziki kraj. No wiec ustalamy ciezar paliwa w stosunku do jego obietosci. W miedzyczasie idzie przelew. Potwerdzenie przelewu z polskiego banku jest po polsku, co niby nie powinno nikogo dziwic, a jednak… no I w efekcie czekamy na paliwo do wtorku.

Dzis jest wlasnie ten wtorek. Wczorajszy dzien spedzilam od rana wiszac na telefonie. Wieczorem zaczelo lac, wiec wyjscie na miasto odpadlo. Na szczescie rozwinelo sie cos innego… koło gospodyń wiejskich☺ Wraz z Kaczka, Grandem, Markiem dyrektorem, Klaudia Skwary i Ola Adriana robilismy ozdoby choinkowe. Dla Pandy na urodziny.

Mina Pandy, gdy zobaczyła łańcuch z oczek z papieru kolorowego długości połowy statku oraz wydzierganego na szydełku aniołka była bezcenna.

Dziś rano jeszcze drobna wycieczka do galerii na lody. Takie z Mc Donalda, bo wszystko inne zamknięte. Na dodatek bankomat Klaudii wciął kartę – wyłączył się zaraz po tym, jak włożyła swojego Master Carda. Niewiarygodne!

Ostatnie przygody w oczach Mate Kaczki

Ostatni czas obfitował w przygody różne, jednak mi jakoś zapał do przeżywania ich tymczasowo zanikł i wobec tego powołam się na wspomnienia Kaczki, która widziała to, co ja. Obiecuję poprawę:)

http://matekaczka.blogspot.pt/2012/11/nowy-nauczyciel.html

http://matekaczka.blogspot.pt/2012/11/yo-soy-marinero.html

http://matekaczka.blogspot.pt/2012/11/ladowanie-na-ksiezycu.html

http://matekaczka.blogspot.pt/2012/11/las-stolicas.html

http://matekaczka.blogspot.pt/2012/11/movie-makers.html
:-)

KOP W DUPĘ

26.11.2012
Las Palmas

Patrzę sobie na ostatnie tygodnie i widzę wreszcie coś konstruktywnego. Dobry kop w dupę tudzież wiadro zimnej wody na twarz potrafi zdziałać cuda. Człowiek nabiera perspektywy, nie wybacza sobie sam drobnych przewinień, staje się wyczulony na pewne sprawy, pracuje nad sobą i dzięki temu osiąga efekty.

bez komentarza

07.11.2012
Lizbona
1435, kajuta 22

Jestem zmęczona. Cholernie zmęczona i niewyspana. Ten pierdzielony nawiew szumi mi nad głową i tylko irytuje bardziej. Wychodząc z koi przywaliłam głową w kant stołu. To też nie pomogło. Próbowałam spać w ciągu dnia, ale bezskutecznie, ciągle ktoś czegoś chciał. Zaczynam byc nieprzyjemna dla ludzi. Inni z zawodowej też są zmęczeni, tylko oni mają za sobą 4 tygodnie ciężkich warunków i chcą po prostu odpocząć. Ja z kolei chcę już wyjść z portu. Popłynąć w cholerę, z dala od lądu i z dala od zakupów, agentów, telefonu… Tylko postawić żagle i zastanawiać się, kiedy odkręci wiatr. Może wieczorem się uda.

Klaustrofobia i robale

04.11.2012

Lizbona

2300

Lot był znośny, z przesiadką w Monachium. Kimałam na ławce, bo przygotowania poprzedniego dnia zeżarły całą moją energię życiową na potem. Przyjechałam wczoraj na Amaranta. Pan w taxowce probowal łamanym angielskim konwersowac, ale wyszlo tylko na to, ze ponarzekalismy sobie wzajemnie potakujac na trudy obu naszych zawodow. Gdy udalo sie znalezc furtke do mariny wykazalam sie wyzszym zmyslem technicznym, bo po wbiciu kodu rozpoczelam nierowna walke z silownikiem hydraulicznym otwierajacym furtke. Yeah. Sama by sie otworzyla, trzeba bylo tylko poczekac kilka sekund, a nie jak prawdziwy Polak walczyc z technika. Jacht byl pusty, klucz w umowionym miejscu. Weszlam, rozgoscilam sie. Po godzince czytania ksiazki podjelam decyzje o wycieczce do marketu. Pan w marinie byl na tyle mily, ze obdarowal mnie mapa turystyczna i wskazal droge do „Pingo doce“, co znaczy (jak sie pozniej okazalo) „slodka kropla“. Tak wiec w supermarkecie „słodka kropla“ nabyłam mango, cztery „pasteis“ i ser kozi twardy oraz piwo Sagres i wino „porto“ produkowane dla owego supermarketu, wiec NIE z gornej polki. Po powrocie zjadlam zakupy, wypilam lampke winka pseudo-siara-porto i poszlam w kime. Rodzina Adriana powrocila po 2000, niedlugo potem Kaczka. Zjedlismy chipsy, wypilismy zapasy i kima. Do rana jakbym byla nieprzytomna w ciepełku, a i tak wstalam z bolem glowy.

