Miesięczne Archiwa: Listopad 2008

Wrażenia z Arabowa

Doplynelismy do Agadiru (Maroko). Droga nie byla ani meczaca, ani trudna. Udalo mi sie zrobic pare rzeczy na pokladzie, widzialam sporo delfinow, kawałek wieloryba i głowę żółwia. No i nie brakowało trąb morskich (zdjecie w fotoblogu). Wachty nocne sie dłużą. Za 3 dni minie miesiąc, jak tu jestem, tzn 4 tygodnie. Zostało jeszcze 4,5 miesiąca.

Arabowo jest bardzo brzydkie. Brudno i smierdzi. Arabi sa natrętni, mają zaburzone poczucie czasu i przestrzeni, o wszystko trzeba sie targowac. Nie czuję się tu dobrze. Dyskomfort potęguje fakt, że kobiety są tu traktowane nieco lepiej niż bydło. Może nazbyt to drastyczny obraz, ale odzwierciedla esencję ich podejścia.

Z samego rana okazalo sie, ze stara prawda ‘troje to już tłum’ znowu się potwierdza. Próbowaliśmy wyjść w 8 osób i w efekcie wszyscy się zdenerwowali i podzieliliśmy się na 2 grupy. Brudny autobus z lokalnymi stoczniowcami zawiózł nas do miasta. Poszliśmy sobie do kafejki internetowej, bo Marek mechanik musiał pogadać z żoną. Następnie przenieśliśmy się do lokalnego targowiska „Market Municipal”, skąd bardzo długim spacerem przez biedniejsze części miasta powędrowaliśmy na największy targ Agadiru. Moją łamaną francuszczyzną udało mi się dopytać o drogę – to taki osobisty sukces. Targ rzeczywiście ogromny, choć wychodziliśmy bez żalu. Taksówką dojechaliśmy do lokalnej knajpy marokańskiej, gdzie zjedliśmy baraninę pieczoną w cebuli, oliwkach, śliwkach suszonych, kaparach i groszku, podaną w takim fajnym naczyniu ceramicznym z pokrywką w kształcie stożka. Po posiłku zwiedziliśmy nieco bogatszą dzielnicę, której standard zdaje się wyznaczać ilość zieleni przy drodze i w ogrodach. Rozbawieni i zadowoleni z tytułu pełnych brzuszków udaliśmy się w stronę morza, gdzie w plażowej knajpce wypiliśmy po piwku. Część ekipy wróciła na statek, druga część (w tym ja) poszła się wykąpać w morzu. Woda była zimna oczywiście, choć cieplejsza, niż na KorsyceJWraz z drugim oficerem Chopina – Karolem wróciliśmy na statek. Warto tu opisać nasze spostrzeżenia z wycieczki przez port handlowy. Port jak port – kontenery wszędzie, więc idziemy sobie między nimi, bo innej drogi nie ma. W pewnym momencie musieliśmy przejść nabrzeżem. Zagadani nie zauważamy dźwigu, który rozkraczony na kei ładuje kontenery na statek. Orientację w sytuacji zyskaliśmy dopiero, gdy nad naszymi głowami zaskrzypiała lina od dźwigu. Zdumieni w odruchu naturalnym odsunęliśmy się spod wiszącego metalowego pudła. Nikt nawet nie zwrócił uwagi na fakt, że dwójka obcych przechodzi przez strefę załadunku. Nikt nie zatrzymał nas przed wejściem pod dźwig. W Europie byłoby to nie do pomyślenia! Cóż, dziki kraj.Tęsknię trochę na domem. Dobre jest to, że tęsknię normalnie, a nie histerycznie, jak w poprzednim rejsie;-) Za 3 dni wypływamy na Kanary! 

