Miesięczne Archiwa: Styczeń 2009

Fernando, Fernando…:-)

Gdy zakotwiczyliœmy ostatecznie na Fernando po dwóch ponad 100-milowych halsach wspomo¿onych silnikiem, wróci³o poczucie partycypowania w piêknie stworzonego œwiata. Fernando de Noronha to bez w¹tpienia jedno z najpiêkniejszych miejsc, jakie widzia³am w ¿yciu. Soczysta zieleñ wœród ska³, zró¿nicowane wybrze¿e z pla¿ami o drobniutkim piasku w os³oniêtych wysokimi zboczami zatokach. Niewielu mieszkañców, jedna linia autobusowa obje¿d¿aj¹ca ca³¹ wyspê w nied³ugim czasie, samochodziki bêd¹ce czymœ pomiêdzy jeepem i wozide³kiem rodem z pola golfowgo. Niesamowity, nieco karaibski klimat podsycany piêknem lazurowego oceanu w tle. Gra kolorów tutaj stwarza idealn¹ sceneriê, aby w bikini i pareo usi¹œæ pod palemk¹ z drinkiem w kokosie.

Tyle ogólników. Trzeba by³o coœ zrobiæ z tym jednym jedynym dniem na haku. Pierwszy nie chcia³ sam sobie pójœæ na rêkê i podzieliæ dnia na dwa, nalega³ na utrzymanie wacht morskich. Przed 1200 pojecha³am wiêc z za³og¹ Chopina CZERWONYM pontonem na brzeg. Szybkie piwko w opisanej wy¿ej scenerii, k¹panie w oceanie, wycieczka pod grotê skaln¹ i P¹czek odwióz³ mnie na wachtê. Zaznaczam wyraŸnie kolor pontonu – ci, co na Chopinie p³ywali, z pewnoœci¹ pamiêtaj¹ gumowego, dziurawego flaka le¿¹cego na stojaku na œródokrêciu, robi¹cego za podrêczny magazynek. To w³aœnie o ten ponton chodzi;-) Tak wiêc wróci³am na statek. Wachta urozmaicona zosta³a odwiezieniem bosmana na brzeg i poczytaniem ksi¹¿ki. O 1530 wraz z Kapitanem wsiedliœmy do ³odzi gumowej motorowej zodiakiem zwanej i pomknêliœmy na l¹d, podmieniæ pierwszego i kucharza. Natychmiast po zejœciu z kei zostaliœmy przywo³ani do stolika przez Karola i Wiesia z Chopina. Pierwsze piwko z g³owy. Nastêpnie w poszukiwaniu taksówki bêd¹c wsiedliœmy do busa nie wiedz¹c, dok¹d jedzie. Oczywiœcie dopiero póŸniej okaza³o siê, ¿e robi pêtelkê dooko³a wyspy. Dobrnêliœmy na „lotnisko”, wyjêliœmy pieni¹dze z bankomatu, wypiliœmy coœ w plastikowych kubkach i w dobrych nastrojach kontynuowaliœmy podró¿ z za³o¿eniem znalezienia kolacji. Zrobiliœmy sobie jeszcze spontaniczny postój na k¹piel w zatoce – woda by³a bardzo, bardzo ciep³a i s³ona. Wysiedliœmy potem przy knajpce, w której by³am w zesz³ym rejsie. Zamówienie sk³ada³o siê z naleœnika na s³ono i sushi oraz sake. Nie ma jak tradycyjna brazylijska kuchnia;-) Wszystko by³o dobre, a „sushi” podano w…panierce i usma¿one. Co kraj, to obyczaj.

Jeszcze parê dni ¿eglugi do Brazylii. W Cabedelo mamy staæ kilka dni przy kei, potem 2 tygodnie na kotwicy na rzece (!) – to ju¿ bez dzieci, a nastêpnie znów kilka dni w porcie, gdy nowe dzieci bêd¹ przyje¿d¿aæ. Hak na rzece o wartkim pr¹dzie…za³oga sk³adaj¹ca siê z dwojga oficerów, dwóch mechaników, bosmana i kapitana. 2 tygodnie. Ju¿ widzê swój planowany odpoczynek…na wachcie kotwicznej z nosem w radarze.

