Miesięczne Archiwa: Styczeń 2011

PUERTO LIMON

17.01.2011            

 

PUERTO LIMON

 

Puerto Limon. W praktyce jedna ulica zapełniona kolorowym gwarem różnego
autoramentu. Z głośników w jakimś sklepiku dobiega latynoamerykańska
muzyka, w którą wplatają się okrzyki ulicznych handlarzy i pisk palonych opon
motocykli. Ludzie są przyjaźni, niejednokrotnie mówią po angielsku. Nic
dziwnego, żyją przecież z pasażerów zawijających tu promów wycieczkowych.
Wszędzie stragany z warzywami, głównie pomidorami w plastikowych torebkach
i suszonymi plastrami bananów. To chyba nie są do końca banany, nie jestem
pewna.

Droga ze statku wiedzie przez bramkę z panem. Pan jest integralną
częścią bramki, pracuje oczami i głową. Z rzadka używa ręki. Panu pokazuje
się przepustkę, on na nią patrzy i kiwa głową na znak, że można przejść. Ręki
używa do zagrodzenia drogi zapominalskim nieposiadaczom przepustek.

Gdzie by tu na internet…podobno w Pizza Hut jest darmowa sieć. Wczoraj
kilka osób ze statku siedziało pod drzwiami tego przybytku i udało im się
załatwić maile. Idziemy, a co tam. Siadamy przy stoliku na balkonie, zamawiamy
wraz z mechanikiem piwo i włączamy nasze machiny. Próbuję gadać na skypie,
ale połączenie słabe i zagłuszają mnie motory. Piwo jasnożółte i adekwatnie
smakujące.

Dziewczyny, czyli cookinia Jessi i Asia zostały jeszcze, a my
z gadatliwym pół-kanadyjskim, pół-amerykańskim mechanikiem o imieniu Bud
wyruszyliśmy na podbój okolicy. Zaintrygowała nas kolejka do pustych
zamknietych drzwi, które jak się później okazało, prowadziły do tutejszego
banku.

Nauczona doświadczeniem chciałam wydać ostatnie pieniądze w lokalnej
walucie, aby nie dopełniać i tak zalegającej już w domu kolekcji papierków i
metalowych krążków. Zakupiłam więc kolczyki w śmiesznej cenie odpowiadającej 2
USD, strzeliłam parę zdjęć i poszliśmy do parku. Przewodnik po Kostaryce
autortwa Lonely Planet wspomina o parku Vadras rzekomo stanowiącym ostoję
lokalnej fauny i flory. No i rzeczywiście – pierwszy raz w życiu widziałam
palmę porośniętą porostem. Do tego ładna altankopodobna różowawa budowla w
centrum i sporo ludzi siedzących na kamiennych ławkach ciekawego koloru.

Idziemy dalej. W oddali chyba jest plaża…jednak nie, to tylko betonowe
wybrzeże i resztki falochronu. Obok nich budowla z dziwnymi sterczącymi
stalowymi przęsłami. Pytam dziewczynę siedzącą na falochronie o przeznaczenie
tego miejsca i dowiaduję się, że było to miejsce wystawiania przedstawień
szkolnych, ale dach został zniszczony i ostały się tylko te metalowe podpory.
Wszystko jasne – przedstawienie szkolne w tak małym  mieście okazuje się być wydarzeniem wartym sceny na
nabrzeżu.

Proponuję piwo. Siadamy w niby-lokalnej knajpce tak naprawdę przeznaczonej
dla turystów i dostajemy zacne piwo Imperial, o którym pani z baru mówi,
że jest najlepsze. Bud zauważa, że tu nie pytają, jakie chcesz piwo – piwo to
piwo i już. Mój towarzysz nawija jak opętany. Ma swój pół-amerykański,
pół-kanadyjski akcent i do tego mówi cicho i monotonnie, także niejednokrotnie
gubię się w jego wywodach. Facet ma dużo do opowiedzenia, pływa całe życie.
Tylko trudno się go słucha.

Wracamy na statek. Odbiera nas Erin, nowy deckhand, która była studentką na
Concordii podczas mojego pierwszego kontraktu. Uczy się manewrować szalupą,
dlatego sama jeszcze pływać nie może i obok niej siedzi obstawa w postaci
Neil’a. No i dobra, jedziemy na obiad. Dziś ryż z kurczakiem i chleb. Dało
się zjeść. Na szczęście w lodówce w pentrze zawodowej jest sok i ananas.

Jeszcze prysznic przed wachtą i do boju.

 

 

18.01.2011    
SV Sorlandet, na kotwicy w Puerto Limon

 

 

0025, skończyłam wachtę, osuszyłam włosy.

