Miesięczne Archiwa: Grudzień 2008

Cabo Verde – Dzień Wolny

O godzinie 0900 pojawiłam się na Chopinie, z mniejszymi niż zazwyczaj trudnościami wyciągnęłam Pączka na drugą stronę trapu i wymaszerowaliśmy w nieznane. Pan taxówkarz zabrał nas do miejsca zwanego przez anglojęzycznych Old Village, po portugalsku jakoś inaczej. Krajobraz interioru nie różnił się drastycznie od widoków wokół portu, a jednak widać w nim było ten element nietknięcia ręką ludzką. Może lepiej: niezdewastowania. Cel podróży od razu przypadł nam do gustu – wszędzie zielono, palmy, drzewka insze, kury, kozy, panie z dużymi przedmiotami na głowie, a na niebie chmury. Poszliśmy w kanion. Poletka ogromnej trzciny, palmy kokosowe, roślinka o listkach przypominających znajomy kształt z naszywek, dzierżący maczetę pan jadący na osiołku. W ogóle sporo osiołków. Pięknie i zielono. Powrotna droga miała nas zaprowadzić do fortecy wzniesionej tu przez pierwszych portugalskich najeźćców, ale jako że było pod górkę, a mury wydawały się coraz mniej zajmujące, zawróciliśmy na lokalny ryneczek. Pączkers w pewnej chwili niespodziewanie przystanął, roztworzył paszczękę i wskazał palcem wskazującym drzewo. Nie bez powodu – z drzewa tego na lancuchu dyndała małpa i dobrze się bawiła. Wow. Usiedliśmy w barze przy małpie i skosztowaliśmy lokalnych specjałów piwowarskich oraz kulinarnych. Te owoce morza „prosto z kutra” smakują zawsze inaczej:) Miło było, ale czas nam sie było zwijać. Jeszcze tylko Rua Banana – pierwsza zbudowana przez Europejczyków ulica, po obu stronaqch której ciągną się małe długie kamienne kolorowe domki. Tam zobaczyliśmy drzewo bananowe z najprawdziwszymi bananami w kiści:) Super, znaczy nazwa miejsca czymś jest spowodowana! Wracamy. Nie ma taxi…ech, idziemy do tutejszego pana spytać. Ostatecznie pakujemy się do busa i jest znowu super,bo czujemy się jak reporterzy National Geographic - my w trzęsącym się samochodzie, a obok przesuwający się krajobraz wysp….ZIELONEGO PRZYLĄDKA!:) W Prai wygrzebaliśmy się z zapakowanego na ponad full busika i podreptaliśmy na betonowy kawał „mola”, potem plażą do opisanej w poprzedniej notce latarenki. Niby mur, niby przejścia nie ma, ale…..daliśmy radę po skałach obok:) Latarenka, choć nie swieci, jest dość zadbana. Z widokiem na morze rozsiedliśmy się od nawietrznej, zjedliśmy podwędzone dzieciom podstępem lokalne słodycze (krówki z wiórków kokosowych:), wypiliśmy winko i ukoronowaliśmy dzień wolny najzwyczalniejszym nicnieróbstwem. Jeszcze tylko kąpiółka w morzu w powrotnej drodze na ukrytej między skałami plaży i wracamy na statki. Jutro czeka nas OCEAN! Za 3 tygodnie Brazylia…

