Miesięczne Archiwa: Sierpień 2009

Sażka Mestwin Sailing Team

No i wakacje. Rozpoczęły się niewinnie, bez huku, bo rejsem morskim poprzedzonym wycieczką wzdłuż wybrzeża, prosto z pokadu Chopina w Świnoujściu pod namiot w Chalupach. A propos namiotu – niby na jachcie ciasno, a namiot to wlasny maly domek, ale Chalupy powalaja te teze z wielkim lomotem na łopatki. Wracajmy do rejsu.
Jak co roku, wraz z grupą najbliższych pływających znajomych żeglarzy, w osobach Michała i Piotrka, zorganizowaliśmy sobie pływanie. Tym razem start w Górkach Zachodnich, w jachtklubie Stoczni (pozdrawiamy bar „u Pani Bogusi”…o ile właścicielka tak się naprawdę nazywa). O poranku zaczyna zjawiać się załoga, którą z wyjątkowo małym problemem w tym roku udało się znaleźć. i to doborową!!! Ale to okazało się później. Odbieramy jacht Mestwinem zwany, jeszcze tylko Bosman (przez duże „B”) wdrapał się na maszty i po negatywnej diagnozie wymienił lewą stenwantę bezana. Poza tym miodzio. Ształujemy żarełko pod czujnym okiem Piotrka i szkolimy się, przeglądamy i naprawiamy żagle, odbieramy meteo. Wieczorem wychodzimy. Oczywiście…pod wiatr. Wytelepani z Zatoki suniemy smętnie na północ. Tallin chodzi po głowie, ale cisza w nocy nie zbliża nas do niego ani ciut ciut. Zdegustowani fanaberiami wiatru, odziani w koszulki rejsowe pasujące do nadrukowanego na nich hasła „bluzka żeglarza musi być w paski” wchodzimy do Liepai. Gdzie te główki…są! Wjechaliśmy, zacumowaliśmy i z szoku wyjść nie mogliśmy, że ta postsocjalistyczna marina lepiej się prezentuje, niż niejedna skandynawska. C.Z.Y.S.T.O. do bolu, piekne sanitariaty, uczynny bosman. Myslimy sobie – fajnie, jutro wymarsz. A tu nagle…prognoza pogody. Starym zwyczajem sluchamy niemieckiej, tzn slucha Michal, najwyzszej klasy specjalista od „sztrichwajze dizich”. Na pokładzie klarują się żagle, uzupełniamy paliwo, a mina Pierwszgo jakos nie pasuje do ogolnego rozentuzjazmowania. „Gosia, choć, coś Ci powiem”. I powiedział…ostrzeżenie przed szkwałami o sile huraganu, a poza tym wiatr 8B chwilami rosnący. To pasowałoby idealnie do newsa o połamaniu masztów na Pogorii, którego otrzymaliśmy rano. Jeszcze sms do Oli - pani meteorolog z Warszawy, zerknięcie na griby w bosmana i stało się jasne, że w Liepai zostaniemy. Miało walnąć o 2300. Siedzimy więc gdzecznie w środku, pijemy Sagę (dla wtajemniczonych SAŻKĘ – daje niezłego kopa, szczególnie, jak się ją weźmie pod język…prawda, Piotrek?), śpiewamy i pokładamy się z ogólnej wesołości. Mija 2300…2310…2320…ŁUP! Aż zatrzęsło jachtem. Deszcz taki, że wychylenie się przez zejściówkę celem zapalenia papierosa już nawet bez wychodzenia z jachtu okazało się wyczynem, do którego należało się zabierać bez koszulki lub w sztormiaku. Wiatr natychmiast podniósł falę na kanałku, przy którym ustawiono keję mariny. Wychodzę na pokład potrajać już wcześniej przezornie zdublowane cumy. Za mną pół załogi, bo „jest akcja”. Po chwili przycupnięci w środku znów sączymy sażkę na przemian z wódką i lokalnym piwem „Cesu” (znanym jako „Czesiu”).
