Miesięczne Archiwa: Luty 2011

Fotototo

https://picasaweb.google.com/gosianamorzu/BERMUDACaves?authkey=Gv1sRgCLrgjNzordTQEA&feat=directlink

https://picasaweb.google.com/gosianamorzu/BERMUDACwaIPierogi?authkey=Gv1sRgCJTf68CE4PTg_wE&feat=directlink

Pierogi, jaskinia i mirabelki

25.02.2011

 

 

Nie wiem, czy
nie dostanę za to opierdzielu, ale trudno – o 1530 spotykam się z Jesse w
kambuzie i robimy pierogi. Mama napisala przepis mailem, toteż z namaszczeniem
stosuję się do zaleceń – zaparzam mąkę, rozdrabniam nożem, dodaję jajko, zimną
wodę, wyrabiam…Jesse ma uciechę, bo to nie ona ma ręce w papce. Zabieramy się
za nadziewanie pyszności zmieloną wołowiną z groszkiem i marchewką oraz
ziemniakami ze smażoną cebulą. Nie do końca to nadzienie spełnia staropolskie
wymagania smakowe, ale niech tam – na norweskim statku nie ma co narzekać.

W międzyczasie
do kuchni wpadają dzieciaki z…homarem. Twierdzą, że sami go złapali, toteż mają
prawo do ugotowania I skonsumowania skorupiaka. Zwierz wyzionął ducha parę
minut temu, więc nie ma dylematu dotyczącego wrzucenia go żywcem do wrzątku.
Jesse mówi, że to dziewczynka, bo pod ogonem ma takie jakby pióropodobne
płetewki. Ładne to stworzonko po chwili ląduje w wielkim garze z wrzątkiem i
wśród bulgotek powoli zmienia barwę na czerwoną. Ech…jak w najlepszej
restauracji, czerwony homar z podwiniętym ogonem i sterczącymi wąsami na
srebrnej tacy (w naszym wypadku srebrny jest tylko kolor :).

Pierogi wychodzą
ładnie, gotujemy i smażymy w kłębach pary z gara homara.

 

 

26.02.2011

Leje deszcz. Nie
kropi, nie zrasza, tylko leje się rzeką z nieba i nie pozwala wyjść. Trudno, w
nosie, idę spać na godzinę, może przejdzie. Claude poszła dzwonić do mamy,
ustalimy coś po jej powrocie.

Przestało padać.
Biała pierzyna rozrzedziła się do konsystencji delikatnego puchu i gdzieniegdzie
widać prześwity niebieskiego. Nawet złotawy promyk padnie tu i tam przedarwszy
się przez zaspy. Czas ruszać.

Trafiamy
najpierw do informacji turystycznej, gdzie pani wyjaśnia szczegóły dotyczące
komunikacji autobusowej i daje kilka dobrych rad. Kupujemy jednodniowe bilety,
po czym tuptamy na dworzec, gdzie oczywiście nie obywa się bez czekania. Pół
godziny w autobusie mija szybko na gadaniu. Podziwiamy ciekawe bermudzie
kolorowe domki oraz białe, betonowe dachy formowane w schodki z biegnącą
dookoła rynienką. To sposób na zbieranie do znajdujących się w piwnicy
zbiorników wody deszczowej, czyli jedynej dostępnej, bo Bermuda jest “kupą
piachu na szczycie wulkanu”, słodkiej wody tu nie ma. Wysiadamy w małej uliczce
przy sporym znaku nakierowującym na dostępne do zwiedzania jaskinie. No i pod
górkę jest oczywiście, ciągle pod górkę w dniu dzisiejszym.

Okazuje się, że
obie dostępne do zwiedzania jaskinie są otwarte i za jedyne 27USD możemy wejść.
Czekając na przewodnika wciągamy po wyniesionym z kambuza pierogu.

Fantasy Cave to wielka,
pięknie podświetlona grota, do której prowadzi 88 betonowych stopni w dół.
Stalaktyty odbijają się w krystalicznie czystej, idealnie gładkiej powierzchni
wody tworząc złudzenie najeżonej zębami paszczy otwierającej się na patrzącego.
Żółtawo- brunatne kolory podkreślone piękną grą światłocieni wydobywają z
ciemności kształty iście bajkowe – mnich, profil czarownicy, żyrandol…czaszka.
Podobno nie jest wyjaśnione pochodzenie tego tworu, bo celem zbadania naukowcy
musieliby ją odłupać, na co właściciele jaskini nie zgadzają się. Najprawdopodobniej
trupek jakiegoś zwierzątka skamieniał sobie z czasem.

A historia
dotycząca właścicieli jest dosyć ciekawa, bo zaczyna się prawie sto lat temu,
gdy dwaj chłopcy ganiali z patykami za piłką. Piłka w pewnym momencie zniknęła
w schowanej w krzakach dziurze w ziemi. Spryciarze zdobyli długaśną linę i
wyposażeni w jedną oliwną lampkę zleźli do środka, a głębokość nie byle jaka,
bo 50m. Długo ich nie było, więc rodzice żądali wyjaśnień i tak właśnie odkryta
została jaskinia Crystal Cave. Kilkadziesiąt lat później, gdy rzeczona jaskinia
nieźle już prosperowała i zarabiała na właścicieli porowatego niczym gąbka
gruntu, zdarzył się przypadek dziwny – po drugiej stronie ulicy rodzinka
urządziła sobie grilla. Dym zamiast do góry, leciał w krzaki, więc zaczęli
szukać przyczyny. Tak odkryto Fantasy Cave, która niedługo potem stała się
konkurencją dla Crystal Cave i na skutek tego właśnie została mniej lub
bardziej siłą wykupiona pomnażając zarabiarkę pieniędzy  potomka jednego z wspomnianych
wcześniej chłopców, którzy niegdyś latali w tych okolicach za piłką.

W “jaskini
kryształowej” chodzi się po pływającym pomoście. Woda skrywa niesamowite
kształty, które mieszają się z odbiciem sklepienia. Głębokość jest tak złudna,
że wrażenie zmienia się wielokrotnie przy zmianie kąta patrzenia. Na
powierzchni jest woda słodka, a około 10m głębiej czysta woda morska. Ta
różnica gęstości tworzy efekt pryzmatu i dlatego w głębinie widzimy mary.

Przewodnik
wyłącza światło, małą latarką wskazuje na poszczególne stalaktyty wyobrażające
węża, smoka, zagubione miasto Atlantydę.

Nieprzerwanie
słychać kapanie wody. Gdy kropla spadnie na człowieka, mówi się, że to
“pocałunek jaskini”. Taki buziak uprawnia rzekomo do jednego dowolnie wybranego
dnia szczęścia. Przewodnicy muszą w takim razie być bardzo szczęśliwymi ludźmi…

Ja chcę do parku
Blue Hole. Erin mówiła, że tam są jaskinie, do których można wejść za darmo. W
brzuchach nam burczy, więc najpierw do Swizzles Inn na pyszny, naprawdę smaczny
lunch w postaci burgera i frytek, do tego dzbanek ponczu z rumem. Pozytywie
nastawione po jedzonku idziemy siku i do parku. Przebrana w kostium kąpielowy,
a do tego ośmielona ponczem zacieram rączki – niech no ja tylko znajdę jakąś
jaskinkę, w której sobie będę mogła popływać…Spotykamy przypadkiem panią z
dwójką małych dzieci. Przedstawia się jako Maurice i pokazuje nam stawik, w
którym kiedyś pływały pokazowe delfiny, a teraz leży sobie odłogiem. Włażę do
lodowatej wody po skałach tuż obok pomostu, zamaczam się i już jest dobrze –
płynę do jaskini. Claude jest zmarźluch, bo w Kanadzie przecież zimno i ma
prawo do zmarźluchowania, toteż uchachana robi zdjęcia swojej “crazy Polish”
koleżance. Hehe, fajna woda. Wyłażę i dreptam owinięta w pareo do jaskini,
którą widziałyśmy wcześniej. Nie wydawała się zbyt zachęcająca. Po drodze
Maurice i dzieci pokazują nam “liquoits” – takie jakby mirabelki troche
wyglądające jak żółte miniaturowe śliwki, które akurat teraz owocują. Dobre
nawet, owocki bermudzkie prosto z drzewa.