Cabo Verde – Dzień Pierwszy

26.12.2008 
Wow! Nie mogę uwierzyć, że jestem na Wyspach Zielonego Przylądka! Pewnie wyobrażacie sobie tętniące soczystą zielenią tropikalne wysepki z sypkim, złocistym piaskiem i palemką – jak żywcem wzięte z Robinsona Crusoe. Nic bardziej błędnego. Są to wyspy wulkaniczne, z daleka w kolorystyce brunatne. Ziemia, ziemia, lawa, błoto, ziemia….śmieci…ziemia…i tak to z grubsza wygląda poza miastem. Trochę roślinności jest, chociaż zbyt mało, aby odmienić wrażenie brązowości. Wybrzeże głównie klifowe. Ze statku widać obiecującą mierzeję z małą latarnią morską. Tam uderzamy z Pączkiem w dzień wolny. Z portu do miasta ok. 40min piechotą. Architektura jak w miastach afrykańskich z domieszką nutki kreolskiej. Ludzie nie wyglądają na nadmiernie przyjaznych, są jacyś dziwni, niekształtni i niejednolici. Jakby wynaturzeni. Rysy i kolor skóry wije się pomiędzy Czarnym Lądem a Portugalią. Bardzo wiele osób kalekich. Wszystko przez „rozród wsobny”, jak to trafnie określił cook Kevin. Wyszliśmy z Kapitanem na miasto po południu. Długa wycieczka do cywilizacji i krótka po cywilizacji zakończona miłą posiadówką w lokalnym centrum rozrywki stanowionym przez kafejkę jedzeniowo-piciowo-internetową. Pofolgowaliśmy sobie w degustacją wytworów miejscowych bimbrowni zwących się dumnie grogiem. Smakuje to jak najzwyklejszy bimber w butelce po Mazowszance. Mają też coś dobrego, oscylującego pomiędzy przypalanką a likierem – „ponche” [poncze]. Następnie wizyta w sklepie, do kajuty i na Chopina. Piliśmy Guinnessy na gwiazdoblokach przy dość refleksyjnej rozmowie. Potem 2h lulu i wachta.

Świątecznie

W Wigilię będę gdzieś między Afryką a Wyspami Zielonego Przylądka. Daleko od lądu, daleko od Bliskich. Im bliżej Świąt, tym trudniej sobie to uzmysłowić. Wcześniej wydawało się, że przy odpowiednim nastawieniu nie powinno być tak źle. Dziś mam wątpliwości. Szokujące jest to, że jestem chyba jedyną osobą rodem z Polski na obu statkach, która naprawdę chciałaby się spotkać przy stole i podzielić opłatkiem. Inni wolą Boże Narodzenie pominąć, wymazać z kalendarza. Do tego stopnia ogarnięci są rezygnacją. Jeżeli nie w domu, to nigdzie. Dziś usłyszałam, że przecież nie jesteśmy rodziną, więc to nie ma sensu. W pewnym sensie jednak rodziną jesteśmy, bo spędzamy ze sobą miesiące na dość małej przestrzeni kadłuba i na ten czas stajemy się sobie nawzajem tymczasowo równoważnikiem świata na lądzie, rodziną i znajomymi. Jak można twierdzić, że tak nie jest? Postanawiam więc na przekór wszystkim, że Wigilię i Boże Narodzenie obchodzić będę, choćby w towarzystwie zdjęć!

foty – Wyspa Goree i Zielony Przylądek :-)


