Miesięczne Archiwa: Kwiecień 2011

La Coruna – Ostenda i Biskaj po drodze…

@font-face {
font-family: „Cambria”;
}p.MsoNormal, li.MsoNormal, div.MsoNormal { margin: 0cm 0cm 0.0001pt; font-size: 12pt; font-family: „Times New Roman”; }div.Section1 { page: Section1; }

01.04.2011

 

Dziś piątek, a
więc dzień smarowania statku – I dobrze, bo to jedyna praca, jaką na deku można
wykonać we mgle i niewielkiej ilości wiatru. Płyniemy sobie dzielnie zmarnowani
po nieprzespanej nocy. Bujało na boki tak, że trzeba było zachować przytomność,
aby nie wypaść z koi, więc spać się nie dało i noc zaowocowała tylko większym
zmęczeniem z rana. Półprzytomna prowadzę wachtę, co chwila zmieniam kurs
próbując uspokoić statek. Czasem się udaje, czasem nie. Zaraz po przejęciu
mostka wysyłam drugie oko na dziób. Przy widoczności około 1 mili i tak jedyne,
co raportują, to drewno pływające w wodzie. Dobrze chociaż, że to raportują.

Felix przychodzi
na fire watch z rogalikami maślanymi i daje mi jednego. Ciężko na tym statku
uwierzyć w dobre odruchy drugiego człowieka, Norwegowie jakoś z założenia je
tłumią w sobie i innych. Przyjmuję rogalika i gadam sobie z Feliksem, który
przecież tak mi działał na nerwy, o jego zamiłowaniu do polowania, o
myśliwstwie w Niemczech i w Polsce. W czasie fire round Felix zgarnia ze swojej
bakisty po bułeczce maślanej dla mnie i dla siebie oraz tabliczkę Milki. Jem
kanapkę z czekoladą i zmieniam zdanie o chłopaku. Powiedziałam mu, że się źle
czuję, a on nie pytając zareagował dzieląc się swoimi zapasami. Niby normalny
odruch, ale nie tu. Tu wszyscy mają w nosie. Bardzo, bardzo mi było miło.

Po wachcie od
razu na lunch (wieprzowina, pasta z fasoli i jakieśtam dobre dodatki oraz
tortille bez smaku i ser żółty). Dopijam sok pomarańczowy nowego sortu, jeden z
tych lepszych – więcej smaku niż cukru, a następnie pałaszuję jabłko i prosto
do koi. Zasypiam szybko. Około 1530 idę siku i ze zgrozą dostrzegam spotkanie
załogi w salonie kapitańskim. Znowu zapomniałam. Postanowiono, że te mytyngi
odbywać się będą w dzień po wypłynięciu i w dzień przed przypłynięciem o 1515,
tyle że ja już drugi raz zapomniałam. Przypał niewielki, na szczęście. Po
łazience znów do koi i spaaaać, a jak nie spać, to szydełkować i oglądać
Bewitched. Rozważam pierwotny plan sprawdzenia elektrolitu w akumulatorach po
kolacji, ale niechcemisizm wygrywa i przekładam na jutro. Dziś jest mój dzień
dla mnie, moja niedziela. Jakoś ostatnio ciężko się do czegokolwiek zebrać,
wszystko jest pod górkę, decyzje podejmuję nienajlepsze, widzę dookoła
trudności i mogę spać dniami i nocami. Myślę, że to ogólne zmęczenie mnie
dopadło. Już dość długo na tym statku, za trzy tygodnie Polska i pomimo świadomości,
że nie wszystko złoto…, nie mogę się doczekać.

Dzieciaki robiły
sobie numery dziś w dzień. Dziewczyny wsypały do łóżek chłopców czerwony
brokat, a za to chłopaki w czasie wieczornego alarmu do brasowania wynieśli z
banjer materace do balastu i zawinęli łańcuchy do podwieszania klapkoi. Bardzo
zabawne, tylko że było 10 min do lights out. Kim wkurzony, bo żartownisie
zabrali mu lodówkę z kabiny i nie pozwolili spać w dzień, tak głośno byli. On
ma nieco przesrane, bo ściana w ścianę z kubrykiem.

Wachta wieczorna
dobrze. Widno jest o 2000, ludzie na pokładzie. Halvor chce żeglować przez noc,
więc tylko brasowanie i zwalenie grota na gejtawy. Kim dyskutuje ze mną
decyzje, średio mi się to podoba, ale przytakuję i robimy po jego myśli.
Jeszcze miesiąc i do domu.

