Miesięczne Archiwa: Czerwiec 2009

Wielki Koniec Kanadyjskiego Kontraktu

Kopenhaga. Wreszcie Kopenhaga. Jak na skazaniu, czekając na wyrok siedzimy na statku. Dni wloką się niemiłosiernie. Kolejne dzieci opuszczają Chopina. Załoga zawodowa nie została zaproszona na pożegnalnego szampana. Po tym już nawet mechanik stracił resztki sympatii do „Kanadoli”. Przykro było.
Statek wyglada tak, jakby po nim przetoczyl się ciezki sztorm rozsypując smieci i brud wszelakiego rodzaju. Kabiny w dużej czesci wymagaja napraw, trzeba zakupic haczyki na ubrania na caly statek, bo wszystkie są powyginane lub wyłamane. Wszędzie, wszędzie wandalizm. Znowu przykro. Skończyła się kasa na farby. Wczoraj do domu polecieli Kaczka i Karol. Zostaliśmy Jurek, Ja, Bosman, Kondzio i Jasiu. No i kuk.
Z Kamilem ciągle są klopoty. Chłopak ma problem z alkoholem, albo z trzypaskowym towarzystwem przyjaciol ubrań sportowych i piwa, w którym się obraca. Zachowuje się prostacko i arogancko. Przykładowo – klajdowaliśmy z Bosmanem nowe perty na grotbrama, przez co spóźniliśmy się 10min na obiad. W misce nie było już makaronu, wiec zgodnie normalnym obyczajem prosimy kuka o dokładkę, na co ten rozklada rece i odpowiada, ze nie ma i dogotowac z czego tez nie ma. Zabrzmialo to nieprawdopodobnie, bo dzien wczesniej w magazynie żywnościowym widziałam calkiem sporo wielkich paczek pełnych klusek. Wstalam wiec od stolu i podziękowałam. Sytuacja sprowokowala Kapitana, który zażądał pokazania mu stanu zaprowiantowania, a po odkryciu zatajonej przez kuka żywności, w tym owocow i warzyw, zarządził odpowiednie żywienie załogi zawodowej oraz zaczął sam kontrolowac Kamilowe poczynania kulinarne. A ja po niedługim czasie zostałam poinformowana, że makaron czeka na mnie w kambuzie. Jest już lepiej – jest jedzenie, natomiast do Kamila już chyba nikt z załogi się nie odzywa, o ile nie musi.
Nie możemy się już doczekać 30ego, żeby tylko wyjść z portu i popłynąć do domu. Do Polski. Dziś związaliśmy z Bosmanem flagi odwiedzonych przez Chopina krajow i odkryliśmy z rozbawieniem, ze nie mieszczą się ani pod marsem-pierwszą platformą, ani pod gaflem. Trzeba poprowadzić linkę pod saling ;-)  

Ostenda i Edynburg – coraz bliżej domu…

Ostenda to miejsce absolutnie nijakie. Widać, ze w swojej bezbarwności sili się na stworzenie tak zwanego „niepowtarzalnego klimatu”, co skutkuje tylko większym bałaganem. Jest tam co prawda marina, katedra i plaża. Jest fajny hostel z hot spotem – 1 Euro za 30min. I nic a nic poza tym. No może oprócz supermarketu.Wejście do portu minęło się z wytycznymi w statkowych pomocach nawigacyjnych, a to za sprawą przebudowy falochronu. Śluzowanie przeżyliśmy w miare bezbolesnie – za wyjątkiem niemilej niespodzianki w postaci braku obsługi sluzy na stanowiskach pracy w wyznaczonej nam na sluzowanie porze. Podejście do kei zajęło odpowiednio duzo czasu z tego samego powodu, jako ze zgodnie z informacja otrzymana z Oostende Port Control owi panowie sluzowi mieli także nam wskazac miejsce do cumowania. Kręciliśmy się wiec w basenie az slowa te nie weszly w zycie. Wychodząc ze sluzy minęliśmy płynącego w przeciwnym kierunku Głowackiego – jak milo było patrzec na ten statek, na którym stawiałam dosłownie pierwsze kroki na morzu.
Postój minął na pracy i chorowaniu. Udało mi się dokończyć „prowizoryczny remont powierzchniowy” drewna na relingu wokół mostka oraz polakierować suwklapy, a także wraz z Kaczka założyć nowego niebieskiego „kotka” na sztagu. Siedziałyśmy sobie na bramrei zdecydowanie za długo rozważając wady i zalety różnych staników przy stwierdzonym obopólnie problemie dotyczącym faktu, iż biust w pracy na rei nie pomaga… do tego wreszcie udało się nam osiągnąć coś, o czym od dawna tylko nam się śniło…ZBRASOWANO NAS! I to obie na raz! Te bosmany to dzielne chłopaki;-)
Kolejny dzień przyniósł areszt kojowy. Straciłam głos zupełnie i kapitan zarządził zakaz opuszczania koi. I poskutkowało – następnego dnia mogłam już szeptać. Myślę, że nie pomogła w tym impreza czteroosobowa w składzie Kaczka, Bosman, GeoffSKI i ja w dniu aresztu…

