Miesięczne Archiwa: Kwiecień 2012

Wywiad:-)

Oto wywiad, który opublikowano w młodzieżowym magazynie internetowym Outro.pl. Podaję linka do wydania, jeżli ktoś chce obejrzeć ze zdjęciami i w ładnej formie (s. 26). Dla leniwych poniżej wklejam treść:-)


http://redakcja.mammedia.pl/paper/preview/outro/12/4/64/


„ŻYCIE BEZ ŻAGLOWCÓW DLA MNIE NIE ISTNIEJE.”

Małgosia Czarnomska to osoba, w której żyłach zamiast krwi,
płynie słona woda morska. Autorka dwóch podręczników dla żeglarzy, od kilku lat
pełni funkcje oficerskie na żaglowcach. W listopadzie, w wieku 28 lat, została
najmłodszą kobietą–kapitanem żaglowca w Polsce. W przerwach między rejsami
zajmuje się szkoleniami i edukacją morską młodzieży. Jak sama mówi, wszystko,
co robi, prowadzi na morze lub jest z morzem związane.

Jak
i kiedy zaczęła się Twoja przygoda z morzem?

Przygodę z morzem zaczęłam dość późno,
bo w wieku osiemnastu lat. Brałam udział w młodzieżowych rejsach na Mazurach i
skipperzy, czyli sternicy, którzy prowadzili te rejsy, opowiadali nam legendy z
morza i to w jakiś sposób rozbudziło moją ciekawość. Postanowiłam sama
spróbować takiej przygody i już mi tak zostało.

Kiedy przesiadłaś się na żaglowce?

Swój pierwszy rejs morski odbyłam na małym żaglowcu
Kapitan Głowacki. Nie sądzę, żeby ten rejs miał znaczny wpływ na to, że
pływałam później coraz więcej. Moja przygoda z żaglowcami była bardziej
zainicjowana tym, że bardzo chciałam popłynąć na „Szkołę pod żaglami”. Chciałam
pływać z młodzieżą i chciałam mieć wkład w ideę edukacji pod żaglami, dlatego
też zaczęłam coraz częściej pływać. Najpierw pływałam na Pogorii, później na
Chopinie, potem przesiadłam się na żaglowce zagraniczne, na Concordię i
Sørlandet. Wszystko jednak wskazuje na to, że w najbliższym czasie wrócę na
Chopina.

Jak wygląda droga do osiągnięcia stopnia oficera na
żaglowcu?

Oprócz uprawnień żeglarskich, które
trzeba mieć, a do nich kwalifikują się jachtowy sternik morski i kapitan
jachtowy, trzeba posiadać też dodatkowe uprawnienia, np. radiowe, ewentualnie
radarowe, ale poza tym zasadniczo wszystko opiera się o doświadczenie. Przede wszystkim
kapitanowie chcą, by oficer miał doświadczenie na konkretnym statku i go znał.
Przeważnie to, czy osoba może pełnić na żaglowcu funkcję oficerską, jest
właśnie decyzją kapitana. Dzieje się tak w szczególności w przypadku oficerów –
wolontariuszy, którzy pływają za darmo pełniąc przy tym funkcje oficerskie.
Natomiast w przypadku żeglarzy zawodowych, decyzję o zatrudnieniu oficera
podejmuje armator w porozumieniu z kapitanem.

Pływałaś dla Class Afloat – kanadyjskiej „Szkoły pod
żaglami”. W jaki sposób tam trafiłaś?

To dzieło przypadku. Początkowo bardzo chciałam brać
udział w polskiej „Szkole pod żaglami” na Pogorii. Są to miesięczne szkoły dla
licealistów. To było moje marzenie i wtedy wydawało mi się, że Morze Śródziemne
jest tak daleko, że dalej już nie da się popłynąć i że szczytem marzeń jest
spędzenie miesiąca na żaglowcu. Ostatecznie dostałam propozycję takiego rejsu,
ale musiałam z niego zrezygnować z uwagi na uczelnię. Jakiś czas później kolega
całkowicie przypadkowo wspomniał, że czytał o pewnym żaglowcu, Concordii, na
którym jest taka kanadyjska szkoła i że na jej stronie internetowej można
aplikować swoje zgłoszenia. Oczywiście jeszcze tego samego wieczoru weszłam na
tę stronę. Po zebraniu odpowiednich dokumentów i referencji, które były wymagane,
wysłałam swoje zgłoszenie. Nikt mi nie odpowiedział, więc średnio co dwa
tygodnie przez rok wysyłałam im aplikacje. W tym czasie skontaktowali się ze
mną tylko raz, z pytaniem, czy możemy się spotkać, kiedy statek będzie w Gdyni.
Dowiedziałam się wtedy, które uprawnienia zawodowe muszę jeszcze zrobić, by móc
pływać na Concordii, a kiedy je już zdobyłam, to popłynęłam w rejs.