 

02.04.2011

0130

Po wachcie
nocnej jakoś nie mogę się zebrać do snu. Oglądam głupie Bewitched I robię na
szydełku. Akurat odkładałam komputer do pokrowca na podłodze, który trzymam na
macie antypoślizgowej, gdy ogłuszył mnie wręcz wielki BUM. Coś huknęło tak
przeraźliwie, że chwyciłam polar i poleciałam na mostek. Ze schodów zobaczyłam
tylko Kathryn z latarką, poza tym ciemność, bipczenie różnej maści wydobywające
się ze wszystkiego, co posiada dźwiękowy sygnał alarmowy I kolorowe diodki złowrogo
wyzierające z ciemności. W drzwiach Claude, słychać szloch – to Kath
przycupnięta przy drzwiach na pokładzie. Pytam, co się stało i dowiaduję się,
że walnęła w nas błyskawica. Pędzę na dół, ubieram się i znów na mostek. Kath
już znów przy sterze. Ona była na Concordii, a teraz widziała walący w maszt
piorun i iskry sypiące się dookoła. Przytulam ją dla pewności, ale widzę, że
już dobrze. Na mostku szacujemy straty. Wszystko wyje, elektronika siadła, GPS
bez wyrazu, cholera wie, co mamy, a czego nie. Próbujemy włączać i wyłączać,
testować, szukamy w instrucjach obsługi odpowiedzi na pytania. Najgorsze, że
nie ma nigdzie planu połączeń tego całego bajzlu na mostku, więc tylko
zgadujemy, który GPS do którego urządzenia i skąd pozostałe czerpią dane. Po godzine
udaje się ustalić, że mamy ECDIS, jedną VHF DSC, radio SSB i jeden GPS, który
karmi AIS i radar z ARPA. Decyzja kapitana, że możemy tak dalej płynąć i rano
będziemy kombinować, co dalej. Na szczęście mamy telefon satelitarny. Tak więc
usmażyło dwa Inmarsaty C, jedną VHF DSC, jednego GPSa i wiatromierz/log.
Szczęście, że mamy ECDIS – bez map elektronicznych byłoby marnie, bo Sorlandet
działa według nowoczesnej zasady zdublowanej elektroniki bez map
papierowych.  Głupota i złudne
wygodnicze bezpieczeństwo, ot co.

A przed
huknięciem słyszałam tylko deszcz walący o pokład i grzmoty w oddali. Pod
koniec mojej wachty na radarze była szybko rozbudowująca się chmura burzowa,
nawet bardzo szybko, ale nie przejęłam się zbytnio. Kathryn i tak zawsze ma
deszcz na swojej wachcie, teraz miała też fajerwerki. Podziwiam Halvora za
spokój i opanowanie, ale jeśli miałabym coś zrobić, czego on nie zrobił, to
kazałabym sprawdzić pokład, czy nikt przypadkiem nie leży gdzieś pod wantami.
Walnęło w bezanmaszt, a więc daleko od kubryka. U mnie w kabinie nie było czuć
nic, żagnego wstrząsu, żadnego zapachu, tylko BUM.

Najgłośniej
bipczy alarm świateł nawigacyjnych. Wszystkie diodki zapalone I biiiip, biiiip,
biiiip….Na szczęście światła się palą, więc tylko konsola wysiadła, ale biiiip
nieco irytuje. Z samego rana trzeba świerszcza uciszyć, oj tak…

Halvor każe mi i
Brianowi iść spać, odpocząć przed ranem. Idę do kabiny, ale spać nie mogę. Koło
0300 zamykam oczy i coś mi nie gra. Powietrze jakieś nie takie. Wychodzę na
korytarz i czuć palące się kable, idę więc na mostek i mówię. Okazuje się , że
oni też czują, bo na mostku jest najsilniej. Przynieśli gaśnicę CO2 z laundry
room, na wszelki wypadek.

Zapach tlących
kabli towarzyszy nam jeszcze przez kilka dni. Świerszcza panowie uciszyli o
poranku, także niewiele wachty spędziłam na dworze przymusowo. Halvor czynnie
pomagał, grzebali w szafce z instrukcjami w poszukiwaniu planu, a mi tylko
kazał żeglować i tym się zajmować. Silnik odstawiliśmy rano dla świętego
spokoju i ciszy. Noc przed błyskawicą była okropna, strasznie bujało, nikt nie
spał, kolejna noc pod znakiem gromu z jasnego nieba też zarwana, więc chociaż
dzień spokoju nam sie należy. Tak więc płyniem, a planu połączeń wciąż nie ma.
Erin z dwójką chłopaków weszła na maszt szacować straty, potem na wyraźne
polecenie Halvora Kim też wlazł i okazało się, że mała antenka na samym
szczycie masztu jest czarna jak smoła, a osłona jej podstawy znajduje się w
postaci plastikowych kawałeczków na kwaterdeku. Dowód na to, że walnęło w czubek
masztu.