http://picasaweb.google.pl/gosiazeglara/WyspaGoree?authkey=2JpoWfWcZE4
#

Wyspa Goree

Dzień wolny!!! Wraz z moim KUMPLEM bosmanem Pączkiem pojechaliśmy na wyspę Goree, z której transportowano niewolników w czasie podboju Afryki przez Portugalczyków i Anglików. Musieliśmy pojechać statkiem…znowu woda…ech. Do tego wiało w twarz i bryzgi całkowicie zmoczyły pokład. Ja się schowałam, a Pączek uparcie się szczerzył do fal. Ci bosmani… Zsiedliśmy ze statku-promu w pełnym słońcu. Mała wysepka uderzyła kolorytem. Podobnie jak Dakar, przypomina ona wielki collage (kolaż:) cegieł i farb. Wśród tej mnogości barw zieleń zajmuje sporo miejsca, są palmy, trawa i krzewy. Są kaktusy. Dużo „artystów”, a bardziej trafnie lokalnych rzemieślników powielających pseudoafrykańskie motywy za pomocą pędzla i dłuta. Nie są jednak tak nieustępliwi, jak handlarze w stolicy. Rozumieją „nie”. Idziemy więc z Pączusiem na wycieczkę pieszą do małej fortecy, wieży strażniczej, z której przetrzymywano czarnoskórych tygodniami w oczekiwaniu na statek niewolniczy. Grube mury, małe okienka. Wystawa dotycząca niewolnictwa pogłębia doświadczenie horroru, jaki ci ludzie musieli przechodzić. Jedna z rycin przedstawia plany statku, którego ładowność obliczona została na 600 więźniów przy założeniu, że wzrost ich nie przekraczał 120cm, a na długości 160cm zmieści się czterech ciasno ułożonych mężczyzn. Przerażające. Kontynuujemy wycieczkę na drugą stronę wysepki, nieco wyżej położoną. Robimy zdjęcia w kaktusach, włazimy na starą latarnię, ostatecznie siadamy w knajpce. Jest bardzo miło, czysty relaks. Decydujemy się wracać na prom, już prawie jesteśmy na kei, a tu…statek odpływa. Przez godzinę siedzimy w słońcu. Tłumaczę Pączkowi zdania warunkowe, podaję mu coś do przetłumaczenia, a on na to okoniem staje i odmawia usprawiedliwiając się takim oto zdaniem: „ja tylko jestem mały Pączek z Warszawy”…Żeglarze są dziwni.
Wróciliśmy do Dakaru, na dworcu morskim wsiedliśmy w taxi (ten samochód w rzeczywistości trzymał się tylko na farbie…) i pojechaliśmy na prawdziwy Zielony Przylądek! Kawałek plaży kamienistej, nawet miło się siedziało:-) Poznaliśmy senegalskiego rastamana grającego na bongo. Czego więcej chcieć:-)

Widoki z Dakaru


http://picasaweb.google.com/gosiazeglara/DrogaIDakar?authkey=UmwHFDPMBxc