W jaskini jestem
swoistą atrakcją turystyczną. Ludzie w kurtkach i kozakach, a dla mnie
temperatura jest wiosenna i w niczym nie przeszkadza kąpieli. Złażę po skałach i
glinie, wchodzę do wody i z zachwytem patrzę na niewidoczne z góry sklepienie
pełne porośniętych srebrzystą zielenią potężnych stalaktytów. Woda jest bardzo
przyjemna, po kamieniach przemieszcam się do zaciemnionego korytarza w rogu
jamy. Ktoś z brzegu świeci latarką i okazuje się, że tam jest dalsza część
jaskini. Bez światła nie mam odwagi się zapuszczać w nieznane, więc wracam
uśmiechnięta od ucha do ucha.

Północno-wschodnia
część wyspy jest cała poorana jaskiniami, które w większości są ze sobą
połączone i z oceanem również, toteż poziom wody w nich waha się zgodnie z
pływami. I wszędzie, wszędzie piaskowiec i wapienne narośle.

 

Przebieram się,
wydłubuję rudawą glinę spomiędzy palców u nóg i odziana w buty wyruszam wraz z
moją kanadyjską koleżanką równolatką w poszukiwaniu autobusu do St.George’s.
Byłam w tym miasteczku trzy lata temu i pamiętam je jako żywe, kolorowe, pełne
ludzi i małych sklepików miejsce, Teraz to miasto duchów – wszystko pozamykane,
gazety w oknach likwidowanych lokali. Szaro i smutno. Wszystko przez to, że nie
cumuje tam już wielki wycieczkowiec. Miasto umiera.

 

W tę dżdżystą,
granatowo-szarą pogodę zasiadamy w znalezionej z trudem otwartej restauracyjce Wahoo
i delektujemy się lodami oraz gorącą czekoladą. Sweter nie wystarcza, trzeba
nałożyć kurtkę. Okutane i nieco wesołe z przejedzenia cukrem siedzimy na ławce
czekając na autobus. Zaczepia nas pan lokals mówiący akcentem niezrozumiałym
dla nas – przybyszy z daleka. Zbywamy go głupimi minami oraz przechodzimy na
francuski celem wyjaśnienia, czego chciał. Mój francuski jest strasznie
zapuszczony, dukam jak uczniak w podstawówce. Nic to, Claude obiecała mówić do
mnie tylko w tym śpiewnym bełkocie– jak nie po dobroci, to siłą wbiję sobie
francuszczyznę do głowy.

Na statku ciepła
herbata i koja. Kina w Hamilton są dwa i każde pokazuje tylko jeden film.
Niestety odpadłyśmy w przedbiegach, bo Claude widziała już to jedno jedyne
dzieło kinematografii, a do drugiego przybytku daleko. Ostatecznie koja i filmik
w ciepełku – oglądamy Eragona, żeby nie trzeba było zbyt dużo myśleć. Po tym
wszystkim zasypiam bez trudu.

 

 

FOTO FOTO

https://picasaweb.google.com/gosianamorzu/SamanaIDalej?authkey=Gv1sRgCOXW0qKj-O-RXQ&feat=directlink

NOWINKI:-)

16.02.2011

 

PIERWSZY
RAZ

 

Nurkowałam
na rafie, galopowałam po górskiej ścieżce i pływałam w wodospadzie!! A zaczęło
się tak…

“…blablablablala…”
– słucham i słucham tego gadania nauczycielskiego na banderze i nerwowo
przestępuję z nogi na nogę. Phil, z którym idę nurkować musi doczekać do końca,
bo taka fucha nauczyciela i psi obowiązek. Wydostajemy się wreszcie ze statku i
szparkim krokiem za bramę z cieciem. Może będzie bus do miasta za dolara….ale
nic z tego. Targujemy się niezbyt ostro, bo nam się śpieszy i wsiadamy do
małego portowego samochodziku z panem w żółtym kasku. Jesteśmy 10 minut przed
czasem i pędzimy przez niewielką plażę do centrum nurkowego “Scuba Quantum”,
gdzie jesteśmy umówieni na 0900. Chwila rozmowy z gościem z firmowej koszulce,
który ze sztucznym uśmiechem na twarzy przeznaczonym dla turystów z (H)ameryki
oznajmia nam, że instruktora nie ma i nurkowanie nie jest możliwe. O nie…gadam
z menadżerem, z którym “zaprzyjaźniłam się” rezerwując nurkowanie dwa dni
wcześniej. Każe nam czekać. No dobra…siadamy na wyciągniętym na piach
katamaranie i czekamy. Godzina mija, wkurzenie rośnie, a tu znowu pan z
uśmiechem oznajmia, że jednak się nie uda. Osiągam poziom wkurzenia, przy
którym dzieki tupetowi wiele rzeczy staje się możliwych i ostatecznie rozmawiam
z szefem całego interesu, który wykonuje jeden telefon i oznajmia, że za 10
minut płyniemy. Czyż nie można było tak od razu? Jeszcze wynegocjowałam zniżkę
za czekanie.

No
dobra, skręcamy sprzęt…kurcze, tu jest inny typ połączenia butli z automatem i
jednostki ciśnienia jakieś inne…szybki kurs u Phila, który nurkiem pełną gębą
jest i daję radę. Mina instruktora jest bezcenna gdy obwieszczam mu, że to mój
pierwszy raz po kursie, pierwszy raz w tropikach i pierwszy raz w morzu.
Taaak…ustalamy znaki, omawiamy nurkowanie, motorkujemy na nurkowisko i siup pod
wodę. Złazimy na 12m, woda niebieska i widać duuużo. Oglądamy wrak kutra, rafę
i podwodny ogród. Dostaję do ręki rozgwiazdę, jeżowca i pająka wodnego (tak to
przynajmniej wyglądało;). Okazuje się, że zużywam mało powietrza i nie mam
problemu z pływalnością – a to niespodzianka! Myślałam, że jestem do bani
nurek!

 

Wyłazimy
z wody i rozradowani tuptamy po płaży oraz żwirowo-gruzowej drodze do baru dla
turystów. Pizzunia z ananaskiem i sok pomarańczowy –pyyycha.

 

 

PATATAJ
I PLUM

 

Negocjacje
nie są łatwe z lokalnymi mikroprzedsiębiorcami. Biedacy chcą zarobić na
turystach, którzy z założenia są bogaci i kasą podzielić się mogą. Tylko że my
nie tacy turyści, co raz w roku pod palmy lecą samolotem. Cena ostateczna
przygody zostaje ustalona i ładujemy się do ładnego, czystego mikrobusiku.
Świadomość, że za tę ładność i czystość płacimy grubsze pieniądze kieruje myśli
na błogosławiony tani transport publiczny bez komfortów, ale za to z kolorytem.

Jesteśmy
w obszarze niskich gór zwanym La Terrena. Każda z nas dostaje konika niewiele
większego od kucyka. Te konie, podobnie jak na Kubie, bardziej przypominają
posturą osły, ale są wykorzystywane do transportu w górskich, trudnych
terenach. Siodło mojego Championa spoczywa na wielkiej poduszce z błękitnej
gąbki i jest ustrojone czymś z kawałków kolorowych szmatek, że niby ładnie i
odświętnie. Wsiadam na biedaka i wio pod górę. Każdy zwierz ma swojego
lokalnego pana opiekuna, który prowadzi go za pysk lub trzyma się ogona i to
niby ułatwia konikowi pokonanie trudnego terenu. Może i tak jest. Stroma,
skalista ścieżka pod górę –gdybym miała tu wchodzić na piechotę, kosztowałoby
mnie to wiele godzin, wiele odpoczynku i wiele wypitej wody oraz ogromne
zmęczenie. Potem dróżka biegnie w dół, tworzą ją gołe skały i korzenie drzew.
Dookoła dżungla, piękna roślinność, przebłyski słońca podkreślające żywe
kolory. Mijamy drzewo mango i drzewo papaja oraz rosnące w ziemi ananasy.
Trochę jak buraki, tylko wielkości krzaczorów do pasa.

Mijamy
błoto po kostki, trawersujemy zbocze urwiska i przechodzimy przez szeroki
lazurowy potok. Kiedy się da mój Champion galopuje, bo mu chyba łatwiej i
szybciej ta nużąca droga schodzi w ten sposób. Mi tam jest dobrze, jak jest.