To były długie rejsy? Nie bałaś się, że sobie nie poradzisz?

Oczywiście, że się bałam! To był mój
pierwszy kontakt z pływaniem zawodowym, wcześniej zawsze pływałam w ramach
wolontariatu. Starcie z rzeczywistością zawodowego żeglarstwa było dosyć
szorstkie. Przeciętny kontrakt na Concordii trwał trzy lub sześć miesięcy. Mój
był niestandardowy, bo trwał cztery miesiące, a pierwsza połowa upłynęła mi na
bardzo intensywnej nauce. Nie chodzi mi o sztukę żeglarską, ale standardy pracy
i o to, jak należało wykonywać swoje obowiązki.

Jak zareagowała Twoja rodzina na wieść o tak długim rejsie?

Rodzina już wcześniej była
przyzwyczajana do mojej kilkumiesięcznej nieobecności w domu, bo wcześniej
zajmowałam się też innymi rzeczami, np. kajakarstwem. A kiedy powiedziałam, że
płynę z Kapsztadu przez Karaiby aż do Kanady, bo to była trasa pierwszego
rejsu, to mama złapała się za głowę, a ojciec się ucieszył. Oboje oczywiście
liczyli na to, że rejs będzie jednorazową przygodą, ale później już pogodzili
się z faktem, że wypływałam w morze coraz częściej.

Co należało do Twoich obowiązków jako oficera?

To są dość standardowe obowiązki.
Zaczynałam od funkcji drugiego oficera, a taka osoba jest jednocześnie safety officer. Oprócz prowadzenia
wachty, która była w dwóch zmianach czterogodzinnych, miałam pod swoją opieką
cały sprzęt ratunkowy. Byłam również odpowiedzialna za przeprowadzanie alarmów
ćwiczebnych. Natomiast później pływałam jako pierwszy oficer. Taka osoba to
prawa ręka kapitana, która wprowadza w życie jego zarządzenia i pilnuje, aby na
statku wszystko było tak jak powinno. Poza prowadzeniem swoich wacht, jest też
przełożonym pozostałych członków załogi.

Co było najtrudniejsze w takich rejsach? Obowiązki?
Tęsknota?

Jak już mówiłam, obowiązki to
standardowe rzeczy na każdym statku, ponieważ są pewne normy i wystarczy ich
przestrzegać. Gdy już raz się tego nauczyłam, później nie sprawiało mi to
żadnych trudności. Najtrudniejsze w długich rejsach były takie momenty
uświadamiania sobie, że wszyscy bliscy są bardzo daleko i czasami nawet nie
można do nich zadzwonić. Każdy z żeglarzy wypływających na dłuższy czas, każdy,
kto ma rodzinę, przeżywa tego typu sytuacje.

Jak więc wyglądała Gwiazdka na statku?

To było najgorsze. Przeżyłam jedne
święta Bożego Narodzenia na morzu i potem za wszelką cenę unikałam kontraktów w
czasie świąt. Byłam wtedy na Concordii, a Gwiazdkę spędzaliśmy na morzu. W tym
samym rejsie płynął też drugi żaglowiec – Fryderyk Chopin, z polską stałą
załogą na pokładzie. Na Concordii z załogi polskiej poza mną byli jeszcze
mechanicy i kapitan. Załoga Chopina miała kolację wigilijną, było im łatwiej,
my natomiast nie mieliśmy nic podobnego.

Pływałaś na polskich i zagranicznych żaglowcach. Różnica w
ich utrzymaniu czy prowadzeniu jest widoczna?

Polscy armatorzy i marynarze
charakteryzują się pewnymi cechami, których nie wykazują np. skandynawscy
armatorzy i odwrotnie. Polacy odznaczają się kreatywnością i rzadko sztywno
podporządkowują się pewnym normom, z kolei Skandynawowie nie wyobrażają sobie
życia bez norm i jakiekolwiek wolne myślenie nie jest mile widziane. Oczywiście
są też różnice między statkami. Na pewno Concordia i Sørlandet były lepiej
utrzymane niż standardowy polski żaglowiec, ale w Polsce przeznacza się mniej
funduszy na aspekty dotyczące utrzymania statku.

Jak wyglądał przeciętny dzień z Twojego życia jako oficera
na żaglowcu?