Po południu
Halvor dzwoni do Francuskiego VTSu prosić o zgodę na przejście bez pełnej
komunikacji. Może do Ostendy wejdziemy wcześniej celem naprawy, ale nie wiemy.

 

04.04.2011

Słonko świeci, a
na głowach czapki. Zęby dzwonią, bo zimno, a my jeszcze dodatkowo nie wiemy,
jak zimno, bo termometr usmażyła nam błyskawica, a Sorlandet nawigacyjnie
statkiem nowoczesnym jest i tradycyjnego termometru rtęciowego nie ma. Ot co.

Trochę ruchu
statków, ale niewiele – bez nerwów. Spokojnie sobie marznę, dzieciaki
sprawdzają resztę pasów ratunkowych, spokojnie odrabiam swoją pańszczyznę. Z
ciekawostek na brasie foka z prawej burty zauważyłam coś. Zauważyłam patrząc
przez lornetkę na statki i wydało mi się owo coś dość dziwne jak na miejsce
usadowienia – i słusznie, bo był to szczur herbaciany. Tylko dlaczego z prawej,
po francuskiej stronie? Kanał jest Angielski, każdy to wie, ale Francuzom taka
trybuta na brasie może nie przypaść do gustu. Proponujemy wysmarowanie brasu
grota serem, dla równowagi sił.

Prąd przed
połudnem pchał nas na wschód, robiliśmy prawie 10 węzłów na motorku, bo wiatru
niiiii ma. Jakieś tam sztaksle smętnie się kiwają. O 1300 alarm p-poż. Tym
razem Kari wymyśla scenariusz. Trzeba przyznać, że super to zrobiła – trzy
osoby poszkodowane w kuchni. Na szczęście szefostwo zgodziło się, byśmy
sprawdzili detektory dymu i odpalili awaryjną pompę p-poż. Tym sposobem ja mam
z głowy kilka comiesięcznych testów, hehe. Jak dobrze pójdzie, to nie będę
musiała już żadnych robić do Norwegii, oprócz cotygodniowych. Taki był plan –
chcę uniknąć czepiania się Val. Mina kwaśnieje na myśl o powrocie “blond trio”.
Ta ekipa Norwegów jest super, do tańca i do różańca, a te blondaski śliczne ani
do jednego, ani do drugiego. Może tylko do dmuchania balonów, bo takie nadęte.

Po alarmie parę
słów do załogi – super, podoba mi się to u Halvora, że omówienie alarmu jest
dla całej załogi, a nie tylko dla zawodowej. Tak, jak na Concordii – każdy może
coś od siebie dodać. Ogólnie wypadło dobrze, ale muszą się bardziej postarać
przy musztrowaniu i zachować powagę oraz zdrowy rozsądek podczas alarmu. No I
siedzieć cicho, co chyba podpina się pod zdrowy rozsądek w większości
przypadków…

Po alarmie
Helena, dziewczyna Paula pokazuje mi, jak używać kompresor. Napełniamy wspólnie
jedną butlę, a drugą już sama, bo malutka Eliza zaczęła płakać i Helena musiała
lecieć. Ciekawa to osoba – nieco starsza ode mnie, była tu pierwszym oficerem,
pływała na Stadt Amsterdam. Teraz z Paulem mają czteromiesięczną Elizę i
zabrali ją na rejs, żeby zobaczyć, jak znosi statek. Trudno to sobie wyobrazić,
ale Helena pracowała na mostku jeszcze w szóstym miesiącu ciąży. Żeglowała
zawodowo z brzuchem. Jak ona to robiła? Pojęcia nie mam, ale sądząc po bardzo
zdroworozsądkowym podejściu do macieżyństwa, robiła to z głową.

Zanim skończyłam
zabawę z kompresorem, zaształowaniem aft fire station itp itd była już prawie
1500. Jeszcze Kathryn poprosiła mnie o napisanie raportu z alarmu ćwiczebnego, bo
Ulf nie robił żadnych notatek, więc zeszło mi się do po trzeciej. Nieco
sfatygowana wlazłam do koi i lulu oraz Harry Potter i druty.

Na kolację
zapiekanka z resztek, nawet dobra, oraz zielona sałata. Jeszcze wykraść pół
godzinki snu przed wachtą…niechętnie reaguję na budzik o 1930. Ospale nakładam
na siebie kolejne warstwy, robię miętę, idę do łazienki. Kierowana świadomością
konieczności mozolę się na mostek. Statków jak mrówków, wicher jest, silnik
śpi. Żagle i cisza. W międzyczasie wysyłam dwóch chłopaków po zapasowe światła
nawigacyjne, żeby przetestować je w 24V gniazdku na rufie. Wszystko działa,
super. Nie cierpię wygrzebywać tych świateł z szafki, są duże, ciężkie i
brudne. Dobrze, że mogę wykorzystywać studentów. Podobnie wykorzystałam ich
dziś do smarowania karabinków w uprzężach i liczenia ich oraz pasów ratunkowych.
O wiele mniej roboty dla mnie samej.

