Miesięczne Archiwa: Lipiec 2008

Burin, Nowa Funlandia

Nowa Funlandia jest piekna! Jak Norwegia, jak fiordy. Tylko z ręki nie jedzą. Za to ludzie są przemili. Wczoraj zorganizowali nam imprezę, podczas której musieliśmy calowac rybę i pić tani rum, czym zasłużyliśmy sobie na miano Nowofunlandczyków. Mam już więc podwójne obywatelstwo;-)
Piękne miejsce na dłuuugi wyjazd z rowerami lub plecakami. Kto wie, moze kiedys… 

Lunenburg

Po kilku dniach zjawil się na pokladzie pierwszy oficer. Zanim się zjawil wraz z Joan pojechałyśmy do Halifaxu odebrac go i inżyniera Jasia z lotniska. Nie tylko po to, ale również. Michal, rodem z Polski, okazal się oficerem z dużych statkow, którego doświadczenie zaglowcowe ogranicza się do Daru i kilku dni na Pogorii. Dzien nastepny przynosi na statek Gweneth (shipboard direktor) oraz Geoffa i Angusa, pomocnikow bosmana. Calej czworce funduję szkolenie safety, wbijam ich w immersion suity, przeganiam po statku pokazując dokladnie wszystko. W koncu pro-crew. Przechodzimy do „rig”, czyli takielunku. Opisuje dzielnie zagle, procedury stawiania i zrzucania, omawiam zasady bezpieczeństwa, jakie należy stosowac z dziecmi. Wchodzimy na maszt, potem na reje gawędząc sobie o tym, co wolno, a czego nie. Michalowi rzednie mina. Przywykl do troche innych standardow, ale ze chłopak jest fajny, jezdzi na motorze i chodzi po gorach, to się szybko przystosuje. W czasie opisanego wyzej popołudnia na statek przychodzi Joan i zaprasza na grilla do jej rodzicow. Kapitan i nasza dwojka punktualnie wyruszamy do domostwa panstwa Olivella. Okazuje się, ze nie jest to zwykle barbeque. W załączniku dostajemy tyle serdeczności, tyle domowej atmosfery i tyle ciepla, ze przyzwyczajona do statkowych realiow reaguje prawie nostalgicznie. To bezcenne, jeżeli można się czuc jak w domu z dala od domu. Na odchodne Joan wrecza mi puszke Maple Sirrup, syropu klonowego. Kiedys, na Concordii, wspomniałam, ze chciałabym go spróbować i może przywieźć troche do domu. Odpowiedziala wtedy, ze dobry syrop jest superdrogi i temat się skończył. A tu taka niespodzianka. Nie wiem, jak inaczej powiedziec „dziekuje”, wiec mowie po prostu, tyle, ze po angielsku.Czas na statek, do prawdziwego „domu”, do prawdziwej pracy. Jeszcze miesiąc i lece do Warszawy. Przez Islandie.