Wracając do początków kariery… mój
dzień jako drugiego oficera na Concordii wyglądał tak: wachty od północy do
czwartej nad ranem i później od dwunastej w południe do szesnastej. Nocą na
szczęście nie byłam sama na mostku, były też dzieciaki, które pełniły swoje
funkcje. Po wachcie najczęściej kładłam się do koi. O ósmej rano było
podniesienie bandery. Jest to poranny apel, czyli zbiórka całej załogi, podczas
której wybijamy tzw. „szklanki” (bicie w dzwon). Wtedy poruszane są sprawy
wymagające obecności wszystkich z nas. Każdy może też powiedzieć coś od siebie
albo zadać pytania kapitanowi bądź oficerom. Niektórzy kapitanowie zwalniali
mnie z obowiązku uczestniczenia w podnoszeniu bandery ze względu na godziny
moich wacht, ale kiedy brałam w tym udział, to następnie zaczynałam pracować
około dziesiątej i przez dwie godziny załatwiałam sprawy związane z
bezpieczeństwem. Później była kolejna wachta, a po niej znów różne prace
związane z utrzymaniem statku. Wieczorem kolacja, sen i o północy wszystko
zaczynało się od początku.

Powtarzając cały czas to samo, nie masz wrażenia, iż jest to
monotonne?

Nie ma czasu się znudzić, ponieważ na
statku jest zawsze dużo pracy. Człowiek przyzwyczaja się do poziomu zmęczenia,
ilości pracy i snu. Osobiście nigdy nie odczuwałam nudy.

Jak wygląda pływanie podczas sztormów?

Sztorm sztormowi nie równy. Są takie,
kiedy wszyscy modlą się o przetrwanie, a są takie, że po prostu podejmujemy
standardowe działania zabezpieczające statek i załogę i się płynie. Dzień jest
taki sam, a obowiązków nie jest mniej. Ewentualnie niektóre z nich są
niemożliwe do wykonania, m.in. dlatego, że pokład jest zalewany przez fale albo
są zbyt duże przechyły. Życie w sztormie od życia na spokojnym morzu różni się
jedynie tym, że trudniej się przemieszczać i funkcjonować. Na przechylonym i
rozbujanym statku niełatwo jest spać, jeść czy gotować.

Pisałaś kiedyś na blogu, że podczas rejsu w maszt Sørlandet
uderzył piorun. Jak to wyglądało?

Wyglądało groźniej niż było naprawdę.
Nie było mnie wtedy na pokładzie, bo właśnie skończyłam swoją wachtę, kończyłam
myć zęby i miałam zamiar iść spać, kiedy w tym czasie rozległ się huk, a ja
dopiero po chwili zorientowałam się, że kucam na podłodze i osłaniam głowę
rękoma. To było całkowicie instynktowne. Huk był tak ogromny, że miałam
wrażenie, że statek rozpada się na pół. Myślałam o tym, czy się przechylamy,
czy nabieramy wody, czy rozlegają się jakieś alarmy. Byłam przekonana, że coś
wybuchło na statku albo że w coś uderzyliśmy i toniemy. Jak najszybciej
założyłam na siebie ubrania i wybiegłam na pokład. Tam dopiero dowiedziałam
się, co się stało. Cała elektronika była spalona i włączyły się najróżniejsze
alarmy. Zatykaliśmy głośniki szmatami, żeby można było skupić się nad
czymkolwiek i próbowaliśmy ustalić, jaki sprzęt nam został do nawigowania, bo
podstawowy GPS straciliśmy. Wszystko w końcu opanowaliśmy i dopłynęliśmy
bezpiecznie do portu. Problemem natomiast była kwestia psychologiczna u dzieci,
które to widziały, bo wyglądało to podobno jak kula ognia czy fajerwerki idące
od czubka masztu. Część z tych dzieciaków przeżyła katastrofę Concordii, która
zatonęła dwa lata temu, więc gdy zobaczyły coś takiego, reagowały niekiedy
spazmami.

Były jakieś inne nieoczekiwane zdarzenia albo wypadki?

Pewnie, że tak. Awarie są właściwie na
porządku dziennym i każdy, kto pływa, musi się z tym liczyć. Są awarie typu
chłodzenie silnika, porwane żagle albo liny urywają się wysoko na masztach i
spadając, uderzają o pokład, cudem omijając czyjąś głowę. Nigdy nie miałam
jednak dramatycznych akcji i mam nadzieję, że tak zostanie.

Statek ma ograniczoną powierzchnię, na której przebywa sporo
osób, które widuje się cały czas. Nie jest to frustrujące?