Koło 2100 jest
już ciemno i dogłębnie zimno. Brrrr. Rybole dookoła, szlaczek na ekranie ledwie
przypomina kurs. Mijamy, mijamy, a gnamy 10 węzłow na dwóch napędach, więc
mijamy szyyybko. Szybko oznacza tylko tyle, że muszę dwa razy wcześniej
planować i trzy razy bardziej uważać.

O 0000 spaaaać….

 

 

Santiago

@font-face {
font-family: „Cambria”;
}p.MsoNormal, li.MsoNormal, div.MsoNormal { margin: 0cm 0cm 0.0001pt; font-size: 12pt; font-family: „Times New Roman”; }div.Section1 { page: Section1; }

30.03.2011 środa

Dzisiejszy dzień wolny spędzam z Jesse. O 0830
jesteśmy prawie gotowe do wyjścia, ale jeszcze kawa, herbata, ostatnie
drobnostki i ostatecznie wychodzimy przed 0900. Droga do stacji kolejowej jest
teoretycznie prosta, tyle że pod górkę i po półgodzinnym marszu jesteśmy
zmęczone. Trafiamy na dworzec, tyle że autobusowy, ale dowiadujemy się o tym
dopiero przy drugim z kolei okienku, w którym próbujemy kupić bilety.
Trudno, trzeba szukać dalej. Jeszcze tylko kupujemy po piekarnianym wypieku w
dworcowym sklepie – ja francuskie ciastko z szynka i serem, a Jesse
drożdżowego palmiera. Świeżutkie, pycha. Wychodząc z dworca pytam dziewczynę
siedzącą na schodach o kolej i okazuje się, że trzeba w lewo zaraz za zieloną
kładką dla pieszych. Dobra, idziemy. Kupujemy bilety za jedyne niecałe 10 Euro
w obie strony i zadowolone postanawiamy spędzić 45min oczekiwania na pociąg
przy kawie. Zakupujemy więc dobroci w filiżance, ja jeszcze sok pomarańczowy ku
odżywczości i siadamy przy czerwonym plastikowym stoliku na pastikowych
krzesłach na wielkiej hali dworca. Rozmowa toczy się płynnie na tematy różne,
ale głównie różnice kulturowe, stereotypy o Polakach i Amerykanach, niewiedza
geograficzna i ignorancja względem innych narodowości. Jesse wyznaje, że w jej
rodzinie są korzenie słowianskie i rzeczywiście jej uroda na to wskazuje.

Pociąg w kierunku Vigo jest o trzydzieści klas lepszy od
polskiego intercity. Czyściutko, toalety, automaty z napojami, gniazdka i
stoliczki przy każdym wygodnym fotelu z odpowiednią ilością miejsca na
nogi.

Pół godziny połowicznego drzemania, taksówka i jedziemy
przez nowe dla nas miasto. Zwyczajne domy, kamienice, sklepy i ulice, aż do
katedry. Powala ona na kolana nie tylko wiernych katolików. Przepiękna barokowa
fasada porośnięta miejscami rdzawozielonym porostem znika we mgle wysoko nad
głowami. Gargulce wspanialsze od tych w Notre Dame de Paris oraz motywy muszli
– symbolu świętego Jakuba dostrzegalne są wszędzie. Trafiamy najpierw do
muzeum, ale niechętne do płacenia za obejrzenie filmu o fasadzie obieramy kurs
na katedrę – schodami do góry. Po wejściu do tego świętego przybytku ma się
wrażenie błogości. Ogarnia człowieka intensywność wiary i wszechobecnego dobra,
świat zamyka się do tego uczucia i ma się ochotę w nim pozostać. Zwiedzamy,
podziwiamy niesamowicie rzeźbiony pozłacany drewniany ołtarz, naznaczone patyną
przemijającego czasu organy i schodzimy do krypty zawierającej grób Świętego
Jakuba. Dookoła nas konfesjonały, jeden przy drugim, pięknie rzeźbione dębowe
konstrukcje. Siadamy w ławce, aby chłonąć atmosferę i postanawiam pogłębić
doświadczenie idąc do spowiedzi. Pielgrzymi z całego świata przybywają tu
celem przeżycia przemiany duchowej. Nie jest możliwe, aby wszyscy mówili po hiszpańsku
– i mam rację. Starszy ksiądz o życzliwej twarzy w konfesjonale
z czerwonym numerkiem „15“ prosi, abym uklękła przed nim i podaje mi
kartkę z listą potencjalnych grzechów w językach hoszpańskim i angielskim.
Spowiedź polega na wskazywaniu odpowiednich, po czym czytam angielską formułę
również znajdującą się na kartce, wybieram pokutę z wymienionych zaraz pod
formułką i spowiedź jest zakończona. Niesamowite przeżycie, bardzo różne od
doświadczeń z Polski. Przepełniająca spokojem niema rozmowa
z księdzem zapadła w pamięć i pozostanie tam na całe życie.