Po
półgodzinnym obijaniu zadka w westernowym siodle słyszymy szum. Właściwie jes
to dgłos łączący z sobie trzask, grzmot i szum. Nic jeszcze nie widzimy, ale
zsiadamy z koników i zasuwamy stromą ścieżką po głazach i korzeniach w dół
jakieś 10 minut. W głowie tylko denerwująca myśl o konieczności odbycia tej
samej drogi w przeciwną stronę…aż nagle stop i koniec szlaku. Stoimy nad
oczkiem u podstawy wodospadu. Woda ma kolor taki, jak Morskie Oko latem w
słoneczny dzień. Wielki, piękny, szeroki wodospad – zadzieramy głowy, aby ujrzeć
roziskrzone słońcem strumienie rozpylanej i rozwiewanej wiatrem wody. Strugi
mkną wartko po gładziutkiej narośli mchów pokrywającej strome zbocze wodospadu.
Szybko przebieram się w kostium i idziemy do wody. Chłodna, przyjemna,
krystalicznie czysta. Próbuję płynąć w stronę ściany wody, ale nieoczekiwanie
napotykam na zapierający dech w piersi wiatr i pył wodny. Jak nie tak, to
inaczej – przelazłam po skałach pod wodospad. Było jak na filmie przygodowym –
schowana za kurtyną wodospadu, w zacisznej grocie, gdzie jedynym towarzyszem
był napotkany przypadkiem krab. Beżowe stworzonko nie bało się wcale, tylko
czarne kuleczki oczu wydawały się obserwować mnie – intruza. Pomyślałam, że
przepłynę pod ścianą z wody – chciałam zobaczyć, jak to jest i udało się. Bicze
wodne w hotelu nie umywają się do wodospadu Limon w La Terrena niedaleko Samany
w Republice Dominikany.

Droga
powrotna spokojnie i na koniku. Popołudniowe słońce przedziera się przez liście
palm, oświetla piękny widok na wzgórza i ocean w dali.

Niesamowite
jest to, że ci faceci biegli za nami całą drogę w obie strony po naprawdę
trudnym terenie. Biegli nawet za galopującym koniem! To się nazywa iście
końskie zdrowie.

Na
koniec przygody mała kłótnia z Raymondem – organizatorem wycieczki, lokalnym
samozwańczym “touroperatorem”. 
Heather, nauczycielka, ma dość cięty język i ostatecznie płacimy o parę
dolarów mniej, ale zawsze coś, bo i tak trzeba było dać napiwek ludziom
biegającym za końmi.

Wieczorem
pina colada w barze z niebieskimi parasolkami dla turystów i potem kolacja wraz
z Erin, Brucem, Asią i dwiema nauczycielkami w lokalnym przybytku krytym
liściem palmowym oraz plandeką przy plastikowym stoliku. Dań do wyboru jest 4,
a mianowicie smażony banan, gotowana juka, wołowina i ryba. Jest jeszcze zielona
warzywna papka. Biorę wołowinę i banana, reszta bierze wariacje powyższych
potraw i jemy wszyscy ze swoich tależy – bardzo smaczne, tanie jedzonko.

Droga
powrotna z piwkiem w garści dwiema rykszami przyczepionymi do motorowerów.
Ścigamy się, krzyczymy, śpiewamy i cieszymy się jak dzicy z tej dziecinnej
frajdy.

 

 

17.02.2011

ROK
PO TRAGEDII

 

Rok
temu zatonęła. Kilkanaście osób z załogi dzieli się wspomnieniami, opowiadają
na nocnych wachtach, gdy nie widać wyrazu twarzy. Głos zdradza głębokie
przerażające przeżycie zepchnięte obecnie na samo dno pamięci, aby nie bolało.
Mówią o pękającym od naprężeń pokładzie, o wyciąganiu za ręce kolegów przez
okna klasy, o tym, jak wsiadali do tratew z topu masztu, bo było wystarczająco
daleko od szalejącego takielunku…Jest tu brat dziewczyny, z którą pływałam. On
wydawał skafandry ratunkowe. Spokojnym głosem mówi o tym, jak nad jego głową
zatrzasnęła się klapa włazu, a pod nogami zaczął czuć wodę. Jak próbował wyjść,
wspiąć się po gładkich ścianach i o tym, jak ktoś otworzył klapę i pomógł mu
przeżyć. O tym, jak było w tratwach. O rzyganiu, płaczu, rozpaczy, woli walki.
Ci ludzie wywinęli się Panu Oceanu. Oni wiedzą o Morzu więcej niż admirałowie
marynarki.

 

 

 

22.02.2011

0100

po wachcie nocnej en route Samana – Hamilton

 

Kształty żaglowca wyznaczają czarne linie want i sztagów
na tle stalowej wody. Mocne zarysy masztów i reji są jak scena dla gry
światłocieni gwiazd. W oceanie migocą iskierki bladoseledynowego planktonu
fluorescencyjnego niczym zagubione płomyki świec chaotycznie wydostające się na
powierzchnię. Księżyc jak złocisty bochen chleba wschodzi na ciemny stół nieba
późno. Na morzu nie widać ścieżki księżycowej łuny, jakby złoty pan nie miał
z nim nic wspólnego, tylko królował sobie niezmiennie przyćmiewając gwiazdy.

Stawiamy żagle. Księżyc przysłoniły lekkie chmurki. Białe
płótna lśnią w mroku tak, jak tylko biel w ciemności potrafi lśnić. Wypełnione
południowozachodnim wiatrem wyrywają z rąk szoty. Cisza po odstawieniu
silnika koi duszę, uspokaja myśli. Statek sunie delikatnie rozdzierając wodę.
Bezszelestnie, jak duch w ciemności, tylko białe żagle zdradzają półwidzialny
kadłub i tylko szemranie rozrywanej wody przypomina, że rzeczywiście żeglujemy.

 

 

1300

po wachcie przedpołudniowej

 

Wiatr WSW 6-7B, morze 4-5, słońce i nieliczne białe
obłoczki. Piękna pogoda, uśmiechy na twarzach, radość w cieniu żagli.  W wodzie małe żagielki „man-o‘-war“ –
meduz żeglarzy, które kawałek swojej galaretki wystawiają nad powierzchnię i płyną
z wiatrem. Duże, fioletowawe osobniki podobno potrafią poparzyć na śmierć.
Te są malutkie, może z 20cm średnicy.

 Idę po
maindecku w poszukiwaniu bosmana, a z lewej duża ławica malusieńskich
latających ryb wzbija się z grzbietu fali. Malutkie niczym ważki, bardziej
przypominają owady.

Cloude mówi do mnie po francusku, bo ją poprosiłam.
Rozumiem tak co piąte zdanie, ale jak tak dalej pójdzie, to zrozumiem więcej. W
końcu.

Wiatr ma iść ku Nordowi, toteż zamiast na NNE zasuwamy na
N, aby potem z tężejącą bryzą podjechać pod same Bermudy. Taki jest plan.
Co z tego wyjdzie – zobaczymy. Buja jak cholera, sprzęty latają jak
oszalałe. Szczęście, że bujanie spowodowane żeglowaniem, a nie motorkowaniem,
bo takie jest płynne i radosne. Nie powoduje bólu głowy, pozwala zasnąć.
Kołysze do snu. Ma też wpływ na nastawienie – wszyscy chodzą na sprężynowych
nogach z przyklejonymi do twarzy uśmiechami, nie zważając na podmywającą
nogi wodę wdzierającą się na pokład oraz na pieniste bryzgi co jakiś czas
omiatające solą mostek. Radość, radość żeglowania.

 

fotofotofoto z KUBA!

https://picasaweb.google.com/gosianamorzu/ENROUTETOSAMANA?authkey=Gv1sRgCPzwhdPdoND–AE&feat=directlink

https://picasaweb.google.com/gosianamorzu/HAVANADAY2?authkey=Gv1sRgCIuF9q6dy_b77wE&feat=directlink

https://picasaweb.google.com/gosianamorzu/HavanaCuba?authkey=Gv1sRgCP6k7YmxxtqYnAE&feat=directlink

SAMANA

Półtusze krowie wiszą pod strzechą z liści palmowych przy drodze. Tak wygląda sklep mięsny w Samanie, a właściwie w dżunglii w drodze ze statku do Samany. Tiaaa….
A ja wyrwalam sie ze statku. Z nowości to przemyślenia z ostatniej wachty nocnej są takie: marzenie o morzu to morzenie. O!
Zdjęcia wkrótce.

