Miesięczne Archiwa: Maj 2009

Foty z Azorów !!!


http://picasaweb.google.pl/gosiazeglara/Horta?authkey=Gv1sRgCILY0p7an9eQzgE&feat=directlink

A Kraken z grotreji mowi czesc;-)

Chopin. Stary, dobry Stateczek. W stanie strasznym. A było to tak… Przyleciałam do Lunenburga w dniu planowego przybycia żaglowca. W międzyczasie zakupiłam dla statku odbijacze, wedle prosby z biura armatora. Oczywiście najtańsze wystarczająco duze – dlatego mamy teraz trzy wielkie pomarańczowe kulki na śródokręciu. Kilka dni pozniej po paru probach Chopin podal cumy. Z radością obserwowałam ten mój stary-nowy dom. Pierwsze dni nie były jednak takie cukierkowe. Okazalo się, ze moje przyzwyczajenia z Concordii na pokladzie brygu nie maja w ogole racji bytu. Najbardziej ubodlo, ze pomimo tak przygnębiającego stanu statku z załogi zawodowej tylko trzy osoby zdaja sobie sprawe, ze odpowiedni wysiłek wszystkich bylby w stanie cos zmienic. To prawda, ze to, co od pokladu w gore, może za wyjątkiem paru zagli rejowych i olinowania stalego, zostalo wyremontowane. Praca na morzu to jednak nie kończący się remont…tak przynajmniej zostalam nauczona i tak uwazam. Zegluga na Azory minela dosc przyjemnie. Wzielam sobie wachty 00-04 / 12-16, żeby chłopaków troche odciążyć, jako ze po tym remoncie wielomiesięcznym na pewno im się to przydalo. Po wachcie przesypialam większość „bander” wstając ok. 10-11. Potem prysznic i na poklad do roboty. Pączek powoli dawał mi zadania na rejach skutecznie i stopniowo zwalczając ten mój nieracjonalny, znienawidzony lęk przed wspinaniem. Jak nie dalo się na gorze, pracowałam na pokladzie szplajsujac liny przerozne i robiąc inne majsterkowania reczne. Jeszcze w Lunenburgu uszyłam pokrowiec na kolo sterowe, bo nie mogłam na nie już patrzec. Przydal się – wyglada nienajgorzej. Nie mielismy trudnej pogody, nie licząc dosc gestej mgly przez wiele dni. Na startku zaczęło się sypac wszystko od srodka, minimum jedna awaria dziennie. Mechanik Jasiu, który miał ten rejs traktowac jak wakacje, najpierw klął, a potem ze zgryzoty w ogole przestal komentowac. Do Horty weszliśmy po pół dnia dryfowania pod glowkami. Dzieki temu mialam szanse pomanewrowac sobie troche na „łączce” – ja na silniku, a dziecko na „klamce” (tak naprawde klamka się zepsula i teraz uzywamy gusikow na kablu). Fajnie tak na komendzie;-) Gorzej byloby, gdyby ktos zawęził mi te łączkę;-))Horta – miasto bedace wypadkową Chorwacji i Norwegii. Małe, malownicze. Byliśmy w Peter’s Tawern, podobno słynnej zeglarskiej tawernie. Fajnie nawet. A dzis caly dzien, od 0800 do 1900, zasuwaliśmy razem z Paczkiem jak male samochodziki. Ja szlifując i lakierując kolo sterowe, a Paczek wymieniając pęknięty bulaj i szlifując oraz malując waterwejsy. Tak wiec, po dniu fizycznej roboty, idziemy na piwo. I kropka.