Miesięczne Archiwa: Marzec 2009

Przez Atlantyk

W droge ruszyc czas, wiatr niech wiedzie nas… obecnie 800 NM od Hornu, juz niedlugo prawa burta miniemy Falklandy i Grytvicken na St Georgii, aby za rufą zostawic Przyladek Dobrej Nadziei i zawitac do Kapsztadu. Na tej trasie nie ma juz wielorybich stad, choc kiedys byly. Tu wlasnie powstawaly piesni wielorybnikow, ktore obecnie spiewamy przy piwie. Tu ludzie spedzali lata w pogoni za tranem. Tymczasem- przed nami miesiac na Poludniowym Atlantyku!!!

Patagonia

26.02.2009 Puerto Mardyn, Argentyna 

Zacumowaliśmy longside prawą burtą do statku argentyńskiej marynarki wojennej. Obok sami chłopcy radarowcy;) Niewątpliwie wykazywali znacznie większe zainteresowanie naszymi studentkami niż kadrą. W sumie nic dziwnego – kadeci, jak się później okazało, mają po 20-24 lata. Dzień wypełniony pracą minął szybko, a mimo to z przyjemnością zakończyłam wachtę o 0000. Chciałam uderzać do koi, ale cóż…stało się inaczej. Wraz z nauczycielką Ilką i trzema chłopcami z marynarki wyszliśmy na drinka. Śmiesznie było. Do koi zawędrowałam dopiero o 0200.
  

28.02.2009 Puerto Mardyn, Argentyna
 

Siedzę sobie na wantach robiąc klajdunki. Dla niewtajemniczonych – klajdunek to nic innego jak okręcanie ciasno linką innej linki. Ręce mam całe utytłane w smarze, obok mnie wisi uwiązany do stalówki nóż i przy nim wiadro z narzędziami. Z dołu słyszę wołanie – to kapitan. Schodzę na dół i po chwili dowiaduję się, że za godzinę odchodzimy i idziemy na kotwicę. Super, bo na pokładzie dowódca, dwa inżyniery, pierwszy, bosman i ja. Rąk w zupełności ilość wystarczająca. Przestawiamy się na hak. Dobrze, że całe te manewry wypadają w czasie mojej wachty. Z wybiciem 1600 idę do kajuty przygotować się do wyjścia wraz z odebranym o 1400 z kei Axelem, który poranek spędził nurkując na wraku. Ładnie proszę o podwózkę i pierwszy zabiera nas Zodiakiem na ląd. W planie mamy zakupy spożywcze, internet i kolację. Załatwiamy więc wszystko po kolei, wzbogacając grafik piwkiem w znanym barze, aby przy kolacji ze zmęczenia praktycznie zwiesić głowy. Padnięci czy nie, doceniliśmy wolowinkę i krewetki z rusztu oraz rybę na wiele sposobów, jak również butelkę wina i lody na koniec. Pokrzepieni na sercach wyruszyliśmy w stronę kei o godzinie 2230, aby zostać odebranymi przez Krzysia inżyniera. Siedzimy więc na nabrzeżu i zamarzamy na kość wyeksponowani na ponad 40 kn wiatr. To takie 8B. Niepokój rośnie, bo morze wygląda adekwatnie do wiatru i zodiakowanie w tych warunkach jest sprawą raczej dyskusyjną. Obserwujemy statek i coś nam nie gra. Pali się zielone światło i brak kotwicznego. Ewidentnie dragujemy. Widzimy manewry do podniesienia kotwicy. Widzimy ponowną próbę kotwiczenia. Wysyłam smsa do Krzyśka i dostaję zwrotne „dragujemy, są teraz manewry, kapitan mówi, że macie czekać aż wiatr zelżeje”. No to czekamy. Znaleźliśmy schronienie…za śmietnikiem, oczywiście. Po zawietrznej było całkiem przytulnie. Nakryci moim świeżo nabytym hamakiem ustaliliśmy wachty obserwacyjne statku. Problem pojawił się, jak statku już nie było widać. Perspektywa nocowania na betonowym pirsie pod płóciennym hamakiem przy silnym wietrze nie wydawała się za ciekawa, ale co tam – plecaki mieliśmy załadowane jedzeniem, otworzyliśmy więc piwo i zapaliliśmy papierosa ze zgryzoty. Rozkoszując się tą mini ucztą dostrzegliśmy błyskawice w oddali. No to pięknie. Jeszcze tylko deszczu brakowało. Idziemy więc na statek marynarki wojennej zacumowany po drugiej stronie kei i pytamy łamanym hiszpańskim o możliwość schronienia się przed deszczem na ich pokładzie. Chłopaki marynarze wołają oficera, który nie bardzo chce się zgodzić, za to radzi nam iść z kadetami na policję. Zaprowadzeni do oddziału guardii dostaliśmy pozwolenie na użycie vhfki. Wtedy też dowiedzieliśmy się, że statek kieruje się na wschód i mamy sobie zorganizować przechowanie do rana. Marynarze prowadzą nas do taniego hotelu, gdzie decydujemy się zostać. Obskurnie i gorąco, ale nie ma co narzekać. Każde z nas złapało przynajmniej 4h snu. Budzik zadzwonił o 0700 i wygnał nas na pirs. Tam pilotówką zabrałam się na statek zostawiając Axela na brzegu jako desant cumowniczy. Przecież zaraz przestawiamy się do kei…Takie manewry tylko załogą zawodową dużo uczą. Ostatecznie nasza opowieść o tym, jak to statek nam uciekł, stanowić będzie nie lada pożywkę dla wyobraźni dzieci – romantyczna kolacja, przytulanie pod hamakiem w nocy na kei i potem noc w hotelu. W rzeczywistości było znacznie mniej romantix, a znacznie bardziej zimno. 