Wychodzimy z katerdy. Szukamy biura informacji
turystycznej, aby pozyskać informacje dotyczące historii miasta i katedry, Nie
jest to takie znowu łatwe, toteż po drodze zwiedzamy kilka sklepów, kupujemy
pamiątki i pocztówki. Potem okazało się, że przepłaciłyśmy, ale cóż – taki los
turysty w obcej ziemi.

Idziemy w mżawce, kolory starych kamienic przyćmione
mgiełką wody. Pani w informacji gada dużo, Jesse przybiera nieco znudzony wyraz
twarzy, ale przynajmniej wychodzimy wyposażone w ulotki o historii miasta i
katedry oraz mapkę. Na tej mapce pani zaznaczyła dla nas miejsca warte
obejrzenia, wśród nich…targ. 
Własnej tożsamości się nie wyprzesz – Jesse zaciągnęła mnie prawie że
siłą ku powyższemy przybytkowi. Po drodze mijamy sklep z artykułami
gospodarstwa domowego. Wchodzimy z ciekawości, bo moja kompanka szuka dla
siebie torebki, a na wystawie jakieś wisiały. Mały sklepik przypominał te
z lat osiemdziesiątych w Polsce – półki pod sufit, a na nich dosłownie
wszystko. Tutaj też – z ciekawszych towarów należy wymienić drewniane
trepy w kolorze czarnym i naturalnym, wydrążone z jednego kawałka drewna i
dość ciężkie, ale za to tanie. Góra tego typu obuwia piętrzy się w kartonach na
podłodze na przeciwko kasy. Niedaleko rzeszota – sita różnej wielkości,
nowiutkie, umieszczone jedno na drugim formując słup wysokości ponad metra. Nad
nimi na półce…coś. Gliniana misa z pokrywką, a dookoła wiszące na
glinianych trzymadłach gliniane kubeczki. Hiszpański a la Gosia składa się
głównie z gestów, toteż zabiera trochę czasu zrozumienie, do czego owo
naczynie jest wykorzystywane. Okazuje się, że do picia, oczywiście. Wlewa się
lokalny bimber zwany ładnie „aguardiente“, sypie się cukier, skrapia sokiem
cytrynowym, a na koniec podpala. Taki kocioł z ogniem to produkt
ostateczny, teraz tylko łyżką nalać do kubasków. Podobno historia owego rytuału
sięga zamierzchłych czasów, kiedy to Galicja powszechnia uważana była za teren
magiczny i magiczne obrzędy picia ognia nikogo nie dziwiły. Tak…no ale 26
Euro piechotą nie chodzi. Idziemy dalej.

Na bazarze zaskakuje nas czystość, przestrzeń i obfitość
zapachów i kolorów oferowanych towarów. Zadaszenie niczym późnogotyckie
krużganki, szeregi murowanych z dużego szarego kamienia pasaży pod
porośniętym porostem zadaszeniem. Pod wpływem chwili kupujemy za 50 centów dwa
plastry sera i próbujemy. To samo przytrafia się owocom o kształcie jabłka, a
smaku i teksturze gruszki. Znajdujemy też napój z grzyba zwany Kambucha. Smaki
teoretyczne do wyboru: lemon, zielona herbata i jakiśtam trzeci. Podobno ma moc
uzdrawiającą wszystko, a do tego pobudza i w ogóle spełnia 1000% normy, a
wytwarza się go hodując grzyba na herbacie. Apetyczne to bardzo, ale napój
nawet pijalny, przypominający nieco mrożoną herbatę zmieszaną z piwem
imbirowym i przennym. Gwoli dokładności – nie czuję się uzdrowiona ani
pobudzona po wypiciu, więc może to działa tylko na wybrańców, joginów, spirytualistów,
ezoteryków i innych duchołaków. Tak czy siak, napróbowałyśmy się wszystkiego,
zagryzłyśmy wielkimi i dojrzałymi czerwonymi truskawkami o smaku takim, jak
należy (w przeciwieństwie do kartonowych truskawek z hipermarketów), a na
okrasę zakupiłam flaszkę „aguardiente“ za osiem euro, którą pani wyciągnęła
spod lady i nic dziwnego – etykietki brak, na górze korek i uśmiech
sprzedawczyni szepczący „de casa“ (hiszp. „domowe“). Tak wyposażone powracamy
do sklepu z naczyniami do ogniowej strawy oraz zakupujemy mi takowe.
Uśmiech od ucha do ucha, tylko że pudło nie mieści się do plecaka i trzeba w
siateczce w ręku. Misja na najbliższy czas – nakarmić brzuszki. Szukamy knajpy.
Ja jestem w tym wyjątkowo nieutalentowana, więc decyzyjność pozostawiam profesjonalistce.
Trochę czasu zajmuje dotarcie na restauracyjna ulicę, bo po drodze ładne
budynki, uniwersytecki ogród za drzwiami do kamienicy i sterczące
z zabytkowych ścian rury gargulcopodobne.