 

 Wywołana przez Port Control
dowiaduję się, że przy bramie czeka nowy deckhand Jason. Bosman wsiada do
szalupy i mknie na brzeg. Proszę Port Control o wysłanie deckhanda na keję na
spotkanie łodzi. Bosman dzwoni po chwili, że deckhanda nie ma i idzie go
szukać. Po parunastu minutach wciąż nie ma. Dzwonię do portu. Gdzie deckhand?
Przy bramie z panem od przepustek. No, to pięknie. Skąd ja mu teraz
wytrzasnę przepustkę???!!! Szoruję do Neila po kontakt do agenta. Ten odsyła
mnie do kapitana po rzekomo istniejącą przepustkę in blanco. Kapitan odsyła do
Terrego, który z kolei przepustki nie posiada. Przechodzi opcja, że kapitan
napisze zaświadczenie o przynależności Jasona do załogi.

Zaczęło padać. Jo-Leif wraca szalupą. Bierzemy dokument i robimy kolejną
rundę na brzeg. Siedzę przy łodzi na relingu kutra, przy którym stoimy i czekam
na panów.  Po przeciwnej stronie
jest zacumowany stateczek straży granicznej Guarda Costas. Ogarnia mnie
niepewność – sama, port, noc. Na pomoście pojawia się dość ciemnoskóry
Kostarykańczyk z pękiem białych świec. Wciska je pomiędzy deski pomostu.
Mój niepokój rośnie. Panowie przychodzą i okazuje się w rozmowie, że
Kostarykańczyk w ten sposób oddaje hołd zmarłemu tego wieczora przyjacielowi.
Jason twierdzi, że cała ulica obstawiona jest świeczkami. Niesamowity zwyczaj.
W Polsce było tak tylko po śmierci Papieża.

 

Po powrocie na
statek zostaję przedstawiona Jasonowi przez Neila jako trzeci oficer. Nie mam
nic przeciwko, bo trzeci nie ma obowiązków zbyt obciążających. To znaczy chyba
nie ma, bo pojęcia nie mam, co do moich obowiązków należy. Poza tym dostaję
pensję taką, jaką dostaję i nie przeszkadza mi robienie mniej. Ani trochę.

 

 

19.01.2011  0000UTC 12 48,0 N 081 26,5 W

 

Morze
Karaibskie ma tak niesamowity kolor. Niebieski, żywy granat. Woda wydaje się
przyjazna i nie ma nic z bałtyckiej stalowej zieloności. Wydaje się ciepła i
miękka, mimo że pod nami 2000m.

 

 

Dzisiejsza
noc przypomniała mi jak to jest. Stać w ciepłym, parnym powietrzu na pokładzie
oświetlonego przez księżyc żaglowca. Czuć wiatr na twarzy i zauważać u siebie
mimowolny uśmiech. Rozmawiać z ludźmi, których twarzy nie widać wyraźnie, ale
za to więcej można od nich w dyskrecji ciemności usłyszeć. Widzieć horyzont i
nic poza tym. Obserwować pojawiające się na moment delfiny, wypatrywać ich
ciemnych sylwetek. Szukać w nich towarzystwa w podróży.

Może
uda się pokochać ten statek…

 

 

 

21.01.2011,
en route Puerto Limon – Belize City, 1457UTC

15
48,2 N 081 41,2 W

 

NA
GORYLA

 

Postawiliśmy
żagle. Specjalnie zostałam na wachcie Neila, żeby zobaczyć manewry. Pokład kiwa
się jak szalony, a wieje 4B. Pomogłam przy linach i czułam się, jak żywcem
wyjęta ze starego filmu o piratach, gdzie marynarze rzucani są po całym deku
trzymając się kurczowo jednego sznurka.

Jo-Leif
wykazuje niespotykaną cierpliwość. Wytłumaczył mi dziś ukryte zasady
rozmieszczenia lin na statku. Mam wrażenie, że większość opanowałam. Potem
omówił  zasadę stawiania żagli na
rejach ruchomych oraz przydatność ruchomych topenant. Nieco bardziej to
skomplikowane niż stawianie Royala na Concordii.

 

Pokład
pokryty jest lakierem z drobinkami szklanymi zapewniającymi antypoślizg. Jeżeli
dziś nie byłam w stanie się utrzymać na nogach, to co będzie przy silniejszym
wietrze…?! To właśnie myśląc dreptam sobie do wejścia do “kwater rufowych” i
zauważam, że idę na ugiętych nogach balansując rękami….i bum! Déjà vu! Ja już
to kiedyś widziałam, tylko gdzie to było…aaa tak. STS Fryderyk Chopin,
szkolenie załogi, kapitan tłumaczy zasady bezpiecznego poruszania się po pokładzie.
Tylko że on to nazwał chodzeniem “na goryla” i zilustrował imitując. Cóż, w
życiu nie sądziłam, że będę chodzić po statku “na goryla”…

 

POLISZ
SEJLOR

 

Jak
się robi zwrot przez sztag fregatą? Otóż jest na to recepta. A ja jestem matoł,
bo nie mialam o tym pojęcia. Teraz nauczyłam się recepty na pamięć. Dlaczego w
Polsce nie udało się od nikogo zdobyć tej wiedzy i dlaczego o polskich
żeglarzach potem mówi się, że tracą takielunek i topią statki? Dlaczego na
dzień dobry dostaję etykietkę “polish sailor” pociągającą za sobą skutki w
postaci założeń dotyczących mojego braku dyscypliny, głośnego zachowania,
trzymania się harcerskich metod i zwyczajnej niewiedzy? Dlaczego skupiam się na
udowodnieniu, że to wszystko nieprawda?