Wiało cały kolejny dzień, następnego jednak o poranku wyszliśmy. Griby rzadko się mylą. Wypłynięcie za główki pod bardzo wysoką falę, z prędkością nad dnem 1-1,5 węzła, nie było czasem relaksu i sielanki. Skierowani do Visby cieszyliśmy się żeglowaniem. Na Gotlandię dotarliśmy bez większych atrakcji pogodowych, tyle że o 0300. Manewry portowe urozmaicił ciasny obrót między wartymi …..$ motorówkami. Pół nocki i pół dnia w porcie, zaopatrzenie w paliwko i komu w drogę, temu czas. Niefart chciał, że była to niedziela i marinbutik istniał tylko z na szyldzie, trzeba więc było kserować mapy od uczynnych żeglarzy, co tym razem poszło bez większych trudności. Prognoza na przejście do Vastervick: wiatr południowy 3B, słabnący w nocy, od rana rosnący do max 10m/s.  Z pełnymi tankami ruszamy więc ochoczo w drogę, na rano akurat dojedziemy,by z pierwszym słońcem wejść w szkiery. Tak, tylko…najpierw wiało 4, potem 5. Gdy zaczęło w ciągu tej samej godziny wiać 6B i było jasne, że to nie chwilowe podmuchy, bo barometr rozpoczął wycieczkę w dół z prędkością 3hPa/h, zarefowaliśmy żagle. Trochę późno. Po dwóch godzinach od tego momentu stał już tylko mały kliwer, a wiatr wiał ze stałą siłą 8B prosto w burtę, w którą również waliła szybko rozbudowana, stroma i nierówna fala. A barometr wciąż leciał. Wywołałam na vhf Stockholm Radio z prośbą o AKTUALNĄ prognozę pogody, podałam swoją pozycję i warunki meteo na daną chwilę oraz prędkość wiatru 20m/s. W odpowiedzi usłyszeliśmy „well…20m/s is a lot….it’s very confusing…good luck!”. Śmiech przez łzy. Jak nie trudno się domyśleć, między Visby a Vastervick zrobiliśmy nie jeden przelot, a trzy w ciągu tej nocy. O dziwo nad ranem było już zupełnie płasko i sennie, słońce oświetlało lekko zamglony horyzont i pierwsze pławy podejściowe Vastervick. Taki nocny koszmarek, którego rano nie pamięta się do końca i nie wiadomo na pewno, czy w ogóle był. Przejście przez szkiery poszło gładko, zjedliśmy śniadanie na wodzie i stanęliśmy do kei. Pamięć kapitana i locja Kulińskiego nie zadrwiły z dzielnej załogi Mestwina - miał być basen, był basen! Rozentuzjazmowani możliwocią popluskania się i wygrzania zmarzniętych kości na leżaczkach, Mestwianie praktycznie zaanektowali basen i tereny mu najbliższe, łącznie z sauną. Odpoczynek, wreszcie błogi odpoczynek będący kwintesencją wakacji. Wtedy okazało się, że miniona noc została nieźle udokumentowana…przy pomocy aparatu wodoszczelnego Serdelka. Zdjęcia jachtu z zalanego wodą waterwajsu nie są codziennością. Wieczór przyniósł kolejne miłe chwile – zapakowaliśmy plecaki żarłem, zabraliśmy zakupione na gdańskim Orlenie grille piknikowe, do tego sporo wódki, gitarę i w drogę! Na górkę nieopodal, z której rozciągał się piękny widok, a która nie cieszyła się jakoś popularnością wśród miejscowych. Było granie, śpiewanie, śmiech i…ognisko. Właściwie ogniseczko, którego inicjatorem i opiekunem został Serdel, zwany przez niektórych Michałem…bo Michałów było trzech: Pierwszy, Serdel i Bosman. Tak dla rozróżnienia. Następnego dnia rano załoga zaanektowała basen po raz drugi, Piotrek – drugi oficer – poczynił odpowiednie zakupy, a ja kupiłam mapy. Po południu, wszyscy w dobrych humorach i w paski, wypłynęliśmy z Vastervick. Ze względu na prognozę wybraliśmy drogę wzdłóż wschodniego brzegu Olandii. Brak wiatru jednak skusił nas na nocny postój…tylko gdzie? Portów, do których możemy wpłynąć aż dwa…a więc ten bardziej na południe – Karehamn. Dla ułatwienia wymowy „zmestwiniona” nazwa: Krakenhamn. Miał być diesel, więc grzecznie czekamy na pana kapitana portu do późnych godzin wieczornych, aby zaczerpnąć informacji, skąd drogocenną ciecz można zatankować w tym malutkim porciku. Pan Szwed jednak po angielsku umiał głównie „I don’t know” i „no diesel”. Zrozumieliśmy przesłanie i rozpoczęliśmy łamanie głowy, jak tu się dostać do stacji paliw odległej o kilkanaście kilometrów i skąd wytrzasnąć dodatkowe zbiorniki. Drugie okazało się proste – pożyczyliśmy od miejscowego rybaka. W pierwszej sprawie z pomocą przyszedł sażkonautom szef portowego sklepu z rybami, który rano zwyczajnie…wręczył nam kluczyki do swojego samochodu. Tym samym samochodem miły pan codziennie transportował ryby, więc Kasia-Osa siedząca „na pace” wraz z kanistrami miała, cóż, intrygująco atomatyczny przejazd. Tak też przy pomocy samochodu dostawczego do przewożenia ryb trójka Polaków zatankowała jacht. Trzeba jeszcze dodać, że Krakenhamn ze względu na ciszę i spokój pozwolił chłopakom powędkować,a załodze zakosztować specjalności kapitańskiej – grogu na herbacie.
Droga powrotna do Polski przyniosła powtórkę z rozrywki – niezapowiadany w prognozach nagły wzrost siły wiatru i wycieczka barometru raptownie w dół. Tym razem tylko 7B. A potem nic, upał, mgiełka i w końcu mgła, potem znowu nic, a potem….na horyzoncie zaczęło się robić żółto. Oglądam wodę przez lornetkę, proszę kogoś również o spojrzenie i wersja się potwierdza. I tak wpłynęliśmy w rzekę, a może raczej ogromna plamę… gówna na Bałtyku. Nieczystości spuszczone ze statku to żółtobrunatna masa przesycona chemikaliami, a więc pokryta opalizującymi bąblami. Zawiadomiliśmy niezwłocznie stację brzegową.  Dobrze, że tradycyjną kąpiel na środku morza odbyliśmy o wiele wcześniej, bo teraz nikt by już nie wszedł do wody… 
Kolejnym niezapomnianym elementem podróży ze Szwecji do Polski było „granie i śpiewanie na bezanie”, czyli Michał-Bosman siedzący na bomie bezana z gitarą. Reszcie załogi również słońce nie odpuściło i rozpoczęła zabawy w huśtanie na bomie i wdrapywanie na maszt, jak również wtórowanie Bosmanowi.  A wszystko przy miłym akompaniamencie diesla.
Dopłynęliśmy. Na noc zatrzymaliśmy się w Helu, co odpokutowałam denerwując się na podejściu – nie wiem, dlaczego, ale po prostu nie lubię wchodzić do tego portu w nocy i już. Czyści i najedzeni zajechaliśmy jeszcze do Gdyni zatankować i kupić pączki w „Pączuciu” oraz składniki do uczty na wieczór kapitański, który spędzić mieliśmy już w Górkach. W drodze do Górek tylko wymijanie ogromnej sunącej na nas burzy i sprzątanie wnętrza jachtu.
Ostatecznie cali, zdrowi i szczęśliwi pożegnaliśmy się z jachtem, ze sobą i z piękną przygodą, która już teraz trwa jedynie w pamięci sażkonautów.