Ostatecznie jemy w miejscu ze ślimakiem w szyldzie – za
niewielkie pieniądze otrzymujemy zestaw: wino blanco de casa, empanada, ryż
z owocami morza lub mięsko duszone, a na deser lokalne ciacho „Świętego
Jakuba“. Empanada to taki jakby placek z nieco ciężkiego ciasta
półfrancuskiego, a w nim mix drobinek mięsa, ryby, cebuli i sosu pomidorowego
oraz składników nierozpoznawalnych. Bardzo to dobre. Aha, i udaje mi się
wepchnąć pudło z garem do plecaka – co za ulga. Teraz wyglądam jak
prawdziwy pilgrzym. Można uznać, że zrekompensowało to niesłony ryż
z kawałkami kraba i langustynek w skorupach i zero narzędzi do wydłubania
mięsa.

Nieco zaróżowione wyruszamy w dalszą drogę, tym razem
szukać księgarni. Chcemy nabyć „Pielgrzyma“ Coehlo. Pani w informacji kieruje
nas poza stare miasto i w sumie dobrze, bo zobaczymy coś nowego. W czasie drogi
objaśniam Jesse różnice pomiędzy barokiem i gotykiem i mam nadzieję, że w
głowie zostanie jej chociaż, że to nie to samo. Napotykamy grupę młodzieży w
pelerynach. Na widok katedry przyspieszają kroku, biegną przed siebie śpiewając
„Santiago est aqui“ (hiszp. Święty Jakub tu jest), po czym skaczą radośnie,
tańczą i cieszą się po prostu na koniec wędrówki. Bije od nich radość, której
można tylko zazdrościć.

No tak, ale książki…trafiamy na miejsce nieco
przemoczone, bo z nieba polało deszczem, a kurtkę sprytnie schowałam pod
na ścisk umieszczonym w plecaku pudełkiem. Kupujemy książki, koszystamy
z kibelka na zapleczu i w drogę. Kilka odwiedzonych sklepów
odzieżowo-torebkowych nas dobija, więc człapiemy do taksówki i już wkrótce
siedzimy na baaardzo przewiewnym peronie czekając na pociąg do La Coruna.
Czytamy, piszemy kartki, zwyczajnie odpoczywamy. W pociągu na szczęście ciepło,
a obopólna decyzja o użyciu taksówki celem dostania się do statku przynosi
ulgę. Wysiadamy przy centrum handlowym, po czym ja i mój plecakowielbłąd
zasuwamy na pokład, wywnętrzamy się, pakujemy laptopa i słuchawki, a następnie
powracamy do Jesse i komu w drogę, temu po buty. Szukamy tych butów, szuamy,
tylko że znaleźć nie możemy – prawdopodobnie z uwagi na przesłaniające
oczy zmęczenie. Przynajmniej pasek sobie kupiłam. Obiecująco wyglądająca
knajpka z wifi zawodzi na domiar złego, otrzymawszy więc nasze zimne
koktajle mleczne płacimy i zrezygnowane powracamy do galerii mając przed oczami
nadchodzące hamburgery i nieuniknioną wycieczkę do Nothing Box. Tak też się
dzieje – whooper i skype przypracają skrzydła. Jesse zawinęła się już do łóka,
a ja dosiadłam się do nauczycieli, którzy nieco przedwceśnie świętowali
urodziny Kate Bradley. Lampka wina znokautowała mi umiejętność synchronizacji
mowy, toteż obraziwszy wcześniej niechcący Kathryn powróciłam do swojej jaskini
i zapadłam w sen przedwachtowy.