 

 

Spisałam
w nocy z pamięci wywody kapitana dotyczące postępowania w różnych sytuacjach,
jak człowiek za burtą czy nadchodzący szkwał, jak zmiana kursu celem ustąpienia
z drogi, zwroty przez sztag i rufę. I tak wiem na przykład, że przy sztagu foka
należy zbrasować, gdy spanker straci powietrze, a spankera wybrac do osi, gdy
bramsel i bombramsel stracą wiatr. Taaak, na razie to pamięciówka, ale cenna.

 

Val
jest jakby bardziej ludzka. Zdałam dziś egzamin statkowy z safety. Jeszcze
roboty bosmanskie. Tutaj każdy pracownik musi zdać na dowód przeszkolenia w
służbie okrętowej. I dobrze. Nie ma tolerancji dla obiboków i leserów. Tu mówi
się tylko raz i nie powtarza. Trzeba słuchać uważnie.

 

FREGATY

 

Martwię
się wiatrem, bo kręci, a ja jeszcze nie czuję tego statku i nie reaguję
intuicyjnie. Kapitan siedzi spokojnie pijąc kawę. Nagle podskakuje, wskazuje
palcem niebo. Cholera, coś się spsuło pewnie w takielunku…ale nie, bo kapitan
uśmiechnięty i mówi, że ptaszek. Właściwie ptak. Czarny, z plamkami białego na
piersi. Za nim kolejny i kolejny. W sumie sześć. Usiadły na topensztagu.

Te
ptaki to fregaty. Pięknie, ostro zarysowane ciemne sylwetki na tle jasnego
nieba. Ciągnie swój do swego
J

 

WACHTA

 

Trzymam
wachtę od 0800 do 1200 i od 2000 do 2400. Jako trzeci oficer taki dostałam
przydział. Fajnie, bo mogę sporo spać.

Przed
wachtą jem śniadanie o 0730. Nie ma dzwonków, nie ma pobudek. Sama wstaję. Po
śniadaniu na mostek zmienić Val. Gorąco, na zewnątrz 29C. Dobrze chociaż, że
wiatr, ale i to niedługo, bo zmieniamy kurs na fordewind.

Na
fokmaszcie stoją wszystkie żagle, na grotmaszcie cztery górne, na bezanie
marsle. Idziemy po błękitnej wodzie z prędkością 5 węzłów. Na niebie niewielkie
obłoczki. Po prawej burcie pojawia się stadko latających ryb. Po nim drugie i
trzecie. Srebrne rybki są jeszcze malutkie, iskrząc w słońcu wzlatują dość
nisko nad fale. Muszą urosnąć, w końcu to karaibska zima.

 

 

ARNFINN
MAURITZ EGILSAD

 

“Wiek
to tylko liczba” – mówi mi 91-letni Norweg, który na Sorlandet pływa od 27 lat.
“Ja zawsze mówię, że jestem młody”. I zawsze śpi w tej samej koi. Pracy się nie
boi. Wczoraj Arnfinn wszedł z bosmanem na top grotmasztu.

Staruszek
wygląda krzepko, umysł ma jasny i mówi trochę po angielsku. Opowiada, że był w
Szczecinie i stali tam tydzień. Jest pogodny, życzliwy, wypytuje o Polskę. Po lunchu
zabierze się za lakierowanie podestu dla sternika.

 

 

22.01.2011
po wachcie w nocy, gdzieś na morzu

 

 

WDZIĘCZNOŚĆ

 

Za
niebieski kubek termiczny z Wigilii Żeglarskiej, w którym mam ciepłą herbatę.
Za Cappuccino od Gośki, które piję z namaszczeniem na rozgrzewkę po deszczu. Za
filmy ściągnięte przez Szwagra. Za wpomnienie galopu przez zaśnieżony las. Za
dobre życzenia i uśmiechy. Za czekającą na złe chwile miodówkę Babci. Za kremy
do twarzy i wilgotne chusteczki podróżne. Za ofiarowane przez Rodziców dolary w
trosce, aby mi nie zabrakło. Za wyrozumiałość i życzliwe pożegnanie. Za wiarę w
istnienie Domu.

 

Człowiek
ma różne myśli siedząc samotnie na deku w gwieździstą noc pod żaglami.

 

 

 

LAMANAI

LAMANAI

27.01.2011

 

Mam
wolne! Kathryn, nowa Chief Officer zgodziła się wziąć cały dzień.

