Miesięczne Archiwa: Luty 2009

Przypowiesci kilka.

Budzik dzwoni o2351. Jakąś minutę później zrywam się z koi przerażona, że zaspałam. Tak to jużbywa, że pobudzikowa drzemka zupełnie pozbawiona jest standardowego poczuciaczasu. Zbieram się szybko i o 2356 jestem na mostku. Kapitan odsyła mnie zpowrotem do kajuty po sztormiaczek, więc półprzytomna posłusznie maszeruję. Naradarze przy zasięgu 48 mil rozciąga się wielka jaskrawozielona plama ośrednicy ponad 20 NM. Wszystko przed nami i na nas idące. Zrzucamy royala iroyal stays’la. O 0015 zaczyna padać. Słaby dotychczas wiatr dodatkowo zmieniasię bez ostrzeżenia o parędziesiąt stopni na silniejszy z porywami do 30 węzłów.Widzialność oceniam na 5-6, czyli maksymalnie 2 mile. Kolejne 4 godziny spędzamw „zbroi” przy „klamce” (sterze) dostosowując na bieżąco kurs do wiatru ipróbując nie podrzeć żagli. Po wachcie kładę się spać, lecz bezskutecznie tylkopróbuję znaleźć sobie miesce w koi. Po dłuższym czasie nieokreślonej plątaninymyśli wreszcie zasypiam. Budzik poranny nie czyni dużo ani dobrego, ani złego.Dzwoni sobie tylko nie czyniąc właściwie nic. Budzę się naprawdę o 1110, ponadgodzinę po alarmie. A miałam jeszcze zrobić tyle rzeczy przed wachtą. Nic to,jutro trzeba będzie się wreszcie wziąć do roboty. Pogoda okazuje się niecolepsza, bo wśród szarości widać horyzont. Wachta upływa na pogoni za wiatrem. Żaglełopoczą się jak szalone na nadmuchanym martwą falą morzu. Szaro, szaro, szaro.Lunch jaki taki, znośny. Po 1600 przynoszę jeszcze mapę na mostek i idę dobosun lockera kontynuować moje eksperymenty z drewnem i metalem. Spotykam tammorzonego chorobą morską Axela. Po chwili przejmuję jego dzieci z wachtybosmańskiej pozwalając mu tym samym na łyk świeżego powietrza na powierzchni.Niedługo potem słychać wołanie na manewry. Jak to dobrze znów móc ciągać liny.Wreszcie trochę akcji. Nadgarstek nie całkiem się z tym zgadza, niestety.Szybki prysznic, kremik na twarz i znów wskakuję w sztormiaczek, aby za 5minzastąpić pierwszego na wachcie. O ile nie muszę go oglądać i z nim gadać, naszerelacje trzymają stały poziom wzajemnej tolerancji. W między czasie wiatrodkręca się na NW i pozwala zmienić kurs na 230 – wreszcie w dobrą stronę.Kolacja to niejadalna breja. Dobrze, że Inżynierowie ostrzegli o śmierdzącejrybie z ościami. Jem grzecznie to, co podali na talerzu, poza rybą, chociażcierpliwość się wyczerpuje. Kuk więcej czasu spędza na mostku niż w kambuzie.Działa mi na nerwy. Kończę wsuwać drugie ciastko, już zaczyna nam z bosmanem odbijaći mamy zabawę wybijając rytm łyżkami o stół, jak w drzwiach pojawia sięzmoknięta głowa Billa. Poszedł lewy szot marsla dolnego. We trójkę podciągamygo na gordingach. Szot zwala się na messdeck. Stalówka przetarta. Zwyczajnieprzetarta. Takie rzeczy raczej nie dzieją się bez ostrzeżenia, a złych warunkówjeszcze nie mieliśmy. Dobrze, że spadający blok nie trafił nikogo w głowę.Wracam do kajuty i biorę łyczek dobrego czegoś na sen. Dobry dzień.   

 

 

 

Skrzące morze.