#

Gha

Wstałam rano, przewróciłam oczy na widok bałaganu w kabinie (w końcu posprzątam…) i wybrałam się na spotkanie z Aladżim. Na mój widok skończył piwko La Gazele duszkiem i wyszliśmy na zakupy. Poprowadził mnie przez uliczki pełne straganów…to znaczy bardziej pełne, niż przeciętnie. Zakupów tkaninowych dokonałam w pierwszym sklepie, do którego weszliśmy. Jard pięknie barwionego materiału kosztuje tu 6000 franków, co przekłada się na 13 USD, a więc 39 PLN. Jard to około 180cm. Oznacza to, że za metr bieżący trzeba zapłacić ok. 20zł. W Polsce cena byłaby co najmniej podwójna. Mam tylko nadzieję, że na lotnisku nie doliczą mi opłaty za nadbagaż…;) Cóż, to chyba koniec zakupów pamiątkowych jak na razie. Udało mi się także kupić przyprawę gha, o której pisałam wcześniej. Okazuje się, że są to wysuszone małe papryczki, w kolorze dość ciemnego brązu. Zawiozę do domu, będziemy próbować;) Bardzo ciekawym doświadczeniem okazała się sama wizyta na targu z żywnością. Oskubane kurczaki, rozłupane na pół krowy leżące na sklejkowych blatach czasem przykrytych ceratą, przeróżne owoce i korzenie, wszędzie bardzo ciasno, kolorowo, gwarno. Miejsce tętniące życiem! Na podłodze łuski i inne odpadki zwierzęce i roślinne. I kolory, kolory wszędzie. W powrotnej drodze nie dało się pominąć wstąpienia na piwko do budki przy bramie. Jedno piwko zmieniło się w dwa, przy czym niechętnie wlewałam w siebie to drugie, przyznaję. Ile można…;-) Z nijakim zdziwieniem odkryłam, że siedzę przy jednym stole z Senegalczykami, podajemy sobie ręce, śmiejemy się razem i gaworzymy po francusku. W życiu nie sądziłam, że potrafię załatwić coś więcej niż odprawę paszportową czy wizytę w restauracji w tym językuJ Poznałam dyrektora tutejszego liceum chrześcijańskiego. Co ciekawe, dzieciaki spędzają w tej szkole tylko dwa lub trzy lata, w zależności od wybranego profilu. Cóż, pożegnałam się z Aladżim i wróciłam na wachtę, która nieoczekiwanie rozpoczęła się wycieczką do ambasady brazylijskiej w celu powtórnego przedyskutowania wiz dla dzieci. Teraz siedzę sobie w mesie i stukam w klawiaturę. Chciałam woskować zamki w skafandrach ratunkowych i chyba to zrobię, ale musze sobie jeszcze dać chwilę, bo upał jest straszny. Kurcze, porty są męczące, albo impreza, albo wachta, a czasu na spanie szkoda;-)  