O
0900 pakujemy się do autokaru. Dzieciaki ubrane jednakowo w czerwone koszulki
Class Afloat, kadra w granatowe.

Po
drodze mamy przegląd widoków a la Belize, począwszy od dzikiego szrotu
samochodowego na łące przy drodze, a skończywszy na ładnych murowanych domach
na palach. Te pale są dość ważne, bo pozwalają domowi przetrwać. Belize
położone jest poniżej poziomu morza, stąd wilgotna gleba, ale i okresowe
podtopienia. Do tego dokładają się huragany raz na 2-3 lata, jak twierdzi pan
taksówkarz z dnia wczorajszego. Tu nie opłaca się budować, dlatego obok nowych
domków stoją ruiny starych, część z nich zamieszkana. Wszędzie drewno i blacha,
cegła z rzadka i tylko w bogatszych okolicach. Średni dochód na mieszkańca
Belize wynosi 10000USD rocznie, co wcale nie jest takie straszne patrząc na
Polskie warunki. Oni jednak ubolewają. Z drugiej strony – w Polsce nie trzeba
odbudowywać domu co 3 lata.

Mijamy
stragany z żywnością, przydrożne grille zamykane a noc na kłódkę I wychudzone
zwierzęta. Uwiązane za szyję krowy i cielaki pasą się przy drodze, na skórze
odznaczają im się żebra. Nie jest to jednak widok wyduszający z oczu łzy, tak
jak tom było w Afryce.

Dojeżdżamy
na miejsce. Przy małym parkingu stoją zacumowane łodzie przypominające zwykłe
tramwaje wodne. Rzeka wydaje się spokojna, dzień jest dość pochmurny. Wsiadamy
i ruszamy. Przewodnik o imieniu brzmiącym jak “Havier” opowiada o mijanych
roślinkach i zwierzątkach. Pokazuje nam zielonkawą, oplatającą drzewa jak wąż
roślinę zwaną “koktus” i chodzącego po wodzie ptaszka z tegoż właśnie powodu
zwanego “ptakiem Jezusa Chrystua”. Ptaszyna jest niepozorna, filigranowa,
wielkości połowy wrony i o zabarwieniu samca kaczki. Pierwszy raz w życiu widzę
gniazdo termitów. Wygląda to jak kula próchna na pniu drzewa. Przewodnik
zaznacza, że termity mają dużo białka i można jedząc je przetrwać w dżunglii.
Kolejna ciekawostka to ptak zwany “unhinga”. Przypomina nieco kormorana, tylko
mniejszy i ładniejszy. Potrafi nurkować do 10m w poszukiwaniu ryb, co sprytnie
wykorzystywali lokalni rybacy w sposób nieco mniej zachwycający. Wiązali oni
ptakom na szyi sznurek tak, aby po złapaniu ryby nie mogły jej połknąć. W ten
sposów uprawiano tu niegdyś rybołówstwo. Skoro już mowa o lokalnych rybakach,
to na rzece jest ich całkiem sporo. Snują się nieraz całymi rodzinami w
przypominających  dłubanki czułnach
i łowią sznurkiem trzymanym bezpośrednio w rękach.

Krokodyla
widzieliśmy tylko przez chwilę, bo zwiał do wody. Szary, zwinny. Podobno od
samego ugryzienia można wylądować w szpitalu z uwagi na zakażenie. Przewodnik
twierdzi, że krokodyle są o wiele bardziej agresywne od aligatorów, a
aligatorów w Belize nie ma, więc należy się z założenia bać tych brzydali.

Dopływamy
na miejsce. Nowa Rzeka (ang. New River) przeistacza się w rozlewisko. Jest to
jedyna w Belize rzeka płynąca z południa na północ. Opuszczamy łodzie i jemy
lunch. W pojemnikach termoizolacyjnych przypłynęły z nami dania standardowe
tych okolic, czyli ryż z fasolą i kurze mięso. Do tego saładka z czegoś
ziemniakopodobnego. Dobre, nawet bardzo. Odstawiamy talerze iwyruszamy na
spacer po dżungli. Wszyscy mają w pamięci dwie małpki z gatunku “spider monkey”,
które na jednym z przystanków wprosiły się na pokład. Nigdy nie byłam tak
blisko małpy w dosłownym znaczeniu, bo ludzi-małpy zdarza mi się spotykać. W
Belize występują dwa gatunki małp: “spider monkey” oraz “howler monkey”.
Pierwsze są zwinne i niewielkie, mają chwytne wszystko włącznie z ogonem.
Drugie z kolei posiadają specjalną kość w krtani, która powoduje, że ich
pokrzykiwania słychać nawet na 1,5 mili i odnosi się wrażenie, że to zwierzę
wielkości conajmniej nosorożca jest ich autorem. A małpki takie malutkie i
niewinne…

Mijamy
wielki figowiec. Jest to niezmiernie ważne drzewo dla zwierząt, bo daje owoce
przez cały rok. Widzimy też drzewo kauczukowe i “klejowe” (ang. Glue tree). To
ostatnie ma przypominające małe mango owoce, które po nacięciu puszczają
białawe, bardzo lepkie mleczko używane niegdyś przez Majów jako klej.
Rzeczywiście strasznie to lepkie i nie chce zaschnąć.

