Miesięczne Archiwa: Kwiecień 2009

CHOPIN 2009 START

Nowej przygody juz czas;-) Dolecialam do Kanady. W Londynie mialam przejscia z odprawą, bo pneumatyczna kamizelka ratunkowa zdawala sie stanowic zagrozenie terrorystyczne. A dla Polakow w Warszawie jakos nie stanowila. Ech, tylko nerwow sie najadlam, zyskalam pewnie pare siwych wlosow i kilka zmarszczek, a wszystko dlatego, ze scigalam sie z czasem. Na Heathrow wszystko jest daleko i bieganie tam po lotnieku do najprzyjemniejszych nie nalezy. Ostatecznie misja zakonczyla sie sukcesem i dla mnie, i dla kamizelki pneumatycznej i obie teraz siedzimy w hotelu Holiday Inn w Halifaxie. Reasumując, oczekiwanie na Chopina rozpoczęte. Z tej tęsknoty za statkiem zaraz wybiore sie na basen, hehe;-)

tiaaaa…

 



Przechył

Południowy Atlantyk

23.03.2009
Wydawałoby się, że miesiąc na morzu nie powinien się niczym różnić od tygodnia na morzu, w zasadzie. Jest w tym ziarnko prawdy – płynie się, płynie, a wokół niebieskie i niebieskie. Różnica tkwi w człowieku. Reaguje się inaczej będąc tyle czasu na pustkowiu południowego Atlantyku. Z Puerto Madryn wyszliśmy 18 dni temu. Równie dobrze mogłoby to być o wiele więcej lub o wiele mniej, dni płyną same z siebie, bez wysiłku z naszej strony. Wyrobiliśmy sobie rutynę i wedle niej funkcjonujemy. Budzę się około 1100, gdy Axel puka do drzwi kabiny ze słodkim „Kochanie, wake up, it’s time!”, ubieram się i wychodzę. Po drodze do kuchni najczęściej wpadam na Inżynierów, z którymi wymieniamy „dzień dobry”. Jem (lub nie) odłożone przez kuka-brudasa śniadanie przysłuchując się odbywającej się w messie lekcji. Najczęściej przed wachtą mam jeszcze czas, aby przejść się na dziób i pogadać z moim Francuzem. Z wybiciem 1200 zaczyna się karcer na mostku. Nic się nie dzieje, absolutnie nic. Nie było tak zawsze – przy 40kn wiatru w burtę, stanie morza 6-7, bardzo przezaglowanym statku („bo tak jest szybciej”) i 45 stopniach przechyłu moja głowa była zaprzątnięta wieloma myślami. Ostatnio jednak emocjonalna posucha panuje w nawigacyjnej. Ani radości, ani nawet szczerej złości nie uświadczy. 1230 przychodzi Bill zwolnić mnie na lunch. Posiłek ten, składający się z zupy i już, pochłaniam z nieukrywanym niejednokrotnie obrzydzeniem, zawsze ułatwiając sobie zadanie dodaniem Tabasco lub inszego ostrego sosu. Po 20min wracam na mostek, aby odsiedzieć pozostałe 3h. W międzyczasie łączę się na HF z Cape Town Radio, uzyskuję prognozę i podaję im nasz raport pogodowy. Około godziny 1430 przychodzi Krzysiek z kubkami kawy dla nas obojga. Ta część rutyny jest stosunkowo młoda i niesamowicie miła. Gadamy sobie jakiś czas, najczęściej odwiedzeni dodatkowo przez Marka lub Axela. Staram się zrobić jak najwięcej pracy na pokładzie w czasie wachty, aby nie musieć pracować poza wachtami. W tej szarości dnia codziennego towarzyszy mi przyjaciel żeglarzy albatros - biały, duży ptak, który nie opuszczał okolic statku od wielu dni i podlatuje już bardzo blisko.1600 wiąże się w nadejściem Billa. Zauważyłam, że im mniej do siebie mówimy, tym bardziej znośny ten człowiek się wydaje. Ostatnio na przykład wymyślił, że tylni Zodiak trzeba podwiesić wyżej, bo jak rufa siada w falę, to go podmywa. Jakby przez ostatnie parenaście lat było inaczej. Ech…Po wachcie tradycyjnie schodzę do kabiny, przebieram się w ciuchy robocze i idę do bosun lockera, aby oddać się ulubionym zajęciom stolarskim. Robię nijakie postępy – ostatnio obsadziłam kompas w drewno. Wytworzyłam też kilka niekoniecznie ładnych narzędzi. Cóż, praktyka czyni mistrza…podobno. Bardzo chciałabym zrobić nóż…. Około godziny 1800 wybieram się z powrotem do kabiny, aby wziąć prysznic i zwolnić Billa na kolację o 1830. Wtedy to najczęściej dołącza do mnie Axel i razem idziemy na kolację o 1900. Po tymże wspaniałym wydarzeniu, również zakrapianym pikantnymi sosami, pijemy sobie yerba mate w messie lub wracamy do bosun lockera, aby w spokoju experymentować z drewnem i metalem. Oboje mamy takiego samego bzika na tym punkcie, więc nie musimy się nawzajem namawiać. Bed time przypada ok. 2200. Potem wachta nocna 0000-0400, przesycona wzmożonym wysiłkiem silnej woli w celu uchronienia się przed zaśnięciem, a następnie lulu. 
 