Salamalejkum, Aladżi i kabanosy

SOBOTA, 13.12.2008 Popijam sobie wodę z cytrynką na pokładzie, odliczam minuty  do końca wachty, słońce grzeje i suszy pomalowane przeze mnie chwilę wcześniej kosze na koła ratunkowe. Obmyślam plany na jutro – pierwszy wolny dzień w Dakarze. Z pomocą nieoczekiwanie przychodzi Kapitan proponując wycieczkę do St Luis, pierwszej stolicy Senegalu. Bez wahania zgadzam się pomimo dość wysokich  kosztów, bo jak nie teraz, to kiedy???:) Jedziemy! O 0800 rano w sobotę wychodzimy ze statku na spotkanie z Aladżim, wieloletnim znajomym Kapitana, który jedzie z nami. Spotykamy się przy barze tuż przy bramie portu, w otoczeniu przesyconym lokalnym kolorytem. Czekamy. Czekamy. Samochodu umówionego przez Aladżiego nie ma jeszcze przez 2h, które umilamy sobie piwkiem La Gazelle. Po paru telefonach transport w końcu pojawia się, z tym, że kierowców jest dwóch, więc z tyłu gnieździmy się w trzy osoby. Nie ma co, jest fajnieJ Jedziemy. Przed wyjazdem z Dakaru jeszcze zatrzymujemy się po ubezpieczenie i kilka razy w celach niewiadomych. Poza miastem zaczynają się krajobrazy afrykańskie, oczywiście odbiegające od widoczków z folderów biur podróży. Niewiele zieleni, całe mnóstwo pyłu, a wszystko przykryte kołderką ze śmieci. Góry, góry śmieci wszędzie. Głównie plastik. Podobno cała Afryka jest taka. Mijamy po drodze wioski i miasteczka, wozy ciągnięte przez wychudzone szkapy, stada kóz z zapadniętymi bokami. Najgorsze wrażenie robią konie i krowy, na których można policzyć żebra i wystające kości. Co jakiś czas widać padłe zwierzęta.  Mijamy kolorowo odziane kobiety niosące kosze na głowie i dzieci żebrające o jałmużnę przez uchylone okna samochodu. W międzyczasie przystanek na siku – ciekawe doświadczenie, bo kibelek okazuje się być dziurą w posadzce. Taka gorsza wersja wychodków kucanych, które kiedyś w Polsce nie były przecież rzadkością. Do spłukiwania wiadro i kubek. Jedziemy dalej. Moją łamaną francuszczyzną wdaję się z kierowcą w dyskusję na temat lokalnego rolnictwa. Okazuje się, że praktycznie każdy miesiąc przeznaczany jest na uprawę czegoś innego. Ziemię w większości się dzierżawi, a uprawiają ją głównie kobiety, bo to one zajmują się obejściem, gdy mężczyźni próbują zarobić jakieś pieniądze w mieście. Część plonów sprzedaje się do spółdzielni, część próbuje sprzedać detalicznie na własną rękę. Po prawie czterech godzinach dojeżdżamy do celu. St Luis wydaje się być miejscem zupełnie różnym od Dakaru, o wiele mniejszym i spokojniejszym. Zabudowa jest raczej niższa, a domostwa zapadłe, przyozdobione rozpadającymi się ścianami. Na progu większości z nich siedzą patrzący się w nicość ludzie. Brak pracy, bieda. Dzieci osaczają nowoprzybyłych wyciągając ręce. Na swojej drodze spotykamy kilku dziwaków, a mówiąc prościej – wariatów. Tu rzeka Senegal uchodzi do oceanu. Brzegi zatłoczone są kolorowym skupiskiem łodzi rybackich. Naszą uwagę przykuwa  powiewająca na jednej z nich niemiecka flaga. Mijamy pomnik ofiar dwóch wojen światowych. Niespodziewanie Kapitan wyjmuje z plecaka kabanosy Sokołowa, zakupione w Dublinie i tylko miesiąc przeterminowane, tak więc dalej maszerujemy z kabanosem w ręku. Ostatecznie siadamy na piwko w restauracyjce prowadzonej przez panią Francuzkę. Bardzo miło spędzamy czas na malutkim patio w cieniu palmy daktylowej i drzewa zwanego monkey bread tree. Dość ciekawe to zjawisko, bo z gałęzi zwieszają się chlebopodobne, zielone bulwy na cienkich łodygach. Owoce te podobno są białe w środku, dlatego tubylcy wierzyli, że koloniści pijąc mleko pili właśnie napój z nich przyrządzony. Czas wracać, więc ruszamy do samochodu. Tym razem mam w planie zrobić zdjęcie baobaba. Po kilkudziesięciu próbach udaje się. Po drodze dwa razy ledwie unikamy wypadku, bo kierowca to istny pirat. Mało to zabawne, ale też nie mamy za bardzo wyjścia. Korki, wszędzie kolorowe lokalne „moyen de transport commun”, czyli środki publicznego transportu, załadowane bagażami na dachach i obwieszone z zewnątrz trzymającymi się wszystkiego pasażerami. Kurz, spaliny i smrodek. Mija nas karetka. Sygnał przypomina raczej skrzypienie nie nasmarowanego bloku na maszcie, samochód wygląda jak z demobilu, a najlepsze jest to, że stoi w korku ze wszystkimi i nikt nie kwapi się, aby zjechać z drogi. O 1940 jesteśmy pod bramą portu. Pełna wrażeń wracam na wachtę.    