Od wielu dni niemieliśmy gwiazd. Towarzyszył nam niebieskoszary kolor i nieba, i morza. Oceanigrał sobie z nami delikatnie, nie stawiał wygórowanych wymagań. Lekkospienione morze wiatrem 6B z NbE skrzyło się przepełnione fluorescencyjnymplanktonem. Białe czapy fal przybierały kolor lekko zielonkawy, świecący, jakzabawki dla dzieci, które po naświetleniu świecą. Trzeba sobie wyobrazićbezkres pełen skrzącej tym kolorem kipieli, aż po horyzont. Od czasu do czasuniczym świecąca torpeda pojawił się delfin. Do tego piękne, piękne gwiazdy zKrzyżem Południa i Pasem Oriona. Zaczynam rozumieć magię południowegoAtlantyku. I tak blisko na Horn.

 

Manewry

Stało się częściącodziennej rutyny stawianie żagli o poranku i zrzucanie o zmroku. Niewszystkich żagli, oczywiście, tylko tych na górze. Praca przy linach to dlażeglarza sama przyjemność, wspólny wysiłek i uśmiechy na twarzach. Nie jestem wstanie wyjaśnić, dlaczego to jest takie wspaniałe. Po prostu trzeba zafundowaćsobie transfuzję słonej wody w miejsce krwi, jak to ujął parę lat temu KapitanZbyszek Sz. Dzieciaki same w sobie są skuteczną motywacją do zdwojonychwysiłków. Uczą się i widać po ich twarzach, że doświadczają próbki tegomagicznego czegoś zwanego żeglowaniem. Wydaje mi się nawet, że nie wiedzą otym. Wiedzą natomiast, że usta same rozciągają się w szeroki uśmiech po udanymbrasowaniu. Uczą się doceniać wyniki swojej pracy i zaczynają rozumieć, żepracować szczerze to nie oszukiwać samego siebie i kolegów. Kształtują im sięcharaktery i system wartości. Navigare necesse est!!!

 

 

 

.

 

 

 

 

takietam

 SORKI ZA POLSKIE ZNAKI!!! POPRAWIE SIE! SORKI TEZ ZA BRAK ZDJEC, ALE TU NIE MA WIFI, CZEKAM NA CAPE TOWN…

CABEDELO DZIEŃ TRZECI i potem.