Przelot do Edynburga zgodnie z prognozami nie popieścił rewelacyjną pogodą. Wiało więcej niż mniej. Przynajmniej z dobrego kierunku, ale i to do czasu. Większość wolnego poza wachtami spędziłam w łóżku dochodząc do siebie.
Edynburg. Wszyscy jesteśmy zmęczeni. Rozpoczęta o 0400 wachta przeciągnęła się do 1100 z uwagi na wejście. Tym razem po uwzględnieniu warunkow wiatrowych trzeba było skorzystac z pomocy holownika. Po lunchu  wyszłyśmy z Kaczka na miasto. Z Leith do Edynburga idzie się dosc dlugo, a przy naszym znużeniu dowlekłyśmy się tam półżywe. W planie było obejrzenie zamku, jednak miejsce o nazwie „Scotch Whisky Experience” wykazalo silniejszy magnetyzm. Jak prawdziwe turystki przejechałyśmy się wiec wózkiem zrobionym z beczki, w trakcie której to przejażdżki głos znikąd opowiedział nam co nieco o procesie wyrobu whisky. Po tym nastąpiła prezentacja multimedialna opisujaca proces sezonowania tego szlachetnego trunku oraz podstawowe jego rodzaje. Okazuje się, że szkocka i irlandzka whisky różnią się ilością procesów destylacji, a w samej Szkocji znajdują się aż cztery regiony charakteryzujące się wyrobem bursztynowego trunku o zasadniczo różnych walorach. Każdy słuchacz-turysta dostał szklaneczke z odrobiną wybranego przez siebie rodzaju rzeczonego napoju do degustacji, a nastepnie jako grupa zostaliśmy zaprowadzeni do sali zawierającej największą w świecie kolekcję butelek whisky. Cztery ściany zastawione potrójnymi rzędami różnej maści butelek na każdej z czterech półek. Robi wrażenie. Na statek wróciłyśmy już autobusem.
Kolejne dni minęły na pracy pokładowej. Nijakim urozmaiceniem była wycieczka (autobusem) do Hard Rock Cafe i najdroższa w życiu zakupiona tam przeze mnie koszulka. I to z takimi małymi błyszczącymi dinksami…
J Żeglarze są dziwni.
  

Foty z ST MALO i nie tylko!!!


http://picasaweb.google.com/gosiazeglara/PokAd?authkey=Gv1sRgCKm-xN-MyM3ehQE&feat=directlink


http://picasaweb.google.com/gosiazeglara/StMalo?authkey=Gv1sRgCOzGme6wuqz5dg&feat=directlink

