Miesięczne Archiwa: Październik 2009

Jesień na Chopinie…cześć I

Jesień na Chopinie zapowiadała się dość monotonnie w porównaniu z kolorytem poprzednich rejsów. Dwumiesięczny kontrakt na stanowisku „Zastępca Kapitana”, czyli w rzeczywistości Starszy Oficer miał być dla mnie okresem nauki. Porcja wiedzy i umiejętności, jaką miałam nadzieję tu zdobyć wydawała się obiecująca i przyćmiła brak satysfakcji z zarobków. Rzeczywistość jednak, w szczególności ta „chopinowa”, wciąż udowadnia, że nie ma co wierzyć nadziejom.
Zaokrętowałam na statek 22ego września w Świnoujściu. Na stacji promu powitał mnie uśmiechnięty Bielak, a na burcie jeszcze szerzej uśmiechnięta Ola. Zapowiadało się fajnie, jak to na Chopinie, jak w drugim domu. Następnego dnia pozwolono mi odejść od kei i od tego wszystko się zaczęło. Pierwszy cios: przepaść między słuchaniem komend a wydawaniem ich na żaglowcu jest ogromna i niewyobrażalna dla tego, kto nigdy nie musiał jej przeskoczyć. Cios drugi: tolerancja dla błędu dowodzącego jest odwrotnie proporcjonalna do długości statku. Trzeci cios: wykonywanie manewrów według nie swojego zamysłu, który nie jest do końca jasny, nie jest dobrym pomysłem. Po otrzymaniu wymienionych wyżej ciosów zeszłam z mostka pełna sprzecznych emocji, szczęśliwa i nieszczęśliwa. Pozwolono mi jeszcze na wykonanie manewrów portowych kilka razy, każdy kolejny okazywał się łatwiejszy i pewniejszy. Myślę więc, że to kwestia wprawy i wyczucia statku, a tego nie sposób zdobyć nie stojąc na komendzie.
Załoga okazała się fajna, było sporo starych znajomych ze „szkieletu”, a mimo to klimat na Chopinie się zmienił. Stało się tak za sprawą kapitana, którego osobowość i oczekiwania wobec załogi i funkcjonowania statku drastycznie różnią się od tego, czego doświadczaliśmy wcześniej. Nie ma zespołu złożonego z Kapitana i załogi zawodowej, jest natomiast Pan Kapitan i nic nie wiedząca reszta gawiedzi. Czujemy się wszyscy malutcy przy Panu Kapitanie. Nie jest to do końca przyjemne uczucie.
Statek wrócił z rejsu, podczas którego odwiedziliśmy Karlskronę, Ronne i Sassnitz. Po tygodniu zawinęliśmy na chwilę do Świnoujścia, aby kilka osób mogło zejść. Wyokrętowali również Bielak i Ola. Szkoda. Jako Chief Officer zostałam obarczona odpowiedzialnością za stan techniczny statku, czyli w praktyce za wyznaczanie i nadzór prac pokładowych. Nadzór ten miałam pełnić nad uczącym się na bosmana „Małym”. Chłopak miły i w miarę pojętny, ale niezdyscyplinowany i nie widzący leżącej luzem roboty. Może się nauczy, a może nie.
W Sassnitz poszliśmy z mechanikiem Krzyśkiem (Wiesiu zsiadł w Świnoujściu na parę miesięcy) do cieplarni z motylami egzotycznymi. Kilka motyli i owszem, było, tylko w tym upale nie dało się zbyt długo wytrzymać,  poszliśmy więc na piwko. 

Tak to było w rejsie, a po rejsie nastąpił okres leżenia odłogiem. Dla statku i dla ludzi. 
 

Najpierw dowiedzieliśmy się, że kolejny rejs odwołano z powodu braku zainteresowanych i po dziesięciu dniach postoju w Świnoujściu mieliśmy wyjść w ostatnią tej jesieni podróż tour de zachodni Bałtyk. Jako że pogoda raczej dopisywała, udało się przeprowadzić kilka prac na pokładzie. Było lakierowanie, malowanie, zaplatanie i „przysmażanie”. Nie obyło się naturalnie bez sprzątania. Atrakcją postoju stała się inspekcja sanitarna, która na szczęście nie została zaatakowana przez żadnego z naszych licznych statkowych karaluchów i zostawiła po sobie pamiątkę w postaci zwolnienia od deratyzacji. Hitem były też dni „otwartego statku”. W weekend Chopin został udostępniony turystom. Przyszło może łącznie…trzydziestu? Może nawet nie tyle.

Już, już szykujemy się do przyjęcia załogi, a tu kapitan po powrocie z domu rodzinnego obwieszcza nam, ze ten rejs również odwołano. Zasmuceni i pogrążeni w poczuciu beznadziejności i bezcelowości istnienia zastanawiamy się między sobą, co to teraz z nami będzie.

Przechodzimy do Szczecina. Wraz z zaokrętowaną czteroosobową załogą przypadkową oddajemy cumy i płyniemy. Wreszcie płyniemy. Pada i zimno. Na pokładzie sprzątanie, na mostku herbata.
 

Osiągnęliśmy Szczecin, zawiązaliśmy cumy na supełki i wpisaliśmy się skutecznie w krajobraz na kolejne…ile? Miesiąc? Dwa? Nie wiadomo.
 

Nostalgia za starymi dobrymi czasami i Karaibskim ciepełkiem. Nuda, bo w deszcz malować się nie da. Bleeee. Chce się do domu.

 Przyjechały Jola i Dorota – żony panów z załogi zawodowej. Siedliśmy więc do stołu w salonie przy wódce i zakąsce, wszystko porządnie, jak na dojrzałe towarzystwo przystało. W salonie normalnie balangowanie jest zakazane, ale że kapitan statek opuścił zostawiając mnie na posterunku, bez większych rozterek wewnętrznych salon udostępniłam. Jak za dawnych czasów. Pijemy więc grzecznie, jemy boczek i ciasto Doroty. Niby nic się nie dzieje, a nastroje coraz bardziej przymglone i podatne na ciekawe pomysły…jak na przykład…ech, lepiej nie mówić. Od słowa do czynu niedaleka droga. Reszta na zdjęciach, komentarza nie trzeba;-) Bardzo, baaaardzo udana impreza:-D     

ARTYKUŁ

Ha! Doczekaliśmy się! Świat żeglarski usłyszał o Sażka Mestwin Sailing Team;-) W kategorii „rejsy naszych czytelników” wyszedł  w październikowym Jachtingu artykuł wraz ze zdjęciami, strona 26. Ostatecznie więc przypieczentowany został nasz los…JESTEŚMY MEDIALNI!!! i w paski…