UNA AVENTURA CUBANA

@font-face {
font-family: „Wingdings”;
}@font-face {
font-family: „Cambria”;
}p.MsoNormal, li.MsoNormal, div.MsoNormal { margin: 0cm 0cm 0.0001pt; font-size: 12pt; font-family: „Times New Roman”; }div.Section1 { page: Section1; }

07.02.2011

Aaale
boli mnie wszystko. Wczoraj siedziałam na kuniu, takim małym, trochę większym
od kucyka i na cienkich nogach. Tutaj wszystkie konie są takie karłowate, te w
dorożkach też, normalnego konia ani razu nie widziałam. Aż mi szkoda było tego
biednego Ciaoito, taki upał…ale od początku.

 

Dzień
wolny polega głównie na tym, żeby wydostać się ze statku zanim robota sama się
znajdzie. Najlepiej przed banderą lub tak godzinę po, gdy wszyscy się już
rozejdą. Kolejna złota zasada – jeśli nie musisz wracać w międzyczasie na
statek, to NIE WRACAJ, bo ta robota, przed którą uciekłeś rano, gdzieś tam się
czai w ukryciu…

 

Spałam
do 0800. Po całodziennej wachcie mi się należało tym bardziej, że byłam
solidnie zmęczona. Znalazłam jakieś jedzenie w pentrze, znalazłam też Jesse i
ustaliłyśmy gryplan.

W
mieście wszystko pozamykane. Niedziela rano. Małe sklepiki leniwie się
otwierają, bazar z rękodziełem powoli budzi się do życia. Budynki i bruk
oświetla królujące dziś w pełnej krasie na niebie słońce. Rosa dyskretnie znika
z poręczy.

Spaceruję
po zaspanych uliczkach, kilku “rykszarzy” zaczepia mnie, słyszę parę cmoków i
charakterystycznych “tsssst”. To “tssst” jest formą zwrócenia uwagi w sposób
grzeczny, jak w Afryce. Na szczęście kilka słów po polsku odstrasza nagabywaczy
i spokojnie rozglądam się po napotkanych sklepikach. Dużo ładnych, tanich
rzeczy.

Dostrzegam
otwarte drzwi do galerii porcelany. Pan Kubańczyk niedosłyszy, ale udaje nam
się porozumieć i czynię pewne zakupy. Zaintrygowana widokiem misy z gliną i pieca
do wypalania pytam, czy mogę zrobić zdjęcie, a on zaprasza mnie do środka.
Super, prawdziwy warsztat garncarski!

Czekam
na otwarcie bazaru i potwierdza się moje podejrzenie, że ktoś za mną idzie.
Czarny jak smoła pan od rana jest w zasięgu wzroku. Zagaduje do mnie i
nieoceniony język polski znowu działa cuda. Poszedł na dobre.

Dreptam
sobie radośnie na statek spotkać się z Jesse, aby rozpocząć nasz ambitny
project relaksu w dniu dzisiejszym. Po drodze zauważam jednak bramę do ogrodu
przy kościele Św.Franciszka i wchodzę oczywiście, aby poczuć woń kadzideł
dochodzącą z małej kapliczki. Uchylają się drzwi, ktoś wychodzi, a ja kątem oka
dostrzegam bogato zdobione wnętrze i kapłana w szatach liturgicznych
odprawiającego mszę. Nie wchodzę z szacunku dla obrządku. To nie jest atrakcja
turystyczna.

Jesse
jest gotowa do boju, więc wyruszamy w poszukiwaniu starej taksówki. Targujemy
się z panem, po czym za 7 pesos jedziemy na Cementario de Colon, który to
cmentarz jest drugim co do ważności na świecie, zaraz po Pere La Chaise w
Paryżu (chyba tak to się pisze…). Za wejście trzeba zapłacić, ale dostajemy
miłą starszą panią przewodnik, która biegle zna angielski i ciekawie opowiada.

 

 

NECROPOLIS
DE COLON

Przed
rewolucją na Kubie szmuglowano i wytwarzano nielegalnie materiały wybuchowe.
Ludzie meli je pochowane po domach. W jednym ze sklepów wybuchł pożar.
Płomienie buchały z okien. Przy gaszeniu pomagali strażakom ludzie z ulicy,
marynarze z okolicznych statków. Zanim weszli do budynku spytali właściciela,
czy ma materiały wybuchowe. Ten zaprzeczył. Oni weszli. Budynek zawalił się
przy eksplozji, zginęło ponad 60 osób. Właściciela nikt już potem nie widział.

Kubańczycy
ufundowali pomnik na cmentarzu. Ma 17 metrów wysokości, na cokole stoi anioł
wskazując palcem niebo. Żadna budowla nie może przewyższać pomnika, takie jest
prawo nekropolii. W czterech rogach olbrzymie kute lichtarze oraz symbolika
zdrady i poświęcenia. Pierwsze uosabiają wplecione w wzór ogrodzenia nietoperze
będące wówczas znacznikiem zrady. Wyrzeźbiony z włoskiego marmuru pelikan
wyrywający sobie ciało z piersi, aby nakarmić młode obrazuje poświęcenie.
Kubańczycy też poświęcili sporo na ten monument, który wyrzeźbiono we
Florencji, a następnie z kawałków złożono na miejscu. Nie da się zapomnieć
uwiecznionych w płaskorześbach twarzy tragicznie zmarłych w ich płytach
nagrobnych na ścianach pomnika – miejsca spoczynku ich szczątków.

 

Catalina
wygrała kubański konkurs piękności dwukrotnie. Była znana i lubiana przez
naród. Jej małżeństwo zaaranżowano i pomimo trójki dzieci w nim narodzonych,
nie była szczęśliwa. Zakochała się w poznanym zwykłym człowieku. W obawie przed
skandalem nieraz uciekali przez okno i kryli się przed wzrokiem ludzi, który i
tak ich dopadł. Musieli uciekać z kraju. Schronili się w Europie. Papież dał im
ślub rozwiązując jednocześnie pierwsze małżeństwo Cataliny. Mogli wrócić i
zrobili to. Nikt nie chciał ich znać, przyjaciół zdobywali drogimi upominkami.
Ich życie nie było lukrem pokryte. Catalina zmarła mając 51 lat, mąż chciał
postawić jej najwyższą i najwspanialszą kryptę na cmentarzu. Nie mógł jednak
przewyższyć pomnika ofiar eksplozji, więc zasadził dwie palmy, które przez lata
wzbiły się wysoko i królują nad nekropolią – jedna dla Cataliny, druga dla
niego.

 

Pewna
pani grała w domino. W ręku miała kostkę – podwójną trójkę. Była pewna, że
wygra, ale los chciał inaczej. Zmarła na zawał serca dowiedziawszy się o tym. W
dłoni wciąż trzymała kostkę… podobno było ją na tyle trudno wydobyć z
zaciśniętej pięści, że dzieci zmarłej na szczycie pomnika umieściły identyczną
zrobioną z marmuru.

 

Amelia
zakochała się ze wzajemnością w kuzynie. Pobłogosławieni przez papieża poczęli
dziecko. Amelia zmarła przy porodzie, dziecko też. Mąż nie umiał zażegnać
rozpaczy. Chodził na cmentarz przez czterdzieści lat każdego dnia swego życia.
Stukał w płytę nagrobną, rozmawiał z żoną i dzieckiem. To jest fakt. Faktem też
jest, że po ponad dziesięciu latach od śmierci Amelii nastąpiła inna śmierć w
rodzinie i otworzono grób, aby wstawić drugą trumnę. Mąż chciał zobaczyć żonę
ostatni raz….i tu zaczyna się legenda. Amelię pochowano z niemowlęciem między
nogami. Po otwarciu trumny niemowlę było w jej ramionach, a ciało nietknięte
rozkładem. Mąż stracił zmysły, a na grób zaczęto przynosić kwiaty. Rodziny,
kobiety proszą Amelię o pomoc w poczęciu i narodzeniu dziecka. Pomniki dookoła
zastawione są dziękczynnymi tabliczkami i kwiatami. Są nawet dziecięce ubranka.
Aby prosiić Santa Amelię o przychylność należy obejść nagrobek, dotknąć jej
ręki trzymającej niemowlę oraz zastukać kołatką do grobu, jak to czynił dawniej
jej mąż…

 

 