05.11.2012

Pobudeczka, śniadanko na bazie zakupów poczynonych przez Olę rano w supermarkecie. Potem wymarsz do klasztoru Hieronimitów i muzeum morskiego. Hieronimici na szczęście za darmo, Vasco da Gama na swoim miejscu. Klasztor to po portugalsku „claustro“ – wiemy już, skąd „klaustrofobia“ i mamy słuszną podstawę do doszukiwania się powiązań z antyklerykalizmem. Tylko muzeum morskie za 5 euro. Te ileś lat temu zbiory wydawały mi się znacznie bardziej obszerne i zadziwiające, a teraz muzeum zmalalo i dziwnie się skurczylo. Co ciekawe, udało się wejść do części z kadłubami jachtów. Bardzo, bardzo fajne eksponaty – długa łódź do wożenia wodorostów (!). Po co wozić zielone gluty? Cholera wie. Samochód ratownictwa brzegowego z początku XX wieku, którego jedynym wyposażeniem były szpule naturalnych lin na pace. Tratwa ratunkowa old school – taki wypornościowy pierścień, a właściwie elipsa z koszem z liny. Na dnie kosza zbita krata z desek. Idea była taka, żeby nieszczęśnicy znajdujący się za burtą wleźli do tego pierścienia i stanęli w koszu z kratą. Ergo – takie wieloosobowe koło ratunkowe. Tak czy siak, jest to pierwowzór tratwy – ciekawa sprawa coś takiego zobaczyć. Tym bardziej, że widać, jak niewiele wagi przywiązywano do widoczności – kolor tegoż eksponatu jest stalowo-niebieski, czyli BARDZO morski… Co więcej… no oczywiście „deisz paszteisz“. Niedawno pisałam na blogu o podobnej przygodzie, teraz natomiast była to przygoda zaaranżowana intencjonalnie. Poszliśmy do kawiarni „Pastel de Belem“, zamówiliśmy „paszteisz“ (tym razem 3 na głowę, żeby nie domawiać…), espresso medium z mlekiem i piwo Sagres. Idealne, stawiające na nogi połączenie, które w scenerii retro-stołówkowo-azulejos’owej tylko nabiera wyrazu unikalności. A propos azulejos – to są takie malowane kafelki, które stosuje się do wykładania wszystkich możliwych powierzchni w tradycyjnym portugalskim zdobnictwie architektonicznym. Widać je na elewacjach kamienic praktycznie wszędzie w starszych częściach miasta. Są też na targowiskach…no właśnie. W drodze z muzeum morskiego do sklepu natknęliśmy się na targowisko. Piękna sprawa, takie lizbońskie warszawskie „Koło“, różne różności. Nas jednak zaintereswały skrzynki z kafelkami oblepionymi zaprawą murarską. Otóż, jak się okazało, lokalni kupcy straganowi szabrują stare elewacji, kupy gruzu na ulicach itp celem pozyskania azulejos. Takie właśnie kafelki z drugiej ręki osiągają największe ceny, chociaż pozyskane są za pomocą dłuta i młotka… Co interesujące, przedział cenowy zaczynał się od 1Eu za nową płytkę, a kończył na 100Eu za rzekomo XVIII-wieczny egzemplarz… jasne. Wszystkie wyglądały tak samo, różniły się tylko ilością obtłuczeń i cementu. Ostatecznie kupiłyśmy z Kaczką kafelki, takie same, z różą wiatrów, na dwóch różnych straganach – ja za 1Eu, a Kaczka za 4Eu, bo dostała zniżkę… W powrotnej drodze musieliśmy coś zjeść. Najlepiej w miejscu lokalnym, bo tam najtaniej, a folklor zawsze w cenie. Spróbowałam porozumieć się moim kilkusylabowym hiszpańskim z panem ochroniarzem jednego z mijanych po drodze budynkow i nawet udało mi się uzyskać jakieś prawie zrozumiałe wskazówki, a podążywszy tym tropem znaleźliśmy knajpę idealną – ceraty na stołach, pan Portugalczyk w wieku 50+ i jego żona (chyba) z siatką na włosach, menu jednostronnicowe tylko po portugalsku… zostajemy! Tylko wybór trudny, bo samo ustalenie, że jakieś słowo oznacza „muuuuu“, a jakieś „chrum, chrum“ nie określa natury potrawy. Poszliśmy na żywioł – Adrian zamówił kawał „chrum, chrum“, Ola „plum, plum“, a my z Kaczką coś o nazwie „robale“. Oczywiście nazwa piękna i tajemnicza, a na talerzu smażona ryba z masą ości i gotowany ziemniak z sałatą, ale czego się nie robi dla doświadczania kultury obcej! Najlepsze z tego wszystkiego było piwo 0,5l, rzadko spotykane w zachodnioeuropejskiej cywilizacji napojów z korkiem… Tak więc robale. Jak skończyliśmy, humory poprawiły się znacznie i wymaszerowaliśmy w ciemność zmierzchową celem odnalezienia sklepu „Pingo doce“ zwanego pieszczotliwie „portugalską Biedronką“. Poszukiwania zakończyły się sukcesem oraz zakupem wina kasztanowego. Wybór był ściśle i silnie umotywowany jednym z drobiazgów dnia dzisiejszego – napotkaniem handlarza prażonych kasztanów na ulicy. Pan miał taki wózek konstrukcji własnej, w którym na węglach prażył kasztany i sprzedawał je w tprebeczkach po 2Eu za porcję. Torebeczki były przemyślne, bo podwójne ze wspólną ścianką. Jedna komora na kasztany, druga na łupiny. Takie pyszne były, aromatyczne… nawet Rysiek, synek Adriana, wsuwał jak się patrzy. Po spacerku z błogością, taką najszczerzą, zasiedliśmy w kokpicie. Tutaj małe wprowadzenie – śpimy na Amarancie, kilkunastometrowym jachcie typu Delphia, gdzie czekamy na przybycie statku. Tutaj też rano zdarzyło się pewne odkrycie niechciane – otóż Rysiu uruchomił silnik. Na Amarancie to nie jest trudne, wystarczy przycisnąć pewien guziczek w pobliżu steru. Dziecko się przestraszyło, więc tatuś pobieżył wytłumaczyć mu, co się stało. Dał więc manetką w przód…dał w tył…i nic. Manetka stoi nieruchomo w pozycji na luz. Wysprzęglił, dał wstecz, dał w przód…a silnik mieli do tyłu. No i właśnie dlatego wino kasztanowe zostało czynnikiem motywacyjnym i uruchamiaczem talentów przy wieczornym rozdłubywaniu mechanizmu manetki. Lekko nie było, ale ostatecznie rano z pomocą warsztatu na Chopinie udało się pokonać wroga. Noc na Amarancie, ciepła, wygodna, a od północy mroźna i pełna przebudzeń.