 Dzień trzeci czasu wolnego przypadł nam z Axelem wspólnie. Fajnie się złożyło, bo lubimy ze sobą spędzać czas. Dodatkowo jednoczy nas „wspólny wróg” w osobie pierwszego. Obiektywnie patrząc nic dziwnego, skoro facet jako argument naczelny swoich decyzji używa stanowiska, na którym jest. Nic to.Tak więc dzień się rozpoczął. Do zaplanowanej wycieczki dołączył nowy kuk Andy – starszy facet, morzem zaprawiony i w porządku. Odwiezieni zodiakiem na ląd poczuliśmy wolność pod nogami i rozłożyliśmy skrzydła. Najpierw spacerek do autobusu, którym w celach zakupowych daliśmy się powieźć do Joao Pessoa. Oczywiście nie mogło być zbyt łatwo, więc wysiedliśmy o jeden przystanek za daleko. Powrót w mżawce spacerkiem był bardzo przyjemny w szczególności, że zrobiliśmy sobie przystanek na szklaneczkę piwa w pięknie położonej spelunce. Axel wykorzystał moment na wykonanie telefonu z budki obok, a my z Andym ugasiliśmy pragnienie lokalnym specjałem brazylijskim o nazwie Brahma Fresh. Dalsza droga do marketu upłynęła w lepszych nastrojach. Niestety okazało się, że nic nie kupiliśmy, a ceny są niższe w Cabedelo. Jedyny plus, że udało się wymienić trochę pieniędzy. Andy postanowił się od nas oddzielić i powłóczyć po mieście, podczas gdy „młodzi”, czyli Axel i ja, wróciliśmy sobie busem do Cabedelo. Tam zrobiliśmy zakupy owocowe, piwowe, rumowe dla inżynierów, oraz bateryjne i golarkowe. Objuczeni jak osiołki użyliśmy Internetu, zjedliśmy lunch a knajpie Solanense przy czerwonych plastykowych stolikach, po czym poganianym krokiem dobrnęliśmy do promu. Prom w tutejszym wydaniu to nic innego, jak wsadzony na kadłub kutra autobus. Całkiem ciekawe zjawisko. Tymże pływadełkiem, na którego odjazd musieliśmy oczywiście ostatecznie poczekać, dotarliśmy na drugi brzeg rzeki. Rozpoczęła się wyprawa w poszukiwaniu plaży. Pozwolę sobie nadmienić, że cały czas byliśmy objuczni jak wielbłądy po wspomnianych wcześniej zakupach. Uratowała nas zakupiona w budce cola. Taka zimna, płynna, dobra ciecz pita przez słomkę z puszki;-) Szliśmy dalej. Potem zaczęłam marudzić i zawróciliśmy do pierwszej mijanej plaży. Piasek i woda to plaża, wedle mojej definicji. Znaleźliśmy sobie daszek z palmowych liści i zagnieżdżeni w piasku przegadaliśmy dwie godziny z przerwą na kompiółkę. W dobrych humorach zwialiśmy przed ulewą. Po deszczu czas było spojrzeć na zegarek i okazało się, że czas było wracać. No to komu w drogę…A po drodze napotkaliśmy drzewo kokosowe. Piszę „drzewo”, nie „palmę”, bo zostałam poprawiona, że to nie jest to samo i nie można mylić. No to nie mylę. A więc drzewo kokosowe z kokosami. Axel, który wychował się na Karaibach, wlazł na nie i strącił nam po kokosie. Szok! Nigdy wcześniej nie dostałam kokosa prosto z drzewa! Chwilę potem pojawiły się dzieci lokalne z maczetą i zaoferowały pomoc w rozłupaniu go. Dostaliśmy też słomki. Nigdy wcześniej nie piłam tak dobrego kokosa. Nie to, żebym piła ich tak znowu wiele. Resztę wieczoru spędziliśmy czekając na ponton na pływającym pomoście. Po powrocie na statek wykorzystaliśmy zaproszenie na Chopina i pokazałam mojemu francuskiemu koledze statek. Jego odczucia były miodem dla uszu chopinowego człowieka: ten statek jest jak dom.  Sail training upłynął na gadaniu. Gardło mi siadło po dwóch półdniowych sesjach. Na szczęście ostatnia polegała na postawieniu kliwra i powtórzeniu komend, a następnie sklarowaniu. Suma summarum pół dnia stawiałam kliwra i siedziałam na bukszprycie. Nie było źle. Od dnia wolnego upłynęły dwa dni na statku wypełnione sail trainingiem. Wreszcie dostaliśmy popołudnie off deck. Wyrwani ze statku cieszyliśmy się szczerze. Najpierw Internecik, Axel telefonik, potem markecik, zaprowiantowanie owocowe na trzy tygodnie żeglugi, „wielopak” piwa Brahma Fresh i byliśmy gotowi uderzać na plażę. Znaleźliśmy sobie relatywnie nie zaśmiecone miejsce, otworzyliśmy puszki numer 1 i zabraliśmy się za jedzenie Acai – brazylijskiego sorbetu o jagód rosnących w dżungli (tak przynajmniej zrozumieliśmy;). Jadłam to w zeszłym rejsie na Fernando i wtedy wydawało mi się, że to z granatów, ale wytłumaczenie tegoroczne bardziej pasuje do smaku. Acai zakupiliśmy w plastykowych pojemniczkach, bez łyżeczek. Jedzenie barwiącego, jak się później okazało, topniejącego sorbetu palcami sprawiło, że umorusaliśmy się straszliwie, a wszystko przetkane wybuchami śmiechu. Po Acai otworzyliśmy puszkę numer 2, potem kompiółka w czyściutkiej oceanicznej wodzie, okłady z błota i naturalny peeling piachem, prezenty (dostałam pół ostrygi), i czas na puszkę numer 3. Żeby nie było, tutejsze piwa są 0,33 i słabe;-) Z uwagi na słońce i generalne zmęczenie puszka numer 3 wystarczyła, aby zasiedzieć się na plaży do zmroku. Czas było znikać, zebraliśmy więc manatki, w tym lżejsze nieco plecaki i  podreptaliśmy do miasta. Axel znów musiał zadzwonić, więc otworzyliśmy puszkę numer 4, ja usiadłam sobie na krawężniku, a on nawijał do słuchawki. Ale było fajnie – nie często można posiedzieć sobie na ulicy małego brazylijskiego miasteczka. Wróciliśmy jeszcze na plażę na pół godziny, aby następnie drogami okrężnymi powrócić na keję promu i spotkać tam nauczycielstwo oraz dzieci. I pomyśleć, że jeszcze dwa lata temu nie lubiłam plaż. 