Budowle,
które widzimy są imponujące. Przypominają sterty dobrze ułożonych kamieni, ale
biorąc pod uwagę dokonane przez Hiszpanów niegdyś zniszczenia i tak trzymają
się nieźle. Cykl życia według Majów trwał 52 lata, toteż co 52 lata należało
pozbyć się starych rzeczy i wytworzyć nowe. To samo tyczyło się budowli.
Zamiast stawiać nowe, bardziej opłacało się rozbudować stare, dlatego też
powiększano je dodając kolejne warstwy kamieni. Majowie posiadali 2 kalendarze,
jeden dla chłopów, drugi dla elit. Ten pierwszy przewidywał 5 dni wolnego w
roku, ten drugi ponad 200. W roku 2012 te dwa systemy kalendarzowe spotkają się
po raz ostatni, stąd przesąd o końcu świata. Nie wiadomo, czy Majowie mieli
opracowany kalendarz na dalej, bo Hiszpanie i Anglicy spalili wszystkie ich
księgi. Pewnie w imię niszczenia herezji. A Majowie księgi posiadali, bo
rozwinęli 2 systemy pisma. Były one wspólne dla wszystkich 31 grup etnicznych,
podobnie jak religia. Majowie wynaleźli również liczbę zero symbolizowaną na
początku przez muszlę stanowiącą zarówno nic, jak i wszystko. Ciekawe jest, że
byli oni niewielkiego wzrostu – elity do 1,5m, a chłopi do 1,2m. Stopnie
schodów powadzących na szczyt świątyń są natomiast bardzo wysokie, dobre
kilkadziesiąt centymetrów i strome. Ciekawe, po co takie…

Majowie
wygineli w XII wieku. Wybiły ich susze, jako że wtedy byli juz osiadłymi
rolnikami i nawet zajęcie się handlem nie pomogło. Przewodnik zwraca uwagę na symbolikę
religijną miejscami przypominającą uniwersalne symboliki największych religii
świata, co jest interesujące zważając na brak kontaktu Majów z innymi kulturami
przez całe stulecia. Na koniec “Havier” zrywa liść z mijanego drzewa i podaje
do spróbowania. Odgryzam kawałek i naychmiast dostaję nerwowe polecenie
wyplucia. Okazuje się, że roślina ma silne właściwości znieczulające. Wytwarza
się z niej przyprawę, której polskiej nazwy nie jestem w stane zidentyfikować –
“all spice” po angielsku. Pachnie jak przyprawa do piernika lub słodkich
wypieków.

W
podróży powrotnej zwracam uwagę na autobusy. Mnóstwo jest tu pomalowanych na
kolorowo starych amerykańskich “school busów” z napisanymi sprayem na nich
imionami. Są to ich imiona, żeby nie byo. I tak mijamy autobusik Vanessa, Betty
itp. Nasz jest bezimienny, ale powinien się nazywać “lodówka”, bo klima trochę
przesadza.

Fajnie,
że udało mi się zabrać dziś z dzieciakami na tę wycieczkę. W sobotę wyruszamy
na Kubę.

DAY 1, DAY 2

@font-face {
font-family: „Wingdings”;
}@font-face {
font-family: „Cambria”;
}p.MsoNormal, li.MsoNormal, div.MsoNormal { margin: 0cm 0cm 0.0001pt; font-size: 12pt; font-family: „Times New Roman”; }div.Section1 { page: Section1; }

15.01.2011 Puerto Limon, Costa Rica

 

No to jestem. W Polsce jest 6 rano, w mojej głowie też, a
tu 2300. Średnio myślę. Właściwie myślę tylko o śnie.

 

Po śniadanku złożonym głównie z owoców, croissantów
i soku pomarańczowego wybrałyśmy się z Asią na podbój San Jose zakładając,
poniekąd słusznie, że jest to nasz jedyny czas wolny w Kostaryce.  Nastroje dopisywały, ponieważ poznane
przy śniadaniu dziewczynki z załogi poinformowały nas, że statek cieknie
wierzchem i pod sufitem wiszą wiadra oraz worki foliowe.

 

Pani w recepcji i pan dowodzący hotelowymi busami
doradzili nam wycieczkę taksówką do centrum miasta. Tak też zrobiłyśmy.
Wszędzie kolorowo i gwarno, ulice zapełnione handlarzami towarów wszelakiej
maści zachęcającymi do kupna donośnymi okrzykami. Prym wiedli sprzedawcy
papryczek chilli, butów i bielizny damskiej. Prawie jak w Brazylii, tylko jakby
czyściej, schludniej i bardziej uporządkowanie. Jakby milej, bardziej
przyjaźnie dla Europejczyka.