Epizod 1 – piła.
W bosun lockerze po godzinach rozpoczęliśmy pracę nad długo odkładanym projektem obsadzenia kompasów w drewniane ramki. Kawałek drewna już dawno wygrzebaliśmy ze złogów zalegających na górnej półce na lewej burcie, teraz nadszedł czas, aby przeciąć go na dwoje. Użyjemy piły elektrycznej, a co tam. Dla niewtajemniczonych – wystające ze szpary w blacie do połowy okrągłe ostrze, takie, jak z tartaku. Kto, ty czy ja? Ja nie bardzo…No to ja. Minęła sekunda, potem BANG, drewno wyleciało pod sufit, a ręka Axela pokryła się krwią. Spojrzałam na jego dłoń – wszystkie palce na miejscu, lecz kciuk praktycznie rozszarpany od zewnętrznej strony, jakby kawałek brakowało, ziejąca głęboka rana. Interakcja była tu bardzo prosta. W jednej chwili spojrzeliśmy na siebie, spytałam „czy możesz ruszać”, powiedział „tak”, a ja „do medyczki, już!”. Posadziliśmy Axela na krześle w kabinie medycznej. Krew lała się na podłogę, a on mówił bardzo od rzeczy zmieniając kolor twarzy ze skrajności w skrajność. Medyczni (pielęgniara i jej mąż-dyrektor, również medycznie wykształcony)czyścili ranę i tamowali krwawienie, a ja trzymałam głowę Axela odwróconą od obrazka rodem z rzeźni. Założono mu na palec 15 szwów tam, gdzie dało się ściągnąć skórę. Po zszyciu zdecydowanie wyglądało lepiej. Dziś jest 11 dzień po wypadku, wczoraj zdjęli szwy. Rana zaczęła się rozłazić, lecz medyczka z jakiegoś powodu nie chciała zdjąć grubego opatrunku i wymienić na cieńszy, żeby pozwolić jej schnąć. Nie, to nie. Na życzenie poszkodowanego wyszorowałam więc ręce, przygotowałam zestaw opatrunkowy i zabrałam się za odklejanie dotychczasowego opatrunku. Wyszło, jak wyszło, ale po wieczornej inspekcji rana wygląda lepiej, więc chyba nie jest źle.  
Epizod 2 – góry.
Już od jakiegoś czasu odbieraliśmy raporty lodowe z naszych szerokości – aż do 49S. Ryczące czterdziestki i wyjące pięćdziesiątki to zdecydowanie nie mit i wcale nie jest tu fajnie – nawet fani „niedźwiedziego mięsa” po kilku dniach żeglugi w tym rejonie mieliby dosyć. W poczuciu podwyższonego ryzyka stawialiśmy więc ludzi „na oku”, wyznaczaliśmy strefy alarmowe na radarze i w podekscytowaniu śledziliśmy podejrzane echa. Pierwsza z nich pojawiła się na kursie około godziny 1800. Gdy weszłam na mostek, aby zwolnić Billa, panowała tam atmosfera rodem z filmu grozy, cisza i zawieszone miny, napięcie czuć było w powietrzu. Po dwóch dniach traktowaliśmy je jak niewiele znaczące „przeszkadzajła”, poruszające się z prędkością 0.5-2 węzłów i nie odpowiadające na wywołania radiowe. Początkowa niepewność podyktowana była w dużej mierze brakiem widoczności – statek przez wiele dni szedł w gęstej mgle pozwalającej dostrzec obiekt w odległości max 200m. Tak czy siak, mgła się rozeszła, wyszło słońce, a my podjechaliśmy na 0.85 mili do wielkiej bryły lodu o wysokości ok. 130m, przypominającej kształtem skrzącą biało-błękitną katedrę o wygładzonych ścianach. W sumie wykryliśmy 30 gór lodowych na odcinku 640 mil wzdłuż naszego kursu. Zobaczyliśmy na własne oczy jedną szóstą z tego, a każda z nich była inna nie tylko kształtem, ale też kolorem – niektóre śnieżnobiałe o ostrych krawędziach, niektóre mleczne opływowe, jeszcze inne mieniące na niebiesko i zielono. Niesamowite, że taki kolos nad powierzchnią to jedynie niewielka część całej dryfującej bryły. Jako że nie popłynęliśmy na Tristan da Cunha z uwagi na pogodę, w górach dopatrzyliśmy się rekompensaty. 
Epizod 3 – grzbiet. 24 MAR
Siedzę sobie na wachcie nie mogąc się doczekać końca. Jeszcze tylko 20min. O 1600 mam test z „seamanshipu”, Bill przyjdzie parę minut wcześniej, aby mnie zwolnić. Dziennik mam już wypełniony na zapas i pozycję na mapie naniesioną. Obok siedzi Axel i wcina ciasto kokosowe, które wczoraj upiekliśmy ze zmielonego miąższu czterech zakupionych w Argentynie kokosów. Znudzenie obustronne powoduje swego rodzaju poczucie ogólnego dyskomfortu. Gadkę o niczym przerywa dziwny dźwięk z prawej burty, jakby  fala w coś uderzyła. Jak na sygnał obracamy głowy, a tam…wieloryb! Wielki szary grzbiet wynurzył się nie dalej jak 15m od burty statku, począwszy od pyska aż po tył, pokazując płetwy grzbietowe. Był na powierzchni wystarczająco długo, że zdążyliśmy podbiec do relingu, ogłosić przez rozgłośnię fakt pojawienia się gościa i zacząć wydawać okrzyki radości. Po dłuższej chwili pojawił się znowu, tym razem wydmuchując powietrze. Cieszyliśmy się jak dzieci. Teraz już tylko chciałabym zobaczyć ogon, taki, jak na pocztówkach.