Szukamy
taksówki, aby dostać się na plażę. Wsiadamy do małego starego Daewoo,
prywatnego samochodu z panią kierowczynią. Kobitka wesoła, po angielsku ani
słowa, ale mój konwersacyjny hiszpański jest przyzwoity, jeśli doda się ręce i
wymyślone wyrazy oraz dźwięki, więc gadamy sobie radośnie. Okazuje się, że ona
pracowała na statkach jako kelnerka. Cała jej rodzina to marynarze. Mamy więc
kumpelę po fachu…jeszcze tylko wymiana pieniędzy w kantorze, oczywiście z
ogromną stratą, i jedziemy. No właśnie, jedziemy…autostradą chyba, ale dziury
są takie, jak na Marszałkowskiej. Samochód dusi się i ksztusi. Maria Teresa
mówi, że “gasolina” zła i zatrzymuje wehikuł pod mostem. Wyjmuje reklamówkę z
narzędziami, podnosi maskę, coś majstruje. A my całe uchachane, taaaka fajna
przygoda. Kobitka na lusterku ma zawieszony znaczek “super mama” – chyba
rzeczywiście jest super, a przynajmniej zna się na mechanice samochodowej! Pani
zatrzymuje inny samochód – ten ma wielką naklejkę z Twittiem na tylnej szybie.
Młody chłopak pomaga w majsterkowaniu, po chwili ruszamy. Przed plażą jeszcze
chwila grozy na podjeździe pod górkę, gdzie nasza maszyna prawie ducha
wyzionęła i ostatecznie dojeżdżamy na miejsce. Jesteśmy tak nakręcone, że nawet
na plażę nie idziemy, tylko do baru przed plażą na drinka numer jeden.
Pieniędzy mamy niewiele, toteż kalkulujemy skrupulatnie. Jesse bierze Cuba
Libre, a ja “plant drink”, czyli napój z rośliną w środku potocznie zwany tu
mojito.

Pełen
relaks. Dzielimy się opiniami o reszcie załogi i na szczęście spostrzeżenia
mamy podobne. Dosiada się pani kierowczyni, konwersujemy trochę po
hiszpańsko-rękowo-dźwiękowemu i zakupiwszy kilka piwek my dwie tuptamy na
plażę. Widzę, że ktoś galopuje na koniku, to ciągnę Jesse za rękaw i idziemy
obejrzeć, Pan mówi, że godzina 5 pesos, a pół godziny 3 pesos…hmmm. Nic to, wio
na plażę. Tam browarek w cieniu palmy na pareo i celebracja dnia wolnego.
Pyszna kanapeczka zrobiona na statku zawera teraz roztopiony ser i smakuje
jeszcze lepiej.

 

CIAOITO

Nie
no, nie daruję sobie. Zostawiam koleżankę w towarzystwie książki i zasuwam
konisiować. W klapkach i szortach. O toczach tu chyba nikt nie słyszał, bo i po
co, jak te konie takie karzełkowate. Siodło z gałką do trzymania, dwa popręgi,
strzemiona długie i szyte ręcznie z grubej skóry. Włażę na to biedne zwierzę, a
pan mi mówi, że jak w prawo, to ciągnę prawy sznurek, a w lewo – lewy. No
dobra, a co robię z nogami? Nic! Mhm, no to będzie ciekawie. Pan mówi, że mam
do dyspozycji łąki przy plaży i pokazuje ręką szeroki pas trawy i palm. No to
jadę.,, W ręku mam bacik zrobiony ze stalowej rurki ze sznurkami. Staram się
jednak nogami, bo jak tego bata używać bez sprawiania bólu, to ja nie wiem.
Wkrótce galopuję sobie radośnie w kółko, slalom między palmami, pełnia
szczęścia! Kłusem się nie da, bo tak trzęsie, że ani anglezować, ani
wysiedzieć.

 

Taaaak…jeszcze
tylko kompiółka i będzie dobrze. Przebieram się w krzakach, podobnie jak inne
panie. Tam też chodzi się za potrzebą i nikt nikomu nie przeszkadza. Wolny
komunistyczny kraj w końcu, nie?

Woda
ciepła, błękitna, przyjemna. Piasek pod nogami mięki. Kolejne piwko na czas
schnięcia i…przyszedł Rafael. Przedstawił się jako “professor de salsa”,
zatańczył parę kroków i bełkotał coś przez szczerbaty uśmiech. Próbowałam
polskiego, ale nie zadziałało, ciągle gadał. Po chwili pojawił się łysiejący
facet z brzuszkiem i średnim angielskim oznajmił, że on jest “French Canadian”
(francuski kanadyjczyk), po czym uratował nas z opresji odciągając Rafaela na
bezpieczną odległość. Ten na odchodne przybliżył jeszcze swoją pomarszczoną
twarz do  Jesse I cmoknął ją w
ucho…bleee!

Przebieram
się szybko w suche rzeczy i idziemy do Marii Teresy, która miała na nas czekać
o umówionej godzinie. Prosimy ją o podwózkę do baru z dobrym mojito – mamy
jeszcze przecież 10 pesos do wydania. Bo co nam po pesos poza Kubą? No I
lądujemy, gdzie chciałyśmy – w barze La Bodeguita, w którym Ernest Hemingway
przesiadywał sącząc miętowo-rumowy napój. Robimy to samo. Nie wiem, czy jest to
najlepsze mojito świata, chyba sława je prześciga…

 

F.C.

Kolejny
punkt programu to ostatnie 5 pesos zamienione na piwko Cristal w barze w małej
uliczce, ale z muzyką na żywo. Mały stres przy płaceniu, bo wcięło nam gdzieś
jeden peso, ale na szczęście uciułałyśmy z drobniaków i wio wiśta do domu.
Przed bramką spotykamy Asię, która oznajmia, że widziała dziś…Chopina. No nie,
to przecież nie możliwe! A jednak. Po drugiej stronie placu na ławce siedzi
bronzowy pan, jakby zamyślony lub nachylony w rozmowie z niewidzialnym
przyjacielem. No cóż, siadam obok niego i zagaduję, przecież znamy się całkiem
nieźle…

 

 

 

13.02.2011

Północne
wybrzeże Hispanioli

0010LT

Blisko lądu.

 

WIKINGOWIE

Skandynawowie są
bardzo, ale to bardzo różni od nas. BARDZO. Błąd logiczny polegał w moim
przypadku na założeniu, że są inni, ale przyjaźnie nastawieni i chętni do
wzajemnego poznania się i koegzystowania. Nic z tego.

Już na początku,
w ciągu jednego z pierwszych dni na pokładzie zaobserwowałam, że bosman Jo Leif
mógłby grać w filmie o Wikingach. Wydatne brwi, spojrzenie spod nich, zarost i
blond przydługie zmierzwione włosy, a na dodatek kolczyki w uchu. Kapitan
Gunnar tak samo, tylko że on ma włosy do ramion, jakieś 50 lat i tatuaże na
klatce i rękach oraz wiszący kolczyk z niebieskim kamieniem w lewym uchu. No i
bose stopy, bandamkę na głowie, a w ustach skręta. Wygląda jak marynarz z bajki
o piratach.

No więc Ci
Norwegowie mają bardzo wysokie mniemanie o sobie i otwarcie o tym mówią.
Sprawiają wrażenie wywyższających się, zawsze patrzą z gory, są wyprostowani i
dumni. Nie uśmiechają się (bo przecież patrzą z gory) i przez to wydają się
nieprzystępni i wręcz antagonistycznie, a przynajmniej obojętnie nastawieni.
Nie mówią wiele, co tylko utwierdza wrażenie niechęci.

Mają silne
poczucie ego. Nie pozwolą sobie nic kazać, prosić trzeba naprawdę ładnie, żeby
nie zabrzmiało w nieodpowiednią nutę. Nie należy prosić dwa razy o tę samą
rzecz, nawet jeśli nie jest zrobiona, bo to jest źle, bo Norweg nie głupi i
pamięta za pierwszym razem.

Nie należy też
próbować się zaprzyjaźniać. Nadmierne wyrazy sympatii odbierane są jak
napastliwość, natarczywość i wtykanie nosa gdzie nie trzeba. Przykładowo dziś
Jo Leif dostał gorączki od bolącego zęba. Po dwóch godzinach wachty Erin go
zmieniła. Jak tylko się pokazała na pokładzie, powiedziałam “go to bed”, a on
naskoczył na mnie, że dysponuję jego czasem. Ja chciałam dobrze, bo wydaje mi
się, że okazywanie troski o współżeglarzy czujących się źle jest wyrazem dobrej
woli i przychylności. Jak widać nie – należy pilnować swego i broń Boże nie
pomagać, żeby się czasem nie wtrącić. Ech…najlepsze jest to, że oni sami mówią
o sobie, że są świetnym narodem i żyją w cudownym państwie. Do tego żeglarzami
są bezbłędnymi i wszystko bez wyjątku wiedzą najlepiej, o czym reszta świata
powinna zawsze pamiętać. Uff…jakoś mi lepiej, jak się wyżaliłam komputerowi
J

 

 

LA HABANA

Dzień wolny. Idziemy w miasto zwiedzać i na internet.
WiFi znajdujemy w hotelu Parque Central, gdzie otwierają przed każdym
z nas drzwi kamerdynerzy. Hotel bardzo elegancki i stanwiący centrum
spotkać dla turystów. Internet pozwala załatwić kilka ważnych spraw, ale nie
działa Skype, więc z rozmowy z domem nici. Nie wytrzymuję i dzwonię
z komórki – wychodzi jakieś 7USD za minutę, ale nie zadręczam się, trudno.