 

Znalazłyśmy miejski market, czyli coś w rodzaju
zadaszonego targowiska ze straganami. Nie mogłam się nadziwić, że w sprzedaży
były morskie gąbki w ilościach naprawdę imponujących. Lub zastraszających,
zależy jak na to patrzeć. Do tego dużo noży, maczet i hamaków. Właśnie,
hamaków… kolorowe, różnej konstrukcji, głównie plecione lub tkane z grubego
płótna. Piękne.

 

Schody zaczęły się, gdy postanowiłyśmy coś zjeść. W
labiryncie fast foodów znalezienie knajpki z lokalnym jedzeniem okazało
się być nie lada wyzwaniem, które zaowocowało godzinnym marszem w kółko oraz
obtarciami stóp. Pytałyśmy różnych ludzi, ale albo mój marny hiszpański jest aż
tak beznadziejny, albo dawane przez nich wskazówki nie były właściwe. W końcu
pomogła nam grupa policjantów. Jeszcze tylko ostatnie 15 min marszu po dobrze
już do tego czasu poznanej okolicy i…jest. „Comida de Costa Rica“, czyli
„jedzenie z Kostaryki“ w postacji w miarę czystego baru zachęcało do
odpoczynku. Menu mnie przynajmniej przerosło, ale na szczęście Asia spędziła
kiedyś w Kostaryce miesiąc spływając rzekami i była obeznana w lokalnych
specjałach. Tak więc zamówiłyśmy „casadas con pollo“ (ryż, fasola, sałata,
kurczak) oraz „lequedos de pina“ (sok z ananasa z wodą) i przysięgam,
że było to najlepsze jedzenie, jakie jadłam w Ameryce Środkowej. Dotego za
około 6 dolarów.

 

Podróż powrotna rozpoczęła się spacerkiem przez „zoccolo“
(ryneczek), miejsce spotkań wielu osób, jakby alejki skondensowane w parku o
minimalnej powierzchni, wizytą w zamkniętym kościele oraz znalezieniem
taksówki. Pan od transportu hotelowego ostrzegał, że trzeba uważać, nie dać się
naciągnąć i skrupulatnie stosowałyśmy się do jego wskazówek. Okazuje się, że w
Kostaryce są taksówki oficjalne i nieoficjalne. Te oficjalne są czerwone i mają
żółtą trójkątną naklejkę na boku.

 

Nieopodal hotelu dostrzegłyśmy dzicz. Ani to park, ani
dziki las. Człowiek uczy się przez doświadczenie, więc podreptałyśmy tam
natychmiast po opuszczeniu taksówki. Pierwszy raz w życiu widziałam rosnące
bambusy. Są ogromne i rosną w kępie, jakby duże drzewo o wspólnym systemie
korzeniowym. Do tego są żółtawo – zielone, po prostu ładne i gdy ruszają się na
wietrze ma się wrażenie, że zaraz się połamą, ponieważ odgłosy skrzypienia są
tak specyficzne. Drugą rzeczą w parku-lesie była rzeka i ławeczka. Z tej
ławeczki prawie spadłam, gdy Asia robiła mi zdjęcie, toteż postanowiłam nie
siadać więcej na ławeczkach słabej konstrukcji na urwistym brzegu rwącej
kostarykańskiej rzeki. No i widziałam liany! Takie prawdziwe, jak u Tarzana!

 

Podróż na statek nie była zbyt zajmująca z uwagi na
konieczność taszczenia bagażu i senność. Na kei spotkałam Bruce’a,
przywitaliśmy się serdecznie. Statek z daleka robi niesamowite wrażenie,
jest bardzo duży i pięknie podświetlony. Po wejściu na pokład wrażenie jest
mocniejsze, ponieważ widaż zaskakującą ilość pracy wkładaną w jego utrzymanie.

 

Poznałam bosmana o imieniu Jo Lauf (mówi się „Julaf“),
panią turystkę z biura Anette i dekhenda Stenę. Kapitan Evar również się
przywitał, ale nic ponad to. Pokazano mi kabinę, pokazano toalety i pentrę. Na
szczęście dziś w nocy nie muszę stać wachty, zaczynam jutro rano po szkoleniu.
To będzie intensywne szkolenie i intensywna nauka. Statek jest nieco bardziej
skomplikowany niż Concordia i Chopin. Znacznie bardziej skomplikowany.

 

Jeszcze mała przypowieść na koniec. Otóż co spotyka Gosia
na początku zwiedzania San Jose? Spotyka Teatr Narodowy. A przed drzwiami
teatru popiersie Fryderyka Chopina darowane przez Polską Ambasadę w Kostaryce.
Przeznaczenie czy klątwa???

 

 

 

16.01.2011 Puerto Limon, Costa Rica

 

Pierwsza wachta. Wchodzę na mostek o 1950, a tu pustki. Po
5 minutach dziewczynka przynosi mi ręczną VHFkę twierdząc, że pierwsza oficer
poszła spać godzinę temu.