01.03.2009 Puerto Madryn, Argentyna

 Przywieziona pilotówką przed 0800 wdrapuję się na zakotwiczony nad ranem statek. Nastroje panują raczej grobowe, bo w nocy nikt nie spał. Przebieram się szybko i przygotowuję rufę do cumowania. Nie moja wina, że statek mi zwiał wieczorem i zostałam na lodzie i na lądzie zarazem. Inni musieli zrobić moją wachtę w nocy, ale ja tez nie miałam lekko. Nic to. Wyciągamy kotwicę. Nie mogło być za łatwo, więc trzeba było zrzucić Zodiak celem zdjęcia grubej stalowej liny owiniętej dookoła haka. Pierwszy dowodził manewrem odlinowania i dał nam tym samym kolejny powód do stosowania skrytych uśmieszków i rozbawionych spojrzeń. Mianowicie wychylony przez reling pouczał bosmana dając mu dokładne instrukcje jak zawiązać węzeł. Przerozkoszne. Kabel zdjęty, kotwica czysta, jedziemy. Jedną rzutkę rzuca mi Axel, drugą Krzysiek i w miarę sprawnie dowiązujemy statek. Kombinacje alpejskie pierwszego z mocowaniem trapu łykamy z łatwością nie krztusząc się zanadto. W głowach mieliśmy tylko jedno pytanie – czy wciąż mamy dzień wolny??? Pytanie rozpatrzone zostało pozytywnie i o 1100 zniknęliśmy do kabinek, aby przygotować się na wyjście i o 1130 wyruszyć na spotkanie…pana ze stadniny;-) Pan przyjechał punktualnie i pojechaliśmy w dal w perspektywie mając 2h jazdy po okolicy. Dostaliśmy toczki i sztylpy, a potem przedstawiono nam konisie. Mój nazywał się [Szejen], co w języku żyjących w Patagonii niegdyś Indian oznacza Słońce. Piękny, spokojny konik. Jak już znalazłam się w siodle, ogarnęła mnie nutka dawno zapomnianej paniki, która na szczęście przeszła szybko. Szejen okazał się być posłuszny i łagodny jak baranek. Pojechaliśmy na plażę, potem zrobiliśmy wycieczkę po  krętych i niekiedy stromych ścieżkach wśród wydm, aby przez pustynię wrócić do stadniny. Pustynia ta to „pampa”, przestrzeń pokryta niskimi krzakami z igłami zamiast liści. Powietrze jest tu niezmiernie suche przez cały rok. Wspomniane kolce są długości rzędu 5-7cm. W drodze powrotnej udało nam się trochę pokłusować. Było świetnie.Po jeździe postanowiliśmy zanieść nasze bolące tyłki do miasta na nogach. Spacer wzdłuż brzegu z dwoma przystankami na jedzenie i wino. Kąpiel niestety nie wyszła z uwagi na temperaturę wody. Miło, generalnie po prostu miło!;-)