 

W międzyczasie spotykamy kolegę Erin z Class Afloat
z 2008 roku – pamiętam go mgliście, Curtis Stanford. W porządku dzieciak
był, teraz studiuje iberystykę i jest na wymianie w Havanie. Pijemy razem kawę
w hotelu.

O 1200 rozpoczyna się wycieczka po fabryce cygar. Na
szczęście pan kamerdyner w hotelu uprzedza nas, że biletów na miejscu nie kupimy
i musimy iść do biura turystycznego, które znajduje się tuż obok. Pani
sprzedaje nam wejściówki za jedyne 10 pesos od osoby i uprzedza, że lepiej być
punktualnie.

Mamy jeszcze prawie godzinę, więc idziemy na zakupy. Jest
tu jedna taka uliczka o nazwie Obispo ze sklepami różnej maści, niekoniecznie
dla turystów. Jest też bazar lokalnego rękodzieła. Wiele rzeczy podobnych
oferowanym tu artykułom jest dostępnych na chyba każdym dosłownie bazarze
z pamiątkami na świecie – koraliki, naszyjniki, biżuteria z drutu…
Kupuję sobie małą pamiątke w postaci fajeczki do palenia papierosa. Taka mała
rzecz, a będzie mi przypominać o wizycie w La Habana i o tym słonecznym dniu.

Czas nagli, więc o 1145 opuszczamy targowisko i szybkim
krokiem idziemy szukać fabryki cygar. Przechodzimy przez skwer Parque Central i
wchodzimy na plac z budynkiem zwanym Capitol. Jest to ogromny, dobrze
utrzymany i zdobiony budynek rządowy, rzeczywiście w pewnym sensie
przypominający Kapitol. Tereny dookoła utrzymane są dobrze, trawa i palmy,
płotek…A budynki otaczajace skwer to rozpadające się kolorowe ruiny bez
okien, z połamanymi okiennicami i praniem powiewającym między balkonami –
wszędzie! Jak strzępy żagli na wrakach statków. Całość wygląda malowniczo, tym
badziej, że w niektórych bezokiennych oknach można zobaczyć mieszkańców.

Na ulicach mnóstwo samochodów. Smród spalin czuć w
powietrzu, jest duszny i palący gardło. W mieście nie czuć morskiej bryzy,
która przepędziłaby odór. A samochody kolorowe, cadillac’i, chevrolety, jaguary,
bezimienne maszyny rodem ze starych filmów amerykańskich o Elwisie. Część
zardzewiała, część bez elementów wyposażenia, ale nikomu to nie przeszkadza. Muzyka
w tle warkotu silników, salsa do rytmu rozklekotanych tłumików.

W Havanie przejść dla pieszych nie ma. Piesi przechodzą
tam, gdzie chcą, co sprawia, że poruszanie się po mieście to niekończący się
slalom między pojazdami różnej maści – automobilami, motocyklmi, rowerami,
rowero-rykszami, kombinacjami powyższych, autobusikami…

Roślinność jest – palmy i krzewy, kwiaty od czasu do
czasu. Niekiedy przez środek ulicy biegnie ocieniony koronami drzew deptak.
Zieloność sprawia, że trochę mniej czuć spaliny i trochę ciszej pracują
wszechobecne stare silniki.

Fabryka cygar okazuje się być kamienicą jak każda inna,
tylko utrzymaną przyzwoicie i z oknami (wstawionymi). Dowiadujemy się, że
musimy poczekać 20min na wycieczkę po angielsku. No to czekamy…w sklepie
z cygarami. Ceny są przerażające, wręcz odstraszające. Na szczęście można
kupić pojedyńcze cygara, co ułatwia sprawę dla ignoranta nieznającego się na
rzeczy. A w sklepie pachnie ładnie, atmosfera jak w półmrocznej bibliotece angielskiego
dżentelmensa, tylko zamiast książek na półkach pudełka cygar, a zamiast aromatu
whisky i herbaty w powietrzu słodkawa woń tabaki. Kartą płacić można, tylko że
dochodzi 11% podatek. Ten sam podatek płaci się wyjmując kasę z bankomatu,
więc niewielka różnica – za używanie amerykańskich pieniędzy należy się kara i
już.

A kubańskich pieniędzy są dwa rodzaje. Peso convertible i
peso cubano. Jaka jest różnica między nimi – nie mam pojęcia, bo turystom dane
jest używać tylko tych pierwszych. Śmieszna to waluta. Prawie nie ma w obiegu
monet, za to są banknoty 3-pesowe.

Po 40 min od domniemanej godziny rozpoczęcia zwiedzania
udaje nam się przedostać przez bramkę. Bogato zdobione wnętrze hallu zdaje się
obiecywać więcej atrakcji. Pani prowadzi nas do szatni, musimy zostawić plecaki
i aparaty. Potem pan przewodnik w niebieskiej koszulce z wisiorkiem
z paciorków odwzorowującym brytyjską flagę przedstawia się grupie i
idziemy na pierwsze piętro.

W fabryce codziennie pojawiają się nowi ludzie do pracy.
Muszą pzejść minimum sześciomiesięczne szkolenie, aby móc pracować na stałe.
Ostatnio z 600 osób po trzech miesiącach zostało 150. Praca jest ciężka,
wymagająca ciągłego skupienia i rezultatów w postaci około 100-140 cygar
dziennie na osobę, zależy od rodzaju cygar. Każdy pracownik może dziennie
zabrać do domu 3 cygara. To całkiem sporo zważając, że większość nie pali.
Czasem jednak zdarza się widok pomarszczonej, obszernie zbudowanej Kubanki
z grubym cygarem w ustach i rękami zajętymi pracą. Wszędzie znaki
„prohibido fumar“ – zakaz palenia.

Pierwsze piętro to selekcja liści. Są delikatne, cienke
jak pergamin, ale jednocześnie miękie i elastyczne. Pachną tytoniem, ładnie,
roślinnie. Kilkadziesiąt kobiet i trzech mężczyzn siedzą w stanowiskach
podobnych do niskich konfesjoałow i selekcjonują liście patrząc na kolor i
jakość. Odpady idą dla nowicjuszy – do nauki. Dla niewprawnego oka te liście wyglądają
tak samo, a oni widzą różnicę.

Drugie miejsce to przygotowanie wnętrza cygara. W
wielkich parcianych czarnych worach leżą już przeselekcjonowane liście z oznaczeniem
jakości i typu produktu, do którego mają być zastosowane. Rolowanie cygar
odbywa się na wielkiej sali. W tle dość głośna muzyka – Ricky Martin i Enrique
Inglesias rzadzą. Podobno o 1330 pan kontroler jakości czyta na głos książkę,
żeby ludzie mięli trochę odmiany. Do togo celu ma „katedrę“ ze stołem i
mikrofonem, jak na uczelni. Super to wygląda. A cygara roluje się ręcznie na
małych stoliczkach. Przycina liście brzytewkami, długość reguluje gilotynką, a
następnie wkłada do czegoś na kształt prasy- takie pionowe wielkie imadło –
z której po 15 minutach wyjmuje się gotowe cygara. Kontrola jakości jest
na każdym kroku. Nie ma tu panów w białych fartuchach, o nie…są starzy
Kubańczycy z wielkim cygarem w ustach i pożółkłymi od tytoniu dłońmi oglądający
dokładnie każdą sztukę. Podobno jest jeden ulubiony przez pracowników, bo
sprawdza tylko 70%, a nie 100%.