 

 

Azory-Hiszpania

@font-face {
font-family: „Wingdings”;
}@font-face {
font-family: „Cambria”;
}p.MsoNormal, li.MsoNormal, div.MsoNormal { margin: 0cm 0cm 0.0001pt; font-size: 12pt; font-family: „Times New Roman”; }div.Section1 { page: Section1; }

20.03.2011/21.03.2011
wachta nocna Azory-Hiszpania

 

Księżyc swoim
bladoniebieskim światłem przywodzi na myśl filmy o wilkołakach. Krągła tarcza
błyszczy wśród chmur o roziskrzonych jej blaskiem brzegach, morze świeci
srebrzyście i opalizuje. Na północnej stronie nieba pojawia się zarys łuku. Po
chwili można odróżnić kolory tęczy. Przed chwią padało, powietrze jest
wilgotne. Właśnie patrzymy na pełen łuk tęczy w środku nocy. Czyż nie jest to
niesamowite? Czy tym, którzy nie widzieli, będzie łatwo uwierzyć? To widowisko
stanowi dopełnienie i tak dobrego dnia, w którym dostałam muffina z czekoladą,
kawałek porfiru i klepnięcie w ramię od Kapitana. Polecił mi wołać go przez
intercom przy każdej wątpliwości i zmianie warunków, zakazał się wahać, bo “who
hesitates, masturbates”… Przetestowaliśmy intercom, a kaptejn zademonstrował
budzenie samego siebie słowami “Havor move your ass from bed and come on deck”
(“Halvor rusz tyłek z wyrka i zasuwaj na pokład”) oraz “Halvor you bastard get
out of bed now” (“Halvor skurczysynu wyłaź z wyrka natychmiast”). Posłusznie
zobowiązałam się cytować słowa dowódcy
J A w dzień były duże delfiny skaczące w falach. i na lunch
pomidory, a w salonie owoce w misce do wzięcia. Dobry dzień.

 

 

 

23.03.2011

W drodze z Horty
do La Coruna

 

Cholerne wiatry
wiedzą, gdzie płyniemy I specjalnie wieją w dziób. Niże i wyże tak się
ustawiły, że od trzech dni tylko wschodnie i południowo-wschodnie. Teraz
dopiero ma się odkręcić przez południe na zachód, ale kiedy…cholera wie. Wachty
nudne masakrycznie, tylko się gapić w morze i w ekran, na radarze pustki, radio
milczy, tylko BBC4 na 198kHz można posłuchać od czasu do czasu. Przynajmniej
wieści z Libii i z Japonii jako tako odbieramy. Niebo zasnute pierzyną z chmur,
ciemno jak w kopalni węgla, zanim wylezę na wierzch muszę przyzwyczaić oczy,
aby się nie potknąć o własne nogi. Wynajduję zadania wymyślne i wymyślone,
przegrzebuję EGC  w poszukiwaniu
niusów, czytam to samo po raz pięćsetny, robię wyciągi z prognoz pogody i
ziewam. Gadam z dzieciakami o pierdołach, gadam z Kimem o niczym, jesteśmy
znudzeni do granic możliwości. Stoją tylko sztaksle, jeden kliwer i czasami
sztormowy spanker. Pewnie znowu się spóźnimy dzień. Halvor nie chce przegrzewać
silnika i jedziemy poniżej prędkości ekonomicznej, co już zupełnie nie ma
sensu. Ech… Mam nadzieję, że pojawią się zachodnie, postawimy żagle i
szybciutko potniemy ku Hiszpanii. Wymyśliłam żarcik z “greasing relative
bearing” (smarowanie namiaru względnego) na jutro lub najbliższy czas,
przynajmniej powinno być ciekawie. Dla niekapujących – namiar względny to kąt,
wartość w stopniach, a nie przedmiot, tylko że biedne kursanty nie wiedzą.

Spaaać.

 

24.03.2011

 

Wicher skreca
znowu na E, a mial przeciwnie i ku zachodowi. Juz 12kn, a mialo byc mniej.
Predkosc spada i dodatkowo pojawil sie swell z ENE. Kim z Erin i Nickiem zedejmują
z masztów bombramżagle. Kim twierdzi, że są zniszczone i stare, bo z 1993r, a
dla mnie wyglądają na nówki sztuki. W żaglu zdjętym z bezanmasztu tylko dwie
profesjonalnie maszynowo naszyte łatki i już, poza tym bez zastrzeżeń. Malutkie
to szmatki, porównywalne do trumsli na Chopinie.

Wtajemniczylam
Bruce’a w plan smarowania namiaru względnego. Mam nadzieję, że plan się
powiedzie, bo potrzebuję powodu do smiechu.