CHRZEST ROWNIKOWY

EPIZOD I

Równik przekroczyliœmy na mojej wachcie nocy, na d³ugoœci …………….i przy stanie logu …………. . Rano po banderze i wysprz¹taniu statku wszystkie „pollywags” (dos³ bezkrêgowce, potoczne hamerykañskie okreœlenie na nie ochrzczonych…) wpakowane zosta³y do bosun lockera, gdzie w zamkniêciu i niewoli przetrzymywane by³y godzin 2 i wiêcej. W tym¿e czasie my, „shellbacks” (tzn ci ju¿ ochrzczeni) przygotowywaliœmy im œcie¿kê zdrowia. W sk³ad tego¿ maratonu wchodzi³o dobrowolne ostrzy¿enie g³owy na wzór fantazyjny, przemoczenie wê¿em po¿arowym, przeczo³ganie siê w tunelu z p³ótna ¿aglowego zatarasowanym odbijaczami, siatkami i innymi przeszkodami. Po tych zabawach ju¿ tylko k¹piel w nape³nionym odpadkami spo¿ywczymi pontonie, wizyta w salonie odnowy biologicznej, gdzie z desk¹ klozetow¹ wokó³ szyi nale¿a³o przyj¹æ na g³ówkê dawkê ketchupu, musztardy i m¹ki, potem nurkowanie w œmietniku w celu podjêcia z dna rybiej g³owy zêbami, kosztowanie wytworów cooka i ostatnia, najfajniejsza rzecz – k¹piel na linie przy burcie p³yn¹cego statku. Ubiera³o siê delikwenta w szelki, uprz¹¿, przywi¹zywa³o do fa³u roboczego i na kabestanie opuszcza³o i wyci¹ga³o. Dzieci siê cieszy³y, a ja gotowa³am w ró¿owej sukience, w któr¹ mnie przyodziano. W koñcu ¿ona Neptuna, nie?;-)

EPIZOD II

Wieczór przed przejœciem tej linii zaznaczonej kredk¹ dooko³a Ziemi. W mesie siedz¹ dzieci, ja i bosman. Dzieci maluj¹ sobie na twarzach wzorki, na rêkach wypisuj¹ „pollywag”, a wszystko w niecierpliwym oczekiwaniu na ten zagadkowy rytua³ chrztu. W pewnym momencie pisak powêdrowa³ w stronê bosmana naszego, weganina-dziwaka. Ku szczeremu zdziwieniu wszystkich ten¿e dotychczas spokojny cz³owiek poderwa³ siê, wyrwa³ dziewczynce marker, wycelowa³ w ni¹ nó¿ (taki do mas³a), podbieg³ do drzwi i marker wyrzuci³ za burtê. Zapad³a cisza, bosman wyszed³.

Kilka dni przed chrztem zrobiliœmy z dzieæmi spotkanie organizacyjne. Po spotkaniu, przy kolacji, kud³aty nasz bosman-weganin ni z tego, ni z owego stwierdza co nastêpuje: jeœli rzucicie we mnie miêsem, bêdê agresywny. Wtedy wydawa³o siê to dziwacznym ¿artem.

Wieczór przed chrztem. Wybieram siê do koi po kolacji. Do drzwi kabiny puka dziewczynka i ze ³zami w oczach stwierdza, ¿e bosman-œwir wyrzuci³ zbierane od dawna odpadki spo¿ywcze za burtê. Gramolê siê z ³ó¿ka i wychodzê na korytarz, a tam awantura „shellbacks” z kud³atym. Id¹ niewybredne s³owa i to w stronê dzieci. Za¿egna³am kryzys i wszyscy poszli w swoj¹ stronê.

Bandera w dniu przekroczenia równika. Bosman pokaza³ siê usmarowany zielon¹ mazi¹, od czubka g³owy do palca u nogi, w³¹cznie z wnêtrzem ust i w³osami. W takim umaszczeniu wyrecytowa³ wiersz swego autorstwa dotycz¹cy równika. Œwir, nieobliczalny œwir!!!

Na chrzcie siê nie pojawi³, za to w bosun lockerze siedzia³ dzieñ ca³y robi¹c ¿ó³wia z drewna. O 1500 mia³a siê zacz¹æ wachta bosmañska. O 1520 przysz³o do mnie na mostek dziecko z pytaniem o bosmana. Wysz³am na dziób i przydzieli³am robotê. Pracowali do 1700, a zrobione zosta³o wiêcej, ni¿ kiedykolwiek wczeœniej za tego bosmana. I wtedy kapitan siê zdenerwowa³.