Każdy praconik – rolowacz ma swój numer i jako numer jest
rozpoznawany. Cygara oznaczone są numerem pracownika. Przeciętnie kontroli
jakości nie przechodzą 3-4 dziennie na osobę. Sprawdza się też
„przedmuchiwalność“ przy pomocy takich śmiesznych urządzeń wyglądających jak
podłączone do miernika rurki. Jak się tam włoży palec, to guma wewnątrz rurki
zaciska się wokół i zasysa imitując zasysanie dymu przez palacza. Na liczniku
powinno być 40-80% przedmuchiwalności, jeśli jest mniej, cygaro odpada.

Kolejna sala wypełniona jest paniami naklejającymi
znaczki i nakładającymi opakowania. Są tu tylko kobiety, panowie nie są w
stanie wytrzymać tempa pracy.

W międzyczasie widzimy człowieka układsjącego cygara do
pudełek. Wszystkie idealnie przycięte co do milimetra, równiutkie. On układa je
od najciemniejszych do najjaśniejszych. Widzi w nich odcienie. Niesamowite.
Taki pan przerabia 2000 pudełek dziennie…a pudełaka dekorowane są ręcznie
przez ekipę Kubańczyków. Wszystko naklejane rękami, zabijane gwoździkami. Zero
maszyn.

Obok przechodzi przygarbiony, ciemny starszy człowiek w
mundurze ochroniarza. W ręku trzyma ćmiące się grubaśne cygaro. Jak
z kreskówki. Pozostaje za nim wiercący w nozdrzach zapach palonego
tytoniu.

Fabryka mieści się na trzech piętrach bardzo wysokich.
Schody są drewniane i wysłużone, pozbijane gwoździami.

Po wyjściu wyzwaniem staje się przedostanie przez tłumek
osób oferunących nielegalne cygara wyrabiane po domach lub skradzione
z fabryki. Jak ktoś nie wie, czym to grozi, to kupuje u nich. Na szczęście
u nas pokusy nie ma – kilka dzieciaków z Sorlandet spędziło wczoraj cały
dzień tłumacząc się celnikom z posiadania nielegalnych cygar.

Tuż za fabryką dostrzegamy coś ciekawego za zamazanym
graffiti blaszanym płotem – szrot kolejowy. W środku miasta, tuż obok Capitolu.
Zardzewiałe całkowicie lokomotywy i wagony. W pewnym sensie pasują do barwnych
budynków z połamanymi okiennicami.

Jesteśmy zaczepiani co chwila przez taksówkarzy i
sprzedawców. Wszyscy chcą zarobić, nawet panie poprzebierane na dawną modłę
zachęcające do zrobienia zdjęcia za jedyne kilka pesos. O cenie oczywiście
dowiadujesz się po zrobieniu zdjęcia.

Chwilę chodzimy w kółko, zachodzimy do hotelu po Jesse,
zgarniamy też Anette i idziemy szukać jedzenia. Po krótkim spacerze natrafiamy
na metalowe kute stoliki rozłożone w rogu między bardzo niebieskim i szarym
budynkiem. Jemy kanapki i pijemy piwo Cristal, co znacznie poprawia morale.
Erin próbuje zapalić cygaretkę, ale nie ma gilotylki, więc przycina ją na
stoliku nożem ze scyzoryka.

Na tym etapie rozdzielamy się. Wraz z Anette, któta
momentami jest nieco denerwująca, jak wszyscy dotychczas poznani przeze mnie
Norwegowie, a to w kontekście wysokiego mniemania o ważności własnej osoby,
wyruszamy na spacerek w stronę morza. Po drodze napotykamy stary kościół. Ma
ponad 300 lat, a marmurowa posadzka ponad 150, jak mówi nam starszy pan
kościelny. Nie ma tu zdobień, tylko białe sklepienia z odpadającym płatami
tynkiem. Rzeźby i ołtarze boczne drewniane, miejscami pozłacane, przy nich
świeże kwiaty. W kościele rozlega się…muzyka latino, bo drzwi są otwarte na
oścież po obu stronach, a kubańska ulica często gra i śpiewa.

Przedostajemy się przez naprawdę tłoczne rondopodobne
wielkie skrzyżowanie. Znaki namalowane na jezdni niewiele mówią, więc cieszymy
się, że jesteśmy w jednym kawałku.

Stoimy na murach twierdzy które wraz z dużą warowną
budowlą po drugiej stronie wody ograniczają wejście do portu. Na murkach siedzą
ludzie łowiący ryby. Najczęściej żyłkę mają na szpulce, a nie na wędce. Co
jakiś czas dobiega nas muzyka – to ktoś gra na saksofonie, dudach lub gitarze.
Nie zbierają pieniędzy, po prostu sobie grają w wolnej przestrzeni.

Nogi nam odpadają, toteż siadamy przy plastikowym
stoliczku w brudnym barze nad wodą. Pod nogami kręcą się bezdomne, wychudzone i
chore psy poszukujące pożywienia. Wyglądają strasznie, sierść wyłazi im płatami
zostawiając gołą, czasem zaropiałą skórę.

W pewnej chwili podchodzi do stolika młoda dziewczyna i
nic nie mówiąc kładzie namalowany niebieskim flamastrem na kredowym papierze rysunek
z moją podobizną. Odchodzi bez słowa, a ja zastanawiam się, co z tym
fantem zrobić. Wezmę rysunek na pamiętkę, a dziewczynie dam parę groszy.

Pijemy mojito, aby postawić się na nogi – w mojej
szklance jest łodyga z listkami mięty. Normalnie kawał rośliny. Tylko
cukier biały, ale i tak dobre.

Kolejny punkt programu to hotel Ambos Mundos, w którym
mieszkał Ernest Hemingway. Nic specjalnego, mały i odnowiony hotelik. Na ścianie
wiszą zdjęcia pisarza i w ramce jego podpis w powiększeniu.

Mijamy skwerki, małe parki, trawniki z ławkami. Co
jakiś czas z jakiejś knajpki dobiega granie. Co jakiś czas człowiek ma
ochotę się zatrzymać i wsłuchać.

Wieczór wydobywa inne kolory z miasta przy pomocy
świateł ulicznych i zachodzącego na bordowo słońca. Wszystko bardziej
przytłumione, a jednocześnie wciąż dynamiczne i nastrojowe. Nastraja spokojem.

Mamy godzinę do podwózki na statek, więc idziemy coś
zjeść. Pani proponuje homara. Otwieram szeroko oczy, a ona na to szybko
podpowiada, że to tylko 10 pesos i jest w tym sałatka, ziemniaki, deser i kawa.
Nigdy nie jadłam homara, a już na pewno nie za 10 pesos! Bierzemy. I jeszcze
lampkę wina.

Najpierw dostajmy przystawki w postaci głównie smażonych
w głębokim tłuszczu jakby dużych zacierek z ziemniaków. Strasznie to
oleiste, ale zaspokaja pierwszy głód. Potem wjeżdża danie główne – dwa duże
kawałki grillowanego wielkiego homara, pachnące i pyszne. Trochę jak krewetki,
tylko bardziej słone i trochę jak krab, ale bardziej soczyste i aromatyczne. Do
tego nieodłączny w Ameryce Środkowej ryż z czarną fasolą i MALINGA. Jest
to coś jakby ziemniak- troszkę bardziej rozgotowane, bielsze i nieco słodsze,
ale jenocześnie pozbawione smaku ziemniaka. Sałatka na modłę greckiej bez
oliwek i fety. Taki warzywny czerwono-zielony mix. Deser to pudding na zimno i
kawka espresso. Słodkie i w miarę dobne, ale nie dorównuje homarowi za 10
pesos!!!

Na statku czuję dopiero nogi – ała! Od razu przejmuję
wachtę. Do północy  udaje mi się
napisać wszystkie 20 kartek i obejrzeć odcinek Bewitched. To idealnie
odmóżdżający serial, uwielbiam go i znajduję dla niego niezłe zastosowanie na wachtach
portowych i kotwicznych, gdzie często zbyt intensywne myślenie nie jest
wskazane i instynkt samozachowawczy nakazuje dać mózgowi wolne.

 

 

LA GENTE –
ludzie

 

Ludzie na Kubie
są uśmiechnięci na brazylijsko-karaibski sposób, tylko że podobno nie można im
ufać. Tak twierdzi Curtis, który spędził tu kilka miesięcy. Każdy, który mówi,
że jest przyjacielem, na pewno nim nie jest i tak należy zakładać. Dziwne, bo
na pierwszy rzut oka nie wydaje się, że jest aż tak źle. Tym bardziej, że
zapytany na ulicy o drogę człowiek odpowie z uśmiechem na ustach. Oczywiście z
założenia należy unikać wszelakich “my friend”, ale tu wydaje się to zaczepianie
mniej groźne niż np w Afryce.