Dzis przyszla do
mnie Jesse sie wygadac. Ma dosc Asi i wcale sie nie dziwie. Mieszkaja razem,
pracuja razem, sa razem caly dzien. Lubia sie, ale jedna jest szefowa, a druga
podwladna i to jest trudne, gdy jedna ma gorszy dzien. Tak wiec Jesse sie
cieszy, ze juz blizej konca niz poczatku. Posedzialysmy sobie na monkey island
po kolacji i pomarzlysmy razem. Potem na wachte do mnie przyszla Asia. Nie
wiem, czemu, ale dziala mi ona nieco na nerwy ostatnio. Chyba ma to cos
wspolnego z jej wiekiem – 22 lata to dzidzia, co to nie wie, co ze soba poczac.
Taka troszke beksa, co to sie skupia na malych rzeczach. Teraz na przyklad
nakrecila sie na pomaganie dzieciakom w tworzeniu spolecznosci, bo jej zdaniem
zaloga nie jest zgrana. Moim zdaniem rzadko sie widzi tak zgrane zalogi. Nie da
sie uzyskac od wszystkich tego samego poziomu zaangazowania i juz. Trzeba
niektore rzeczy zaakceptowac, ale te wiedze posiada sie z doswiadczeniem.

Przygotowalam
relative bearing (“namiar względny”) – kawalek mosieznej blaszki w pudelku
drewnianym. Jutro wielki dzien – smarujemy
J

A dzis
wydrukowalam inwentaryzacje pojemnikow w Aft Fire Station i ponaklejalam na
nie. Drukowanie jest utrudnione ze wzgledu na egzaminy, tak wiec nauczyciele
okupuja drukarke, a mesa oficerska jest zajmowana dla wyzszych celow niz moja
inwentaryzacja.

Jutro wraz z
Kari zbadamy przeznaczenie lamp p-poz testujacych zawartosc tlenu w powietrzu.
To przedpotopowe urzadzenia, nie moge dojsc do tego, jak dzialaja, wiec
zwerbowalam norweska glowe, bo co dwie, to nie jedna. Kim powiedzial, ze da mi
line na wycieraczke – wreszcie w domu pojawi sie normalna wycieraczka. Mam tez
plan zawiniecia starego bloku z warsztatu. Nikt go chyba nie chce, wiec nie
powinno byc problemu. Zobaczymy.

Wachta nocna
nudna jak 150. Przetestowalam dwoch chlopcow z podstawowych wezlow, bo jakis
czas temu nie wiedzieli, jak przywiazac flage do flaglinki i odleciala w sina
dal uczepiona jedynie jednego konca, po czym uwiezla w takielunku. Sam Dano
wyznal, ze po prostu nie moze sie nauczyc wezlow. Uczono go wiele razy, ale
ciagle zapomina i to chyba cos nie tak z glowa. Powiedzialam mu, ze musi
opanowac ratowniczy i wiecej nie bede od niego wymagac. Cwiczyl dzis na oku i
jutro bedzie znowu cwiczyl. Po 2300 wiatr byl 0-1B z kazdej strony, wiec
zwalilismy sztaksle. Przynajmniej niebo rozgwiezdzone.

 

26.03.2011

Chrzest
pseudorównikowy-transatlantykowy rozpoczął się w deszczu i wietrze 40 węzłów, a
skończył w słoneczku. “Pollywags” (ofiary chrztu) musieli całować zakupioną na
Azorach głowę świni oraz nosić czapkę z ośmiornicy bez głowy. Przeurocze. Do
tego standardowe jajko, mąka i musztarda na głowie oraz nurkowanie w kuble z
“zupą” i posiłek `’ns pokrzepienie”. Bruce paradował w niebieskiej peruce i
tiulowej sukience pochodzącymi z Hong Kong Megastore w Horcie, a Heather
owinięta w prześceradło poprawiała wąsy z mopa i trzymała kurczowo chcący odlecieć
trójząb. Cała impreza skończyła się koło południa. I dobrze, bo wiatr skręcił i
ostatnie dwie godziny kluczyłam po morzu unikając konieczności brasowania.
Teraz zbrasowaliśmy się na square, sztaksle poszły w dół i dostawiliśmy górnego
marsla na grocie oraz foka. Sorlandet po odstawieniu silnika waha się przez
chwilę, czy zwolnić, czy przyspieszyć, ale ostatecznie dociąga do 6,6 węzła i
pierwszy raz chyba w czasie tego etapu rzeczywiście żeglujemy z wiatrem w
plecy. W nocy Finisterre, raczej na mojej wachcie wypadnie, będzie ciekawie.
Odrobię poziom podekscytowania i nerwów za ostatnie parę dni. Ruta tu, ruta
tam, statki wszędzie, w między czasie raportowanie do VTSu i  jeszcze płótna na masztach, którym też
trzeba poświęcać uwagę.