Ostatni etap

Droga z Bermudy do Lunenburga przyniosła kilka zdarzen ciekawych. Jednym z nich było silnikowanie i ciągły stres o ilość paliwa. Lapanie wiatru. Do zagli wciąż Bryce i ja. Drugą ciekawostką był wieloryb razy kilka. Udalo mi się raz wypatrzeć ogon tego ogromnego ssaka, gdy wynurzyl się z wody tuz przy burcie. Udalo się tez zobaczyc grzbiet i „water spray” wyrzucany w powietrze. Całkiem blisko. Tak się ciesze, ze bylam wtedy na pokladzie! Zawsze chciałam zobaczyc wieloryba przynajmniej raz jeszcze po wyjsciu z Cape Town i udalo się. Delfiny już nie robily wrazenia.Kolejne zjawisko, które dane nam było napotkac również wlicza się do zbioru „chce kiedys zobaczyc”. W tej chwili zmienilo lokalizacje do „nie chce już nigdy wiecej widziec”…Waterspout. 1230, na mostku zjawia się Bryce, wprowadzam go w sytuacje, gadam sobie dzielnie o echach na radarze, patrze pogodnie przez okno, a tu zamiast pogody – lejek! Z chmury! O w mordke jeza…Bryce, is this not a waterspout forming? Broad on port beam! W odpowiedzi otrzymalam cisze i “oh, f***!”. Natychmiast rzucam się w strone PA (public announcement) i krzycze „all hands on deck”, po sekundzie zjawia się kapitan. Dzieciaki wybiegaja szybko. Kilka slow organizacyjnie – Bryce foremast, Gosia main, Piotr mizzen. Nie wspomniałam, ze stoja wszystkie zagle, jako ze wlasnie oszczędzaliśmy paliwo.  Studenci zrzucaja wszystko nadzwyczaj sprawnie. Szybkie rozkazy, ogarniecie deku, wiązanie dodatkowej liny na Zodiac, sztalowanie. Byliśmy gotowi w momencie, gdy trąba dotknęła wody i można było zauważyć mgłę/pianę wirującą wokół miejsca styku. Doświadczenie co najmniej pouczające. Zawsze myślałam, ze czas narodzenia i rozwiniecia się trąby jest o wiele krótszy. Myślałam tez, ze porusza się ona z o wiele wieksza prędkością. Okazuje się, ze nie jest tak zle. Oczywiście z perspektywy mostka Concordii, bo zza steru malego jachtu miałabym pewnie nieco inne odczucia. Takich trąb spotkaliśmy lacznie około 8 w ciagu niecałych dwoch dni. Nie wszystkie rozwinęły się w pelni, czesc lejkow cofnęła się. Nasza wrażliwość na nie stopniowo spadala i osiągnęła poziom „no dobra, to powiadomimy kapitana” przy ostatniej. Kapitan tez się zdążył znieczulic do stopnia „e tam, ta jest daleko, zawolajcie jakby się zbliżyła”. Wcale nie była daleko, wcale a wcale. Zbliżyła się, zamiast powyginanego rożka zaczela przypominac cygaro, wiec zawołaliśmy. Nie pomoglo to jednak wzbudzic paniki- waterspout zostal potraktowany bez emocji, zmianą kursu.Dwa dni przed Lunenburgiem spowila nas mgla. Widzialność spadla do 100m. Może. Snuliśmy się po woli, oczy dookoła glowy, tyfon w pogotowiu, ARPA non stop. Standardowe procedury. Dobrze sobie czasem przypomniec, ze nie wszedzie jest ocean i za towarzysza jedynie niebo. Na swojej wachcie mijam cale grupy sieci rybackich. W sercu dziekuje za plawki z reflektorami radarowymi.Mijamy George’s Bank. Przypominaja mi się slowa szanty. Na mostek wchodzi Piotr, patrzy na ECDIS i mowi, ze tu wlasnie wielu rybakow stracilo życie.Brzegi Nowej Szkocji. Slowa szanty znowu przychodza na mysl. Tym razem szanta jest radosna, skoczna. Podobnie brzeg. Po nocy spedzonej na kotwicy w Rose Bay rozpogadza się i ląd kusi zielonością. Wchodzimy do Lunenburga, wielki dzien. Dzieciaki maja tremę. Od kilku dni ćwiczyli parade rejową, bardzo chcą dobrze wypaść. Do portu wchodzimy bez większych potkniec. Na kei czekaja tlumy rozkrzyczanych rodzicow. Zaraz zacznie się pandemonium, pieklo i chaos…dlugo nie trzeba było czekac. W momencie położenia trapu praktycznie stracilismy kontrole nad sytuacja. Tlumy przewalaly się na statek i przeciwnie. Jak kazano, witalismy ich uśmiechem i dobrym slowem. „Żeby to się już skończyło”, tłukło się po glowie.Dzieci zeszly ze statku, wreszcie cisza. Pod pokladem bajzel niemiłosierny. Czesc zostawila rzeczy, żeby je pozniej zabrac. Nie wiadomo, co jest czyje. Spokoj.Nastepnego dnia ze statku schodzi Bryce i czesc nauczycieli. Kolejnego dnia znika Carley. Zostaje na pokladzie ja, Krzysiu inżynier i kapitan. Na burcie zjawia się Captain Strab, Kapitan Andrzej Straburzyński, który przejmie statek na kolejne pół roku.Gdzies w miedzy czasie zabieraja nas wieczorem na crew party do restauracji. Po oficjalnym, kilkugodzinnym zakończeniu roku, na które zobowiązano nas do włożenia „mundurka”, wydaje się to nagrodą. W milej atmosferze bawimy się do 2200, po czym impreza przenosi się na statek. Ech, ciezko było, ciezko. Dzieci żegnając się rzucaly się na szyje. Dziękowały, wspominaly. W jakims stopniu to piekna nagroda za poniesione trudy. W jakims stopniu, bo te dzieci są inne niż polskie. Nie wierzyłam, teraz wierze. Od małego uczone są obłudy o oduczane szczerości. Po pewnym czasie przestajesz im wierzyc.