Horta, Vigo, St Malo

Horta okazala się być czyms wiecej niż tylko urokliwym miasteczkiem. Wycieczka na wygasłe kratery wulkanow, piwko i pizza na murku w porcie, chodniki zamalowane podpisami załóg wizytujących jachtów. Żeglarstwo przebija tam przez wszystkie aspekty życia. Co ciekawe, Azory posiadają bardzo bogatą przeszłość wielorybniczą. Zaprzestano polowań co prawda 25 lat temu, jednak mieszkańcy wciąż czerpią zyski z odłożonych zasobów. W wielu sklepach można dostać wyroby z kości i zębów wielorybich, niektóre ozdobione grafiką – tzw. „skrimshaw”. Jest to słowo pochodzące z języka duńskiego oznaczające „czynność dla zabicia czasu” – prawdopodobnie ulubione zajęcie marynarzy na statkach wielorybniczych w czasie niezajętym pracą. Wraz z Pączkiem kupiliśmy sobie kościane marszpikle. Udało mi się też zwiedzić starą rafinerię tranu. Ogromne, czarne, stalowe piece, w których wytapiano i cedzono tłuszcz. Przetwarzano też mięso i kości, z których otrzymywano między innymi mączkę zużywaną do karmienia zwierząt. Wrażenie robi rampa, na którą wyciągano oczekujące w zatoce, przycumowane do boi (!) martwe wieloryby. Rozbiórka mięsa odbywała się na zewnątrz, na swoistym dziedzińcu, którego bruk przecina sieć kanałów prowadzących do większego zbiornika – spływała nimi krew, później również suszona i przerabiana na mączkę. 

Podróż do Vigo wydała nam się zbyt krótka. W porównaniu do przeskoków oceanicznych te siedem dni minęło niezauważenie. Udało się zrobić parę rzeczy na pokładzie, między innymi zakończyć rozpoczęte w Horcie malowanie waterwejsów. Okazało się, że zakupiona w Lunenburgu farba niebieska jest nieco jaśniejsza od dotychczasowej, ale na większej powierzchni tego nie widać, więc teraz tylko oczy cieszy. Odmalowaliśmy też część relingów i ostatecznie zadecydowaliśmy o niepodejmowaniu próby naprawiania większości drewna na pokładzie. Cała okładzina relingów jest po wyrzucenia. Deski na stacji tankowania i ławeczkach rufowych do wymiany. I prawdopodobnie wiele, wiele więcej.
 Vigo zaskoczyło mnie nieco. Spodziewałam się miasteczka zbudowanego na swoim kontakcie z morzem i zawiodłam się. Jest tam co prawda podobno najpiękniejsza starówka Galicji – nie widziałam innych, a ta nie była brzydka, więc może coś w tym jest. Krótki pobyt nie stworzył wielu możliwości zejścia ze statku. Kafejkę z Internetem znaleźliśmy stosunkowo blisko. Na spacer udało mi się wyjść raz, a na osłodę kupiłam torbę truskawek. Czerwonych, dużych i jak pięknie pachnących truskawek…takich, jak w domu. Taki sam zapach. Zaniosłam je na statek i nakarmiłam Polaków. Jakie to proste, zwykłe truskawki, a tyle radości!Armator wysłał mnie do Madrytu celem przedłużenia karty bezpieczeństwa w ambasadzie. W nocy poprzedzającej tę wycieczkę miałam wachtę 0000-0400 i trzeba było warować przy odbijaczach, więc w stanie niedospania wsiadłam do samolotu. Znalezienie ambasady stanowiło nijakie wyzwanie, bo ulicy podanej…nie było na mapie. W końcu się udało. Pan taksówkarz sobie trochę grosza zarobił. Parę godzin kolejkowania pod bramą z orzełkiem było nie do uniknięcia. Czekanie kryło się również za bramą, zarówno przed, w trakcie, jak i po załatwieniu sprawy. Potem udało mi się szczęśliwym trafem znaleźć taksówkę i dostać się na stare miasto. Obejrzałam pałac królewski i stojącą przy nim katedrę – pierwszą poza Watykanem poświęconą przez Jana Pawła II. Mając przed sobą jeszcze 5h do samolotu postanowiłam coś zjeść. Madryt jest bardzo, bardzo drogi. Z kolejnego punktu programu zrezygnowałam. Senność i zmęczenie wygrały nad chęcią eksplorowania. Pojechałam metrem na lotnisko i przedrzemałam na ławce długie godziny do spóźnionego i tak samolotu. 

W drodze do St Malo wiatr znów wiał nam na przekór. Nijak nie szło żeglować. Bawiliśmy się więc nieustannie brasami i manetką. Udało mi się skończyć bramkę na trap i nową ringabulinę (linę do dzwonu okrętowego). Pączek szalał z kotkami na fokmaszcie. W dniu wejścia do portu rozsypało się natomiast zupełnie sprzęgło głównego agregatu. 
 