NIEDZIELA, 14.12.2008 Podczas wycieczki do St Luis umówiłam się z Aladżim, że pójdzie ze mną na zakupy pamiątkowe następnego dnia. Następny dzień nadszedł dziś, o 1400 na statku pojawił się nasz czarnoskóry przyjaciel rodem z Ghany, wypili sobie z Kapitanem kawę i poszliśmy we trójkę na pobliski market. Zakupiłam kilka ciekawych rzeczy za cenę, której biały człowiek by nigdy nie wynegocjował bez pomocy kogoś stąd. Kupowanie sprawiło mi ogromną radość – targowanie się jednak może być fajneJ Mają tu piękne przedmioty, szkoda, że transportowanie zakupów ze statku do domu nakłada ograniczenia co do ich ilości. Następnie pojechaliśmy taxówką do Village Artisana, gdzie swoje wyroby sprzedają tutejsi artyści. Są to głównie rzeczy robione na miejscu z mahoniu, teaku i hebanu, niektóre bardzo piękne. Chcieliśmy pójść na targ z tkaninami, ale z okazji niedzieli większość kramów byłaby zamknięta, więc przełożyliśmy na jutro. Już wczoraj zauważyłam ciekawą formę lokalnego biznesu. Człowiek siedzi przy garnku, który trzyma na palniku. Z tego garnka do małych plastikowych kubeczków nalewa kawę, a zwie się ona Kafe Tuba. Okazuje się, że do tej kawy dodaje się już na etapie mielenia przyprawę o nazwie Gha. Jutro być może uda mi się namówić Aladżiego, aby pokazał mi tę przyprawę. Zdecydowałam się spróbować tego kawowego specyfiku i bardzo mi zasmakowałJ to taka jakby słodka kawa z chilli. Nadszedł czas na piwko. Maszerujemy przez dzielnicę Ile Sans Loi, czyli w wolnym tłumaczeniu „wyspa bezprawia”, gdzie podobno można zakupić dokładnie wszystko. Siadamy w małej knajpce, bardzo przypominającej Ann’s Place na St Helenie. Dookoła palmy i kwiaty. Widać, że biznes rodzinny, bo krzątają się kobiety i dzieci. Zagadujemy do małej dziewczynki i wszystkim robi się miło. Często słyszymy pozdrowienie Salamaleikum. Ludzie tutaj są nastawieni przyjaźnie i bardzo pogodni, co kłóci się nieco ze stereotypem głodującego i nieszczęśliwego, prawie zdehumanizowanego Murzyna w Afryce. Tak owszem jest, ale przecież nie wszędzie. Po wypitym piwku marki wiadomej odwiedzamy kolejny zakątek knajpkowy, gdzie zapada decyzja o rozpoczęciu poszukiwań restauracji. Po paru minutach jazdy po mieście zatrzymujemy się przy Cassino du Port. Elegancki wystrój bijący postkolonializmem, prawie jak z filmów o podboju Afryki przez Europejczyków. Składamy zamówienie – dorada i kasawa. Ciekawy jest sposób, w jaki Afrykańczycy chcą zwrócić czyjąś uwagę. Robią  dość głośne „PSSSSST”, wykonują gest ręką podobny do tego, który my wykonujemy, ale wierzchem dłoni do góry, jakby nachwytem. A propos kasawy. Jest to starta na miazgę bulwa, bardzo twarda i jasna w kolorze, nieco przypominająca wyglądem i smakiem kuskus. Podobno jest ona dla Afrykańczyków tym, czym ziemniaki dla Polaków i Rosjan. Po pysznym obiedzie przy reńskim winie zakończonym mocną kawą wyruszamy z powrotem do portu. W międzyczasie Aladżi pokazuje nam drzewo, z którego liści produkuje się chininę. Odrywa listek i daje mi do spróbowania. Gorzki niezmiernie;) Sprawa chininy wywiązała się z dyskusji o wiedzy o  ziołach i naturalnych preparatach leczniczych przekazywanej w Afryce słownie z pokolenia na pokolenie w zamkniętym gronie ludzi, co doprowadziło w dzisiejszych czasach do utracenia ogromnej części tej bezcennej wiedzy. Dzień spędzony wspaniale, czas wracać na statek, na wachtę.   