AJACCIO. A żeglarze są dziwni;-)

Ajaccio to bardzo przyjemne miejsce. Otoczone wzgorzami, zza ktorych widac szczyty gorskie stare miasteczko pelne ciasniutkich uliczek zastawionych stolikami licznych kawiarenek. Mala, francuska miescina po sezonie. To tu urodzil sie Napoleon – bylam w jego domu i musze przyznac, ze wyglada znacznie lepiej niz ten, w ktorym umarl na St Helenie. Pobyt w porcie uplywa mi glownie na siedzeniu na Chopinie oraz z Chopinowymi ludkami na miescie. Fajnie miec ich na pokladzie obok – to tak, jakby miec obok drugi dom i druga rodzine. No i Stateczek moj kochany…W ostatnich dniach swietowalismy Marka urodziny. Wiesiu tez mial, ale sie nie pochwalil i imprezy nie bylo jako takiej, z czego nie jestesmy dumni ani troche. Marek upiekl wreszcie ciasto czekoladowe. Rok musialam czekac, meczyc, smecic i streczyc;) Upiekl! Pycha. Nawet moi statkowi inzynierowie sie zintegrowali i jakos tak w kupie zrobilo sie razniej. Haslem przewodnim (jednym z wielu) jest „zeglarze sa dziwni”. Kontekst niech Czytelnik sam sobie wywnioskuje, bazujac na znanej prawdzie o dlugich pobytach poza portem i zwiazanym z tym kierunkowaniem mysli;-)Wczoraj na przyklad siedzimy sobie w kajucie Wiesia i ogladamy Asterixa. W pewnym momencie Bielak pyta „masz druga czesc Underworld?”, -„nie”, -„to szkoda”,- czemu?”, -„bo ona tam pokazuje cycki”, -„…no…ale…ona jest wampirem!”, -„no tak, ale zajebistym!”, -„….”.  Tak a propos, wczoraj byl fajny dzien! Udalo sie zgrac tak, ze wraz z Paczkiem (obecnie: Chrupkiem;) mielismy caly dzien wolny, wiec najpierw poszlismy do mariny, potem do Napoleona, potem na druga strone miasteczka i spacerkiem na statek, skad wraz z plecaczkiem po croissanty i na plaze. Plaza okazala sie kawalkiem wybrzeza pokrytym piachem pozbawionym smieci, ale co tamJ Spedzilismy tam sporo czasu delektujac sie lokalnym winem i ogladajac widoki. Fajnie miec dzien wolny!!!Dzis jeszcze tylko 8h wachty w nocy i plyniemy. Hej ho, do Maroko! 

Ajaccio

Siedzimy z bosmanem Chopina Michałem Bielskim Bielakiem Pączkiem na piwie i w internecie w jakiejs zaściankowej knajpce w Ajaccio i dywagujemy o życiu żeglarza. Wczoraj wraz z Markiem i Wiesiem ze Stateczku bylismy na baaardzo drogim piwie i po paru godzinach rozmowy wniosek byl prosty…żeglarze są dziwni.

Lizbona. I dalej.

