Miesięczne Archiwa: Marzec 2011

Pan Ocean

https://picasaweb.google.com/gosianamorzu/ZeglowaniePoOceanie?authkey=Gv1sRgCL3i2c3GxsPv_wE&feat=directlink

HORTA

A oto wiadomośćwspaniała, nowina radosna: zamiast do Sztokholmu płyniemy do TRÓJMIASTA!!!Planowe wejście 22 kwietnia, wyjście 26 kwietnia. To się oczywiście jeszczemoże piętnaście razy zmienić, bo nie wyrabiamy się i nie nadążamy za grafikiemostatnio, ale generalnie WIELKANOC W POLSCE!!!!!:-)

 11.03.2011

North Atlantic

36 15,7N 04235,7W

 Kolejny dzieńżeglugi. Wiatr NE 4B, kurs 070, stoją tylko sztaksle i motorkujemy zawzięciecała naprzód. Idziemy nieco na północ od celu, żeby móc później pożeglować napółnocnym wietrze. Wachty spokojne, wręcz monotone. Sprowadzają się dokorygowania kursu kompasowego, trymowania sztaksli i wyciszania alarmów, którewchodzą co chwila z różnych powodów. A to fabryka wody, a to Inmarsat straciłsatelitę, a to czujka pożarowa się popsuła. Dziś na przykład czujka numer 070odpalała alarm co minutę tak, że nagimnastykowałam się sporo biegając międzyinstrukcją obsługi a konsolą. 

Jest zimno,temperatura spadła do 13C. Wczoraj było 18, więc skok całkiem zauważalny.Żałuję, że nie wzięłam zapasu zimowych ciuchów polarowych, ale przynajmniej mamsporo warstw i cebulkowanie działa.

W ciągu dniazałatałam dziurę w klajdunku na relingu pokładu łodziowego. Chciałam zrobićwięcej, ale bosman Kim, choć przeuroczy facet, to leniuszek i roboty mi niedał. Pomęczę go jutro, może dostanę jakieś linkowanie.

Poza tympopołudnie miłe i słoneczne. Nowa prognoza pogody nie przyniosła nic dobrego,tylko potwierdzenie starej – wmordewindy oczywiście. Skończyły się sztormowewichury, zaczęła się stara śpiewka wiatru w gębę i brum brum. No ipraaawa…leewa…praaawa…leeewa…

Posprzątałamkabinę, a jutro zrobię pranie. Bardzo mnie to cieszy, wręcz poprawia humor,który ostatnimi dniami jest wisielczy. Stwierdzam u siebie kryzys połowykontraktu. Nic nowego, przejdzie samo, tylko trzeba się postarać, żeby nienarobić sobie wrogów i problemów. Ja się staram po prostu nie mówić nic donikogo, w ten sposób jedynie uchodzę za smutną lub przygnębioną. Na szczęściejuż mi przechodzi, jak zwykle praca okazuje się być remedium na problemypsychoduchowostatkowe.

Tak sobieplanuję, że zakupię wełnę na Azorach i zajmę się doskonaleniem umiejętnościdzierganiowych. Całkiem to fajne, może warto się nauczyć. O ile w ogóle będzieczas na Azorach, bo jak na razie to najprawdopodobniej mamy dwa dni opóźnienia,co zostawia nas z dwoma dniami w Horcie Nie możemy za bardzo przedłużać, bo potemnie wyrobimy się z portami europejskimi. W sumie wszystko mi jedno, mam pewneplany, ale jeśli nie uda się ich zrealizować, wymyślę coś innego i też będziefajnie.

 

12.03.2011

North Atlantic

36 53,4N 04015,3W

 Znowu silnik iznowu pod górkę. Wachta z nauczycielami, bo dzieciaki mają “snow day”, znaczywolne. W Kanadzie przy bardzo silnych opadach śniegu w radio ogłasza się dzieńbez szkoły. Tak więc udzieliłam profesorom lekcji sterowania i jako tako imszło. Prędkość mamy zawrotną, bo aż 3 węzły, no może 4. Na Azorach będziemychyba pod koniec marca.