ZDJĘCIA !!!

Nie wrzucę wszystkiego bezposrednio do bloga, bo to zajmuje czas, więc musicie się sami postarać i kliknąć na linka:)

http://picasaweb.google.com/gosiazeglara/Ajaccio?authkey=ihDjunicizU
#


http://picasaweb.google.com/gosiazeglara/Agadir?authkey=ofVFVi694zo
#


http://picasaweb.google.com/gosiazeglara/LasPalmas?authkey=IRI4rxKFOM0
#

Las Palmas, Wyspy Kanaryjskie

Las Palmas, Kanary – brzmi to dość bajecznie w ustach agenta z biura podróży. Jako że byłam już wcześniej na Teneryfie, nie miałam złudzeń – wulkaniczna ziemia, pył i piach, urozmaicona podlewanymi indywidualnie drzewkami palmowymi. Niewiele to ma wspólnego z powszechnym wyobrażeniem o tropikach. Spore resorty, hotele. Zatłoczone ciasne uliczki miasteczka, sklepik przy sklepiku. Brak faktycznej możliwości kupienia lub choćby obejrzenia czegokolwiek związanego z tradycją danego miejsca. Wszystko pod turystów, włączając pamiątki made in China. Pobyt w Las Palmas skoncentrował się na robieniu zakupów. Zaopatrzyłam się z kosmetyki wszelakie, które powinny mi wystarczyć aż do Brazylii. Po krótkiej acz zwięzłej naradzie z Załogą Chopina postanowiliśmy zaprowiantować nasze kajuty w trunki przeróżne, których niedostępność w krajach muzułmańskich już raz utrudniła nam życie – na dwa tygodnie w Senegalu jesteśmy więc przygotowani. Nie miałam zbyt wiele wolnego w tym porcie. Jeden dzień wolny, jedno popołudnie i chyba dwa przedpołudnia, o ile dobrze pamiętam. Dzień spędziliśmy z kukiem Markiem na poszukiwaniach haków na ryby, a konkretnie tuńczyki. Okazało się przy tym, że te haki muszą być specjalne – nie za grube, nie za chude, ale w sam raz;-) Jak łatwo się domyśleć, szukanie ich zajęło znacznie więcej czasu, niż oboje się spodziewaliśmy. Ważne, że misja zakończyła się sukcesem – haki znalezione zostały w markecie niedaleko statku… Popołudnie mieliśmy spędzić z Pączkiem na plaży wraz z puszkami (nie puszeczkami!) piwa. Prawie się udało – na plażę dotarliśmy wieczorem, bo Chopinowi potrzebne były nowe świetlówki ze szkła przezroczystego…długa historia. Ważne, że jak już Pączek się najeździł wynajętym samochodem w poszukiwaniu wyżej wspomnianych, a ja zwiedziłam wszystkie okoliczne sklepy, kupiłam sweter i zdenerwowałam się do reszty, poszliśmy na tę plażę i się odstresowaliśmy w całkiem przyjemnej atmosferze. A, właśnie – dostałam od Pączka prezent!! Po obcojęzycznemu nazywa się to Swiss feed, po mojemu fidelek, po Pączkowemu marspikiel. Jak zwał, tak zwał – szplajsuje się nim świetnie!!!:-)Grafik wacht oferował mi ostatni kawałek czasu wolnego w postaci przedpołudnia, który postanowiłam przeznaczyć na zwiedzanie i internet. Zwiedzanie odbyłam przy pomocy autobusu turystycznego, obwożącego turystów i zachwalającego uroki okolicy. Calkiem obiektywnie muszę przyznać, że w Las Palmas nie ma zbyt wiele interesujących rzeczy, za wyjątkiem domu Kolumba, którego i tak nie udało mi się zobaczyć. Wróciłam na statek.  Jako że ręka nie pozwalała mi nic robić, nie robiłam nic. Dopiero pare dni temu rozpoczęłam jakiekolwiek prace reczne. Poprawilam mapy i publikacje, zrobiłam nową klamkę do pokrywy od dziobowej bakisty łodzi ratunkowej. Co mogę, to robię, ale nie mogę zbyt wiele. Wczoraj niosłam w lewej ręce szklankę z herbatą i mało co jej nie upuściłam, bo dłoń zabolała i się prawie otworzyła. Jeszcze jest troche spuchnięta. Z większych prac na statku nie dzieje się wiele. Pierwszy wreszcie zrozumiał, że foka sami musimy zszyć, bo szanse na żaglomistrza są niewielkie. Zabrał się więc do roboty i tak sobie dłubie. Bosman jak zwykle znajduje sobie zadania małe i niewiele wnoszące, a statek zarasta brudem. Dziś na przykład bez mojej wiedzy zgarnął dwa sekstanty z mostka i powędrował z nimi na dziób celem uczenia nauczycielki obsługi jednego z nich. Wkurzyłam się, całkiem na poważnie się wkurzyłam. Jedyne dwa sekstanty, które mamy na statku. Oba plastikowe i mało odporne na uszkodzenia. Nie mówiąc o fakcie, że bosman nie od tego jest, żeby uczyć astronawigacji w czasie swojej pracy bosmańskiej! A piach w waterwejsach wieziemy jeszcze od Agadiru… A, właśnie – zrobiłam sobie rękawicę bosmańską! Kolejna będzie pozbawiona wad, które odkryłam w tej, ale co tam – człowiek się uczy na błędach, a bądź co bądź zeglarz też człowiek…;pPogodę mamy ostatnio bardzo sprzyjającą. Żeglujemy cały czas od Las Palmas, silnik sobie odpoczywa. Słońca pod dostatkiem. Oby tak dalejJ