Na lotnisku spotkałam Kapitana, który zabrał mnie taksówką na statek. Przy statku najpierw natknęłam się na grupę dzieciaków, z których kilkoro starych znajomych  rzuciło mi się na szyję, następnie na dyrektora z zeszłego roku – Bruce’a, a chwilę później na kochanego chopinowego cooka Marka. Wyściskałam go, wymusiłam obietnicę ciasta czekoladowego na Korsyce i wesołą gromadą poszliśmy w stronę żaglowców. Przykro trochę, że pracujemy na dwóch różnych. Na niebieskim statku okazalo się, ze poprzedni drugi oficer trochę zaniedbał sprzęt, za to korygował pomoce nawigacyjne dzielnie przez trzy miesiące. Zuch. Przywitałam się z mechanikami i bosmanem, po czym jak najszybciej pobiegłam na Chopina. Kochany statek. Praktycznie drugi dom. Wśród pracujących na dziobie postaci zauważyłam bosmana Pączka (przez niektórych zwanego Bielakiem;), on zauważył mnie, i tak zaczęło się wzajemne wyściskiwanie i wyrażanie radości ze spotkania. A radość była ogromna. Koniec końców usiedliśmy we trójkę w salonie kapitańskim, spożyliśmy przy zamkniętych drzwiach napój chmielowy, a uśmiechy na twarzach tylko się poszerzały. Jakże inna jest ta serdeczność od wszystkich uczuć doświadczanych na Concordii…jakże zadziwiająco dobra. Pączek odprowadził mnie na statek, na którym jeszcze pogadaliśmy dłuższą chwilę i poszliśmy oboje spac.  Bardzo, bardzo się cieszę, że Chopinek jest gdzieś obok. Przynajmniej w portach czas będziemy spędzać razem. O ile wachty się dobrze ułożą. Chopinek – Stateczek.  Płyniemy już trzeci dzień. Dziś na swojej wachcie przeszłam Cieśninę Gibraltarską. Codziennie próbuję wywołać Chopina na umówionej częstotliwości, ale bezskutecznie. Mieli problem z inspekcją portową i opóźniło im się wyjście – mam nadzieję, że w końcu wyszli i niedługo zobaczę ich na AISie (AIS – system identyfikacji statków w okolicy). Na statku jest tylko 37 osób. Dziwnie pusto. Dzieci i nauczyciele to tym razem grupa bez wyrazu, takie ciepłe kluchy. Nie ma werwy, nutki szaleństwa w tej zabawie, jaką ostatecznie jest żeglowanie. Dzieci nie są złe, wręcz przeciwnie, ale nie ma ich kto poprowadzić, zachęcić do czerpania radości z drobnych przeżyć. Inna rzecz, że przynajmniej jest spokój.  Pracę rozłożyłam sobie znacznie lepiej, niż ostatnio. Jak na razie udaje mi się spać ok. 7h na dobę (2+5), co bardzo mi się podoba. Jeszcze przez parę dni będę się do takiego układu przyzwyczajać, a potem pójdzie gładko. Obecnie zajmuję się głównie przywracaniem sprzętu do dawnego stanu, dziś zaczęłam też korygowanie map amerykańskich, których całkiem nowy plik dostaliśmy dwa porty temu. Mamy też nowiutkie wdzianka strażackie – prezentujemy się w nich z bosmanem jak strażacy z filmów akcji;-) Parę słów o załodze. Mechanicy – jest Marek i Jasiu. Oboje przyjaźnie nastawieni, miejmy nadzieję, że permanentnie. Bosman – Andy. Ten facet po prostu nic nie robi, opierdziela się całymi dniami udając, że pracuje nad jakimiś nikomu niepotrzebnymi drobnostkami w bosun  lockerze (=warsztat bosmański). Dzieci nie robią nic przy statku, na wachtach bosmańskich też zajmują ich jakieś pierdoły, bo bosman nie ma za grosz świadomości, że pracę można zorganizować i dzięki temu osiągać wymierne jej efekty. Dziś porwał jeden ze sztaksli (=żagle trójkątne), kapitan prawie wyszedł z siebie. Cook – Irlandczyk Kevin, wspaniały kucharz! Wraz z inżynierami nie możemy uwierzyć, że naprawdę ktoś nas na tym statku karmi jedzeniem. Poza tym bardzo śmieszny facet, a mówi tak niewyraźnie, że dosłownie nic nie rozumiem. Mógłby równie dobrze bełkotać po chińsku. Ciekawa rzecz, że pracował wcześniej na żaglowcu Asgard II, który niedawno zatonął. Chłodno, pada, mokro i ciemno na tym śródziemnym…Dochodzę do wniosku, że lubię ciepłe wody:-) Czyżby wiek podpowiadał, że kości trzeba grzać, a nie ziębić?;-) Hehe, pewnie koledzy żeglarze z 3miasta teraz pukają się po głowach..;)  Podsumowując, humor mi dopisuje i nie mam ochoty tego stanu rzeczy zmieniać. Buziaki!