 

09.03.2011

North Atlantic

32 42,6N 04554,4W

 Sztorm jakbysłabnie. Wiatr wciąż w podmuchach osiąga 8B, ale morze nieco niższe i bardziejprzyjazne. Świeci słońce, niebo przebłyskuje błękitem.

W tej kotłowaniniesoli, wiatru i wody, opakowana szczelnie w zestaw sztormowy tęsknię za domem.Wyobrażam sobie kwiaty na balkonie i w domu. Wyobrażam sobie hamak rozpięty wśródtych kwiatów i czytanie książki w słoneczny dzień z tykwą yerba mate w ręku.Picie kawy z ekspresu, który sobie kupię. Takiej dobrej, aromatycznej,pachnącej czekoladą, z dodatkiem brązowego cukru i pełnego mleka. Podanej wfiliżance, którą sama pomaluję. Cóż, wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Serio.

Tutaj życiepłynie. Płynie niezależnie ode mnie. Wszystko wpisane jest w schemat, z któregonie da się wyłamać i nie warto próbować, bo schemat to konieczność potwierdzonaskutecznością przez dziesiątki, wręcz setki lat.

Człowiek giniena morzu. Człowieka jako indiwiduum nie ma. Człowieka określają ludzie, którzysię o niego troszczą i świat, który wokół siebie kreuje. Rodzina, przyjaciele.Tutaj jest się samotnym, anonimowym. Jest się przygodą w życiu spotkanych napokładzie osób. Zawsze i niezmiennie.

Praca mija samawraz z mijającymi minutami. Wachta sama odlicza godziny. Fale biją o burtę,woda syczy w waterwajsach. Radar świeci zielonymi bazgrołami.

Czasem pogadam zdzieckiem o tym i owym. Wczoraj na przykład opowiedziałam dziewczynie o tym,jak marznięcie w imię bycia twardzielem nie opłaca się, bo po kilku latachwszystko boli. Wczoraj przyniosłam też Amy i Danielle puszkę fanty. Ja nie mogęjuż na ten specyfik arabski patrzeć, niedobrze mi po wypiciu, jakbym wlewała wsiebie kwas. A dziewczyny ucieszyły się bardzo. Amy sama zarobiła na ten rejs.Jej rodzice nie są zamożni, pomogła rodzina i przyjaciele. Niesamowitadziewczyna, Wdzięczna za wszystko i doceniająca świat dookoła. Dobrazwyczajnie.

 Dziś Marcprzyszedł na mostek, aby się trochę poszwędać i wypatrzył mewę na horyzoncie.Fajnie. Na lunch puszny kurczakowy Vifon, na deser jabłko i opowiastka Kima omonstrualnych falach niszczących statki. Podobno Sorlandet spotkała się z takimgigantem 16 lat temu. Arnfinn był na pokładzie. Podobno zmyło łódź ratunkową i tratwy,a pokład łodziowy zrównało z pokładem głównym.

 Wczoraj w nocypatrzyłam na fale. Białe grzywy odrywające się od gór wody i lecące wprzestrzeń w postaci kropelkowego rozbryzgu mokrej soli. Obok mnie siedzi SarahFennesy. Opowiada o tym, jak było w tratwach. Że było tak, jak tu albo godzej.Że do szału doprowadzał ich fluorescencyjny plankton, który w nocy na szczyciefali dawał złudną nadzieję na światła statku.


08.03.2011

North Atlantic

30 29,5N 04703,2W

 Fala przechodziprzez reling. Sztormklapy po zawietrznej otwarte, żeby woda z pokładu miałaktórędy uciekać. Trzymam się lin i poręczy, patrzę na wiatrowskaz i na morze.Duże, 6-7m fale nadchodzą z prawej burty, niektóre rozłupują się o dziób ibryzgami zasypują statek aż do rufy. Spod kaptura widać mi tylko oczy. Zbrojachroni przed wszechogarniającą wodą, mankiety wodoszczelne w rękawachskutecznie nie pozwalają strugom wedrzeć się do środka.

Wieje 30-35węzłów. Niby nie jest źle, ale Ocean buduje wielkie fale i ciężko im sięprzeciwstawić. Robimy 7 węzłów, co cieszy wszystkich. Jeszcze jakieś 3 dnitakiej pogody i powinno zelżeć nieco.