St Malo. Zupełnie takie, jakie pamiętałam. Po przejściu przez śluzę pilot bardzo ładnie nas zacumował. Jako że tradycyjnie dzień przyjścia do portu to „niedziela”, a więc wolne od robót pokładowych, rozpoczęliśmy wylegiwanie się. Poszłam z Jurkiem – kapitanem na piwko i odkryliśmy przypadkiem fajną knajpkę – niby irlandzką, ale siedzi się na wysokich starych stołkach, a za stoły robią beczki. Można też wypić jeden z wielu rodzajów pysznych rumów smakowych. Dzień następny minął na robotach przyjemnych. Wraz z nowiutką trzecią Oficerką Kaczką wlazłyśmy na grotmaszt celem wymiany gordingów na bramie i bombramie. Świetnie się przy tym ubawiłyśmy, a i tak Pączek musiał wkroczyć do akcji, abyśmy ostatecznie nie poplątały sznurków. Co więcej, potem stwierdził, że dał nam tę robotę specjalnie, żebyśmy miały czas się nagadać. No commentJ Po gordingach nadszedł czas na malowanie i lakierowanie. Tylko ja spośród naszego trzyosobowego fanklubu robót pokładowych lubię lakierować, a to zapewnia mi całkowity monopol;-) Odremontowane z nieocenioną pomocą Jasia mechanika koło sterowe wygląda już ładnie. Jak na koło sterowe przystało. Podobnie ławeczki na mostku i koperta suwklapy zejściówki rufowej. Obecnie pod pędzel wzięłam również drzwi zejściówki rufowej i nawigacyjnej oraz reling mostka. Niestety z uwagi na załamanie pogody nie udało się zrobić wszystkiego. W tym samym czasie trwała walka w maszynie zakończona usprawnieniem agregatu i szerokim uśmiechem na twarzy Jasia.Dnia trzeciego w St Malo wybraliśmy się na plażę. Wraz z dwoma butelkami wina, serem brie i bagietą rozlokowaliśmy się w pobliżu basenu odpływowego – wybudowany na dnie betonowy wysoki fundament, który w czasie przypływu zakryty jest zupełnie, a przy odpływie pozostaje w nim woda i można pływać. Tylko z tym pływaniem nie było wcale łatwo – woda okazała się zniechęcająco zimna. Pączek oczywiście wlazł jako pierwszy, a my z Kaczką po odpowiedniej dawce pisków podążyłyśmy jego śladem. Nie było tak źle;-) a potem biesiada i kupa fajnych zdjęć. W drodze powrotnej natomiast napatoczyliśmy się na plac zabaw. Jak prawdziwi profesjonaliści nie mogliśmy przepuścić takiej okazji. Mam więc teraz na komputerze serię zdjęć załogi zawodowej Chopina na huśtawce, zjeżdżalni i atrapie ciuchci. A rano… Rano wstaliśmy dzielnie i wsiedliśmy w autobus do Mont Saint Michel. Opactwo wzniesione pierwotnie w porządku romańskim, a następnie przez wieki rozbudowywane, osadzone na pojedynczej potężnej skale na rozległym obszarze osuchu. Ku naszej radości okazało się, że jako członkowie Unii Europejskiej w przedziale wiekowym 18-25 lat mamy darmowy wstęp. Wrażenia pozostały niesamowite. Po zwiedzaniu postanowiliśmy obejść górę – budowlę dookoła i znaleźć dogodne miejsce na spożycie tradycyjnego już chleba, sera i wina. Osuch okazał się lepki, więc maszerowanie po klejącym się do butów podłożu nie przyniosło spodziewanej frajdy. Ostatecznie jednak trafiliśmy na suchy kawałek i stamtąd robiliśmy zdjęcia. Na ukoronowanie dnia zaplanowaliśmy francuskie mule i ślimaki. Wstąpiliśmy więc do supermarketu w drodze powrotnej i już w stanie przysypiania zjedliśmy wspomniane smakołyki. A potem spać, spać, spać.