A kobitki noszą
się świecąco i obciśnięcie. Nie ważne, jak bardzo wystający ma się kuperek, jak
bardzo oponkowaty brzuch czy mało imponujący biust, musi być krótko i ciasno.
Do tego nie lubimy tkanin naturalnych.

Świecenie i
migotanie osiąga się przy pomocy błyszczków wszelakiego rodzaju na ubraniu,
butach, w biżuterii i włosach. Biżuteria i włosy dekorują oczywiście głównie
plastikiem i tanimi metalami. Zauważyłam, że preferowane są serduszka.
Spineczki w kształcie brokatowanych serduszek. Wisiorek z serduchem z
kamieniopodobnej masy. Opaska na głowę z małych różowych serduszek. W uszach –
wielkie złotawe serca. Co kraj, to moda, a Kubańczycy serca mają nie tylko na
dłoni…

 

FOTOFOTOFOTO z końca świata:-)

A tu zdjęcia z Kostaryki i Belize, a także parę widoków z podróży.

https://picasaweb.google.com/gosianamorzu/LAMANAIBelize?authkey=Gv1sRgCOSkz9zwnrXTFg&feat=directlink

https://picasaweb.google.com/gosianamorzu/BelizeCityBelize?authkey=Gv1sRgCMHZg9u6yOuBDA&feat=directlink

https://picasaweb.google.com/gosianamorzu/PuertoLimonBelizeCity?authkey=Gv1sRgCLyOyeGLmZTPGQ&feat=directlink

https://picasaweb.google.com/gosianamorzu/PuertoLimonCostaRica?authkey=Gv1sRgCK7GwqrWh-CHywE&feat=directlink

Havana Nights

02.02.2011

 

2000LT

Habana, Cuba

 

 

Do kabiny wchodzi Asia ubrana na portowo i oznajmia, że
wyrobimy się wcześniej. Wstaję więc z koji i wdziewam spudnicę, dekolt i
kolczyki, po czym spotkawszy na pokładzie szanowne zgromadzenie załogi
nienorweskiej wyruszamy w miasto. Najpierw biuro celne, trzeba się
wylegitymować paszportem i odhaczyć na liście oraz dać przeszukać. Mamy zakaz
wynoszenia owoców i roślin ze statku. To nie będzie trudne, bo za dużo ich nie
mamy.

Światła podkreślają ruderowo-zabytkowy styl Havany. Widać
pięknie zdobone budynki obok im podobnych, tylko zapomnianych i rozwalonych do
połowy z oknami w najlepszym razie zabitymi sklejkami. Chcemy się przejść,
wszystko jedno, którędy. Jason prowadzi, bo już tu był. Spotykamy tubylców,
z których jeden wygląda kubańsko, a drugi afrykańsko z dredami i
okazuje się, że oni bardzo pragną nas zaprowadzić do wymarzonego baru. Chodzimy
w kółko, mamy dość, chcemy mojito i usiąść. Kasę udało się wyciągnąć
z bankomatu w banku tuż obok celników. Bank ma ogromne drewniane rzeźbione
drzwi, które w zawiasach chodzą leciutko. Moja polska karta działa. W końcu
znajdujemy bar z muzyką na żywo i siadamy, a nasi znajomi lokalsi zostają
przepędzeni. Pijemy mojito i cuba libre. Lepszego mojito w życiu nie piłam.
Zamiast zmielonego lodu – kostki, zamiast skrawków liści mięty – całe liście.
Pyyycha. Cuba libre przegrywa na rzecz mojito.

Panowie muzykanci mają ciekawe instrumenty i namalowane
na lakierowanych butach liście pewnej sławnej konopii. Grają i śpiewają, jak na
Kubańczyków przystało, chociaż jeden z nich wygląda bardziej na Senegalczyka.
Wtem wtrąca się głos kobiecy o niezwykłej mocy, jakby żywcem wycięty
z stereotypu kubańskich utworów. To dziewczyna, bardzo niepozorna i
z dużą nadwagą, postanowiła się włączyć. Bijemy brawo jak szaleni, bo to
jest głos ruszający góry.

Znad głów spadają nam na kuty z metalu stół
fioletowe kwiatki. Gubi je jakaś pnąca roślina rozpostarta na siatce
z żyłki. Kwiatki nie pachną, ale są ładne, więc wtykamy je sobie za ucho.
Wtem pan pseudo-Senegalczyk łapie mnie za rękę i pordywa z krzesła tak, że
muszę z nim zatańczyć. No to tańczę salsę na Kubie
J Tylko że to nie
jest wcale krok do salsy chyba, ale co z tego, i tak jest fajnie. Zawsze
chciałam zatańczyć w barze w Havanie
J

Potem przychodzi pan o cerze śniadej i pięknym uśmiechu,
który pokazuje magiczne szuczki. Pojęcia nie mam, jak on to robi, ale ten
papieros rzeczywiście lewiuje i te karty rzeczywiście się zmieniają, a monety
wędrują z ręki do ręki niewidziane. Patrzymy jak zaczarowani, nie ma
racjonalnego wyjaśnienia dla tego, co ten facet robi. Nigdy nie widziałam
magika tak wprawnego, nie widziałam tak dobrej iluzji. Dajemy mu parę groszy.
Jeszcze siku w kibelku z popsutą spłuczką i wio dalej. Większość naszych
zdezerterowała na statek, żadni przygód na placu boju zostaliśmy Erin, Jason i
ja. Idziemy w poszukiwaniu innego baru. Wiele lokali już zamknięte. Natrafiamy
na miejsce zwane Floridita, w którym rzekomo przesiadywał Ernest Hemingway.
Wchodzimy i zamawiamy daiquiri, bo Jason mówi, że to jest „daiquiri bar“. Dobre
to całkiem, ma zmielony lód i słodsze od mojito. Podobno ma też limonkę, ale na
tym etapie nie jesteśmy w stanie zweryfikować.

Na lewo od wejścia siedzi bronzowa sylwetka Hemingwaya,
z którym można sobie zrobić zdjęcie. Nie przepuszczam takiej okazji.

Gadamy o norweskiej załodze i o tym, że ja i Erin czujemy
się jak ofiary losu, bo nie znamy statku na wylot. Nie wiemy, gdzie mieszka
prawy kluczyk od lewej szafki, albo „ten wiadomo który, co to nie został
wymieniony“. O dziwo oczekiwania wobec nas są nieprzewidywalne – niby mamy
wiedzieć, co i gdzie, ale jak na przykład potrzebuję sążeń półcalowej linki, to
bosman mi ten sążeń przyniesie zamiast pokazać, skąd wziął. Jason ma luzackie
podejście, bo schodzi na Bermudach i zależy mu tylko na morzo-godzinach.

Nieco ubzdryngoleni wracamy na Sorlandet. Po drodze
przystajemy przy barze, z którego dochodzi jazz na żywo. Miło posłuchać.
Wtem przez drzwi wytacza się duży Kubańczyk z pękatym podgardlem i
uśmiehem na pół twarzy i mały Kubańczyk, widać kumple, ale wyglądają jak
przerysowani Flip i Flap, serio. Obejmują się, aby uzyskać lepszą równowagę
wypadkową i odmaszerowują w tylko sobie znanym kierunku. Aż nie mogę oderwać
oczu.

Idziemy ku statkowi, potem do pentry wyżerać
z lodówki i spać. Nie ważne, czy ma się obywatelstwo kanadyjskie, polskie,
czy bermudzkie – gastrofaza jest zjawiskiem uniwersalnym interkulturowym
J

Kuba podobno ma znikomy stopień przestępczości. Na
ścianach biura celników wiszą plakaty z uśmiechniętym Fidelem, nad ulicami
wszędzie transparenty popierające rewolucję i nakłaniające do czujności wobec
jej wrogów. Dookoła samochody sprzed 30 lat. Stare, garbusopodobne Chervolety i
inne klasyki amerykańskie, których modeli nie da się zweryfikować po
zaznaczonych patynowym zębem czasu napisach. Wszystko na kształt garbusa lub
dużego fiata.

Jak tylko dostanę cokolwiek wolnego, spróbuję znaleźć
internet. Na Kubie jako tako ogólnodostępnego internetu nie ma, aby uniknąć
wrogich zagranicznych wpływów, toteż trzeba będzie pobuszować po hotelach w
poszukiwaniu wifi.