Myśli na wachciesą wszędzie tam, gdzie nie ma mnie. W domu, w kawiarni niedaleko, na spotkaniuz Przyjaciółmi…a tu niebiesko, szaro, mokro. Krople siekące w twarz są zarównosłone, jak i deszczowe. Jedna masa białawej mgiełki podrywanej wiatrem zpowierzchni morza. Patrzę w te fale i wydają się dziwnie przyjazne, mimo swegoposzarpanego wyglądu – miękie. Niewytłumaczalnie przytulne. W pewnej chwili dwamałe morświny przebijają się przez grzbiet i lądują w dolinie. Powtarzają tojeszcze kilka razy, a na naszych twarzach uśmiechy do niespodziewanego. Tymzwierzątkom w to mi graj, czy sztormi, czy flauci.

 Po wachce lunch– pomidorowojakaśtam polewka z kawałkami ziemniaków i mięsa. W salonie o dziwoniewiele przedmiotów poddaje się grawitacji, wszystko dzielnie trzyma się nastole. Po jedzonku ubrana jeszcze w sztormiak i kalosze idę do Claude, biorę zesobą bezalkoholowe piwo imbirowe, siadamy na podłodze i pijemy zagryzając ferrerorocher. Ślizgamy się na tyłkach jak głupie do tego stopnia, że atakuje mnieśmiechawka i w głębi cieszę się, że Claude jest pozytywnie szurnięta i nieprzyklei mi etykietki niezrównoważoej emocjonalnie świruski z Europy WschodniejJ

 

 04.03.2011

North Atlantic

30 52,4N 05446,5W

 Dużo żagli, naniebie słońce, a my zmierzamy na ESE kursem 100 przy wietrze NE o sile 3-4.Stoją wszystkie trójkąty, na dwóch przednich masztach po cztery rejowe, a nabezanmaszcie trzy. Wyglądamy pięknie i czujemy się pięknie, bo morze przystałym wietrze jest spokojne i pozwala odpocząć. Z lewej burty na wodziepobłyskuje coś pomarańczowego, Kapitan to zauważa i cichym głosem mówi mi, żeto idealny moment na ćwiczenie wodowania łodzi ratunkowej. Dobra! Lecę do Kima,który akurat trymuje kliwry i mówię mu, w czym rzecz. Wraz z Erin szybkoorganizuję dostępne na deku dzieciaki i zaczynają zrzucać łódź. Ja biegnę narufę do sternika, każę wyłożyć ster na prawo i wyznaczam obserwatora. Gunnarprzypomina o radiu dla załogi riba, więc od razu zgarniam z nawigacyjnej dwaprzenośne konwencyjne radia, ustawiam je na kanał 17, po drodze biorę z rufowejstacji p-poż dwie kamizelki pneumatyczne i daję to wszystko Erin oraz Kimowi. Łódźjest już przy relingu, statek dryfuje wytraciwszy prędkość. Załoga wsiada, a myopuszczamy ich do wody. Pojawia się problem z odpaleniem silnika. Martwa falakilka razy niebezpiecznie uderza małą łódką o burtę statku. Odczepiamy hak izostają tylko na cumie dziobowej, są więc bezpieczni. Silnik w końcu odpala,więc mkną co sił w stronę pływającego obiektu kierowani przeze mnie przezradio. Chwilę zajmuje im wtaszczenie starej rybackiej bojki obrośniętej krabamiw muszelkach na nóżkach na pokład i w nagrodę za wysiłek otrzymują inwazjętychże krabów. Rozlazły się po całym pontonie, aż żal patrzeć zwłaszcza, żewczoraj kazałam go wyszorować. Ech…nic to. Łódź w górę, na łoże, kraby dowiadra, bojka na dziób. Nauczycielka “marine biology” będzie zachwycona naszązdobyczą. Ja na wachtę, statek na kurs, a szczotki i wiadro do czyszczeniapokrabowych śladów.

Ech, dobry dzieńszczególnie, że na obiad grzybowa, a na kolację pieczona wieprzowina zziemniakami i sałatką coleslaw.