Cabedelo

Jest to bez watpienia najmniej ciekawy fragment dotychczasowej podrozy. Stoimy na kotwicy, bez dzieci, już dwa tygodnie. W tym czasie na statku powinno wrzec od roboty, co sie nie dzieje. Jest to dosyc przykre, zwłaszcza, że widze, jak efekty mojej pracy wykonanej w zeszłym rejsie w głupi sposob i przez lekkomyslnosc sa marnowane. Nie mozemy sie porozumiec z zaloga, to pewne. Ja tez niewiele moge robic, bo oszczedzam reke, wiec dzielnie walcze z zaleglymi poprawkami do map i pomocy nawigacyjnych, a nazbieralo mi sie ich sporo przez czas przejscia Atlantyku. Na szczescie przyjechal nowy pomocnik bosmana, Axel – Francuz, ktorego poznalam na remoncie w wakacje. Mam wreszcie bratnia dusze na statku. Niestety z tymi bratnimi duszami to tez nigdy nie wiadomo, moze sie roznie ulozyc. W kazdym razie on tez zauwazył tragiczny stan zapuszczenia Niebieskiej Damy, rece zalamal i zaplakal rzewnie. Zauważył też kompletny brak kompetencji bosmana oraz trudny charakter pierwszego. A wszystko w ciągu pierwszego dnia pobytu na statku…Miałam dotychczas dwa dni wolne, jutro będzie trzeci. Pierwszy z nich spędziłam z kukiem Markiem chopinowym w Cabedelo robiąc zakupy spożywczo-klapkowe i szukając Internetu. Było miło, szczególnie, że ostatecznie usiedliśmy sobie na piwku i pogadaliśmy. Spróbowaliśmy też lokalnej wołowinki, która okazała się bardzo smaczna. Piwo podają tu w takich fajnych termosach, aby nie ogrzało się zbyt szybko.Drugi z dni wolnych spędziliśmy wraz z Pączkiem w pobliskim mieście Joao Passoa. Na samym początku zgubiliśmy się troszkę, bo autobus skręcił, a nie powinien był. Gdy zaopatrzyliśmy się w napoje i prowiant, taksówką pojechaliśmy na Cabo Branco – najbardziej na wschód wysunięty skrawek Ameryki Południowej. Szczerze mówiąc miejsce to wygląda o wiele ubożej niż nasze polskie Rozewie. Klifowe wybrzeże, po szczycie którego biegnie droga asfaltowa. W związki z ogromnym skwarem szybko się stamtąd zwinęliśmy obierając kurs na plażę. Tak naprawdę plaża rozciąga się od samego przylądka w stronę miasta, jednak naszym celem był nie tyle piasek, co cień pod palmami. Znalazłszy takowy z lubością rozbiliśmy „obozowisko”. Używam właśnie tego słowa, ponieważ spędziliśmy tam bardzo dużo czasu na przyjemnej skądinąd rozmowie. Kąpiel w morzu okazała się ciekawym doświadczeniem z uwagi na temperaturę wody – jak w wannie. Bardzo ciepła. Wróciliśmy na piasek i otworzyliśmy (tzn Pączek otworzył, jak na bosmana przystało, przygodnie zaadaptowanym narzędziem) zakupione wcześniej pyszne, zimne i słodkie winko.  W międzyczasie nie dalej jak metr od nas na powierzchnię wygrzebał się żółciutki krabik wynosząc z norki piasek. Oczka miał jak dwa czarne koraliki odseparowane nieco powyżej głowy. Stworek okazał się wytrwały, bo kontynuował kopanie jeszcze przez parę godzin zmieniając tylko miejsce zrzutu piasku. Gdy słońce zaczęło się już chylić, postanowiliśmy przenieść się do baru i coś zjeść. Wybór padł na zupę rybną – nieźle, zwłaszcza, że nie wiedzieliśmy, co zamawiamy.  Najedzeni i zadowoleni pojechaliśmy taksówką na przystanek autobusowy, a stamtąd do Cabedelo. W drodze powrotnej zakupiliśmy sobie po kokosie ze słomką. Mleko kokosowe piliśmy już wcześniej, w Dakarze, ale tutejsze kokosy są zielone i o wiele większe. Smak mleka – przezroczystej słodkawej cieczy okazał się podobny. W dobrych nastrojach wsiedliśmy do chopinowego czerwonego pontonu, który odstawił nas do domu. A właściwie domów.Dzień trzeci…się właśnie zaczynaJ