To dość ciekawa kwestia. Jednak załoga
na statku organizuje się w pewien sposób i każdy jest w stanie wydobyć dla
siebie minimum prywatności. Oficerowi jest oczywiście łatwiej, a ja jako
kobieta dostawałam swoją kajutę, więc miałam komfort. Ale ludzie też
wykształcają w sobie różne umiejętności, na przykład nie narzucają się, ale
pomagają innym. Narzucanie się i demonstrowanie swojej obecności nigdy nie jest
mile widziane i zawsze kończy się tym, że nikt Cię nie będzie lubił, ani nie
będzie chciał z Tobą rozmawiać. Ludzie uczą się skromności i powściągliwości, a
przebywanie na statku wydobywa z nich dobre cechy.
 

Co wspominasz najlepiej z rejsów?

Mam mnóstwo wspomnień z rejsów i trudno
powiedzieć, co jest najlepsze. Są piękne wspomnienia dotyczące miejsc, jak na
przykład przylądki Ameryki Południowej i Afryki, są wspomnienia wycieczek na
wulkany, kajaków na morzu, wielorybów i jest tego wiele. Ale również dzieciaki
i nasze rozmowy w nocy wspominam bardzo ciepło.

Liczyłaś, ile portów odwiedziłaś?

Nie, nie mam pojęcia, ile ich było
(śmiech).

To prawda, że zostałaś najmłodszą kobietą–kapitanem żaglowca
w Polsce?

Tak, w listopadzie poprowadziłam
stuletni żaglowiec Kapitan Borchardt, który jest najnowszym polskim nabytkiem.
Płynęliśmy ze Szczecina do Cuxhaven. Na pewno w Polsce żadna młodsza ode mnie
kobieta nie prowadziła wcześniej żadnego żaglowca.

Jak to jest być kapitanem i być odpowiedzialnym za cały
statek i załogę?

Dawno temu ktoś mi powiedział, że
kapitan to najgorsza funkcja na statku. Nie rozumiałam tego, bo przecież
kapitan nic nie robi, tylko chodzi, dogląda, dowodzi, śpi, je i to wszystko.
Jednak poprowadzenie statku, który ma około 50 metrów długości i kilkadziesiąt
osób na pokładzie, to ogromna odpowiedzialność. Jest dużo aspektów, o których
kapitan musi myśleć, wiele spraw i decyzji, a one zachodzą tylko w jego głowie,
więc ludzie rzeczywiście mogą myśleć, że taka osoba tylko chodzi i dowodzi.

A jakie to sprawy?

Bardzo przyziemne dla statku, na
przykład: kiedy muszę zadzwonić do portu, żeby zarezerwować keję? Statek jest
duży, więc najczęściej stoi w porcie handlowym, a nie w marinie i rezerwowanie
kei nie jest takie proste. A co zrobię, jak nie będzie kei? Czy muszę się
odprawić celnie? Jakie dokumenty muszę przygotować? Czy starczy nam paliwa, czy
potrzebuję zapasowych części? Spraw jest naprawdę bardzo dużo, włącznie z tym,
ile czasu potrzebuje załoga, by przygotować statek do wejścia do portu, ile
potrzebuje, by postawiła żagle. Trzeba myśleć też o tym, co zrobić, gdyby nagle
coś się zepsuło albo była niespodziewana awaria. To wszystko oczywiście dzieje
się w mojej głowie. Dodatkowo załoga ma również swoje problemy, które chce
rozwiązać i atakuje mnie informacjami i pytaniami.

Co robisz, kiedy nie bierzesz udziału w żadnym rejsie?

Dotychczas pływałam bardzo intensywnie,
więc w czasie między rejsami odpoczywałam, nadrabiałam wtedy kontakty z rodziną
i znajomymi próbując podtrzymywać swoje tutejsze życie. W zeszłym roku
zwolniłam nieco tempo. Obecnie w międzyczasie prowadzę szkolenia żeglarskie,
współpracuję z wydawnictwem Almapress, które wydało dwa moje podręczniki, a od
niedawna pracuję w firmie 3Oceans zarządzającej Chopinem.

Płyniesz gdzieś w najbliższym czasie?

Tak, za miesiąc (śmiech). Nie wiem,
dokąd, ale prawdopodobnie za miesiąc wsiądę na Chopina.

Wyobrażasz sobie życie bez morza i żaglowców?

Próbowałam i mi nie wyszło. Życie bez
żaglowców dla mnie nie istnieje. Miałam czteromiesięczną przerwę w rejsach i
muszę przyznać, że zdecydowanie potrzebuję gdzieś popłynąć. Nie wyobrażam sobie
zmiany stylu życia i nie zamierzam go zmieniać.

Dla zainteresowanych: więcej opowieści
z rejsów znajdziecie na stronie: www.gosianamorzu.blog.pl

 Rozmawiała:
Agata Andrzejak