 

Szkolenie. Dużo by mówić. Pierwsza oficer Val wyjaśniła
mi podstawowe sprawy związane z mostkiem, ale odmówiła odpowiedzi na
pytania wykraczające poza to. Zaznaczyła, że na tym statku bije się szklanki
cicho i z szacunkiem dla śpiących, nie tak, jak na polskich statkach.
Przemilczane, w pamięci zapisane.

 

Dobrze, że Bruce jest na pokładzie. Przynajmniej mam
jedną znajomą i przyjaźnie nastawioną osobę. Norwegowie stanowią klikę w swoim
mniemaniu elitarną będąc załogą zawodową od lat pływającą na Sorlandet i
znającą statek na wylot. Obym nigdy się tak nie zachowywała na Chopinie.

 

Dzieciaki wydają się miłe, przynajmniej część
z nich. Mamy też na pokładzie rodziców, którzy zostają do następego portu.

 

Statek jest pięknie utrzymany. Ma ciekawe rozwiązania,
nieznane mi wcześniej (pewnie z powodu doświadczenia na dwóch tylko budowanych
w Polsce żaglowcach), w szczególności w olinowaniu. Lajflina na rejach (już tłumaczę:
linka, do której się przypina karabinkiem pracując na tych poprzeczkach przy
maszcie;-) biegnie za plecami i jest grubą, dość luźną stalówką. Przy przejściu
z want (czytaj: drabinka, po której włazi się na maszt) na reję wchodzi
się na pertę „pomostową“- nie wiem, jaka jest poprawna polska nazwa. Sęk w tym,
że nie jest się wtedy wpiętym do niczego, a przynajmniej tak wynikało
z dzisiejszego szkolenia.

 

Żagle są fajne, mięciutkie i wysłużone. I mają linę
przyszytą do liku dolnego, nie wszytą w niego!

 

Stoimy na lewej kotwcy. Nie znalazłam sposobu na
zobaczenie łańcucha z pokładu. Pozostaje obserwowanie mapy elektronicznej
i kutra zakotwiczonego nieopodal.

 

Właśnie pojawiła się na mostku dwójka pełniących wachtę
kotwiczną rodziców oznajmiając, że myśleli, że na wachcie kotwicznej (ang.
anchor watch)  mają obserwować
kotwicę (ang. watch anchor), więc na początku ustawiły się na fordeku szukając
łańcucha i wypatrując w wodzie światła kotwicznego (ang. anchor light). Kto by
pomyślał, jak bardzo dosłowna interpretacja może być myląca.

 

Załoga zawodowa ma swoją mesę i pentrę. Posiłki jemy w
salonie kapitańskim. Plusem jest stała obecność jedzenia w lodówce. No i własna
kabina ze zlewem. Wszystko jak na Darze Pomorza, niesamowite jest mieszkanie w pływającym
zabytku.

 

Kapitan wydaje się być niezadowolony z mojej
obecności tutaj. Przełknął wiadomość, że pływałam na Concordii i Chopinie TYLKO
i na niczym więcej. O Chopinie nie mają tu najlepszego zdania. Dostałam kilka
pytań dotyczących sytuacji „człowiek za burtą“ na fregacie. Odpowiedziałam
adaptując wiedzę z brygu. Sukces mój był mierny, jako że okazało się, że
tutaj grotmaszt działa jak hamulec ręczny i wystarczy ustawić reje na wsteczny,
aby zatrzymać statek. Takiej odpowiedzi oczekiwał kapitan. Wniosek – jeszcze
duuużo nauki przede mną.

 

Trzeci oficer Neil wydaje się być sympatyczny. Pływał na
Concordii, także mamy jakiś wspólny odnośnik.

 

W czasie szkolenia na mostku poprosił mne na rozmowę
Terry Davies ostrzegając przed Val i nazywając ją „little witch“ (mała
czarownica). Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że miał rację.

 

W Belize wyjeżdża Neil, a na jego miejsce wchodzi
Catherine, która posiada zawodowe papiery starszego oficera i zna Sorlandet. To
oznacza, że stanę się trzecim oficerem. Nie będę płakać, bo to oznacza
przespane noce
J

 

Przez cały dzień próbowałam dojść do tego, kto za co
odpowiada. Kapitana widywałam tylko na posiłkach. O śmieciach dowiedziałam się
tyle, że wzyscy za nie odpowiadają, a w szczególności bosman, kuk i oficer na
wachcie. Map papierowych brak, więc i poprawek brak (HURRA!!!!). Całe „safety“
podobno podlega Val i jest to niezmienne. Planowanie podróży również podlega
Val. Ogólnie wszystko prawie podlega Val. Dobrze, że Norwegowie zmieniają się
co 6 tygodni, bo to oznacza jeszcze tylko 5 tygodni z małą wiedźmą.