05.11.2012

Wstałam lekko zmięta. Właściwie zmarznięta. Jeszcze wieczorem zamówiłam z Chopina ponton na po banderze – przecież nie będziemy z rzeczami zasuwać przez pół portu. Po 0800 Buba dzwoni, że silnik się rozwalił, a mechanik o tej godzinie nie pracuje i pontonu ni ma. Trafiło mnie nieco, ale potulnie wkurzyłam się wewnętrznie i przystałam na konieczną konieczność marszu. Adrian okazał się mniej ustępliwy – zadzwonił zaraz do Buby i przy pomocy kilku ciepłych słów sprawił, że za pół godziny siedzieliśmy już w pontonie… Został niniejszym moim „oficerem wykonawczym“. Czemu nie? Wychodzi mu to. Na statku wszechobecny kac i zero przygotowania. Trochę mnie to wmurowało, ale to dlatego, że miałam takie poddenerwowanie perfekcjonisty z ADHD. Już mi przeszło, na szczęście. Mam wrażenie, że załoga też mi wybacza te nerwowe początki. Mam taką nadzieję. Dzieci przyleciały dopiero około 1500. Zadecydowało o tym ponad godzinne opóźnienie lotu i zagubione bagaże. Ostatecznie udało się zrobić spotkanie z załogą zawodową i z dzieciakami unifikujące pewne sprawy, wprowadzające w zasady Niebieskiej Szkoły i Chopina. Wrażenia dobre, tylko zmęczenie spore. Aby sobie ulżyć poczyniłyśmy wieczorem wycieczkę do sklepu hinduskiego po piwo i na Amaranta na spożycie w kokpicie. Potem jeszcze chwila w salonie i kimać, kimać, kimać.

06.11.2012

Od rana tylko zapierdziel. Jeszcze nie wyspałam się w tej dziuplowej koi w 22, gdzie non stop wyje klima. Telefon się urywa, dzwonią wszyscy i czegoś chcą. Agent, Aporvela (portugalska organizacja żeglarska), armator, biuro…jeszcze do tego ekipie zakupowej zepsuł się samochód poza Lizboną. Yeah, jak czad, to na maxa. Silnik zaburtowy się zepsuł, więc wieźli go do serwisu. Tylko że w serwisie powiedzieli, że to grubsza naprawa, tak więc nie zdążymy do jutra i teraz trzeba jechać jeszcze raz i go zabrać. Masakra. Przynajmniej szkolenie pokładowe w porządku. Przy bezpieczeństwie i moich opowieściach dziwnej treści a propos umierania z hipotermii jedna ze starszych nauczycielek złapała się za głowę i wydała na świat pisk, ale poza tym bez zdarzeń. Ineterakcja z dzieciakami fajna. Mendygrał sobie jest przedstawicielem armatora i jest dobrze. Wrzuca swoje 3 grosze najczęściej tylko wieczorem po powrocie z miasta. Jutro masa spraw, ale najważniejsze, że jest szansa na wypłynięcie. Uff. Wreszcie na morze i święty spokój!!!

Foto foto Lizbona

Jak w temacie. Notki jutro:-)

https://picasaweb.google.com/118270003624006505921/Lizbona