 

Tak sobie myślę, że to jest ciekawe doświadczenie, gdy
można poznać podejście do niektórych spraw reprezentowane przez inne nacje. Bo
na przykład w Polsce uczy się żeglarzy, że podniesienie bandery o 0800 to
świętość. Norwegowie wtedy spokojnie jedzą śniadanie i w nosie mają jakieś tam
flagi. Raz się powiesi i ma wisieć, proste. Miałam mieć dziś na wachcie dwoje
deckhandów. Owszem, jeden przemknął mi przed oczami gdzieś na początku wachty,
a potem usilne próby zlokalizowania go nie przyniosły skutku. I znowu – na
polskich żaglowcach wachta to wachta, jak masz być na mostku, to masz tam być,
a nie w koi. Są też różnice pozytywne w mojej ocenie, a mianowicie podejście do
spraw bezpieczeństwa. Dziś brałam udział w najlepszym szkoleniu rejowym w
zyciu, gdzie powiedziano „dobrze, że się boicie, bo dzięki temu będziecie
bezpieczni“. Nic na siłę, wszystko metodycznie, krok po kroku i
z uzasadnieniem. Bez chojractwa i „co to nie ja“. Warte naśladowania.

 

 

 

 

FOTO FOTO z Kostarika :-)

http://picasaweb.google.com/gosianamorzu/SanJoseCostaRica?authkey=Gv1sRgCIO5wOX9nOeFDA&feat=directlink

Bez komentarza…na razie.


San Jose, Costa Rica

KOSTARIKA

Cieżko było wyjechać. Rodzice odstawili mnie na lotnisko. Wsiadłam do samolotu, a myśli pozostały w domu.

Lot przez Monachium do Newark minął spokojnie, większość przespałam. O ile można nazwać snem letarg w fotelu lotniczym.

Lotnisko w Newark okazało się w miarę przyjazne i bez trudu odnalazlam odpowiedni „gate”. Troszkę mnie dziwiła sprawność i bezproblemowość dotychczasowej podrózy, ale z obawy przed zapeszeniem chowałam te myśli do mentalnej szuflady. Szuflada widać była dziurawa, bo z głośnika rozbrzmiała informacja o nadmiernej ilości sprzedanych biletów na lot do San Jose, o zwrocie kasy dla wolontariuszy, którzy dobrowolnie polecieliby jutro itp itd. Na szczęście sytuacja ta zaowocowała jedynie 40min opóźnieniem i napchany ludźmi samolot wzbił się w powietrze.

Właśnie mija doba od momentu przejścia bramki na Okęciu. Już nie chce mi się spać. Nic mi się nie chce. Leżę na łóżku w pokoju hotelowym, który okazał się być apartamantem z dwoma sypialniami, łazienkami, kuchnią itp itd. Mam wielkie łóżko do odespania ostatniej doby.

W San Jose wysiadłam z samolotu półprzytomna. Obolała i zmęczona. Lotnisko mile zaskoczyło czystością, zorganizowaniem i przyjazną atmosferą. Pan urzędnik odprawy celnej okazał się być byłym marynarzem, tak więc uprzejmie pogadaliśmy i byłam wolna. Przewidywałam problem z odnalezieniem transportu hotelowego, jednak szczęście dopisało, bo pomógł mi ochroniarz z lotniska. Niedługo potem siedziałam już w klimatyzowanym wanie prowadząc grzeczościową rozmowę z dwójką Amerykanów jadących w to samo miejsce – do Villas del Rio.

Na miejscu okazało się, że moja współlokatorka już jest. Dziewczyna o imieniu Asia (wymawianym „Ejżja”) okazała się być pomocnicą kuka, a nie pierwszym oficerem, jak do tej pory myślałam. „Chief mate” i „cook’s mate” musiały się komuś pokiełbasić. W przyjemnej atmosferze spędziłam kolejną godzinę gawędząc z Asią, po czym z uwagi na klejące się od lotniskowych osadów powieki poszłam pod prysznic. Fajny prysznic, taki a la apartament de lux:-)

Jutro śniadanko i do boju. Jedziemy na lotnisko, a potem autokarem z hordą dzieciaków na statek. Ma ich być 55…

GRYPLAN:)


SEMESTER 2

 

ARRIVING

DEPARTING

Puerto Limon, Costa Rica

Jan 13

Jan 18

Belize City, Belize

Jan 24

Jan 29

Havana, Cuba

Feb 03

Feb 07

Cap Haitien, Haiti (Service Project)

Feb 12

Feb 16

Hamilton, Bermuda (Visit Port)

Feb 23

Feb 27

Horta, Azores Islands, Portugal

Mar 15

Mar 19

La Coruna, Spain

Mar 27

Mar 31

Oostende, Belgium

Apr 06

Apr 10

Stockholm, Sweden

Apr 19

Apr 23

Lubeck, Germany

Apr 27

Apr 30

Kristiansand, Norway

May 02

Year End – +/- May 16 (TBD)

SORLANDET :-)