„Bermuda”

Noc przed planowanym wejściem mielismy spędzić na kotwicy. Dobroduszność pana harbormastera wywarla na nas jednak przymus bezpośredni staniecia przy kei w St George. Niby fajnie, bo ląd dzien wczesniej, ale z drugiej strony docking razy dwa dzien po dniu. Ten ze docking okazal się nieszczęściem w szczęściu – z czterech podanych rzutek doleciała jedna, przy czym trafienie pozostałymi w brzeg wymagalo do czterech prob. Zenada, zenada i niebezpieczna sytuacja spowodowana niekompetencja rzutkowych. Nic dziwnego, ze Kapitan lekko się zdenerwowal, co, jak wiadomo, na oficerach odbija się w pierwszej kolejności. Po zaaplikowaniu dozy takiej motywacji niezwłocznie zorganizowaliśmy cwiczenia w rzucaniu rzutkami. Okazalo się to madrym posunieciem, tylko nieco przesuniętym w czasie w stosunku do sensu, jako ze dzieci wyznaly, ze nikt im wczesniej nie pokazal prawidłowej obsługi rzutki. Przez dziesięć miesięcy trwal taki stan niewiedzy i niedokształcenia. Coz tu komentowac…Wieczor w St George minal na spacerku po okolicy przedsięwziętym wraz z Carley (obie chciałyśmy się „vent” – wygadac), a nastepnie spozyciu duuuzej ilości „Dark&Stormy’s”, lokalnego drinku z rumu Goslins i ginger beer.2300-0300 wachta portowa. Bez większych ciekawostek.Rano dnia nastepnego przestawiliśmy się do Hamilton. Tym razem z rzutkami nie było problemu. Droga do portu ukazala okoliczne krajobrazy i uświadomiła, ze nie bez powodu na Bermudach zamiast deszczu padaja dolary. Sam port – ladne miejsce. Postawili nas w srodku miasta, na waterfroncie. I dobrze, bo wszedzie blisko. Starym zwyczajem z dnia poprzedniego utrzymaliśmy dzienne spozycie Dark&Stormy’s, wykorzystując czas wolny dodatkowo na inne atrakcje. Blondyn i Wysoka, na ten przykład, zafundowali sobie fryzjera za 60$. Ludzie maja rozne fanaberie, ale Amerykanie chyba przoduja w bezsensownych. Wtedy zaczelam mieć po woli dosc polnocnoamerykanskiego podejscia. Brakowalo, ach jak brakowalo polskiej rzutkości, ikry. Przykładowo przeforsowanie pomyslu spedzenia popołudnia na plazy z otrzymana jeszcze na Dominikanie za free flaszka rumu zajęło mi pare dni. Chodzilo o to, żeby zrobic cos innego, nieco szalonego, w zadnym wypadku nie chodzilo o sam rum. Coz, dla Amerykanow okazalo się to malo atrakcyjne…dopiero po zwycięstwie mojej perswazji przyznali racje – tak, było fajnie, super sprawa. Mialam wachte 0800-2200. Co tam, 14h. Lepsze to, nic pamiętny maraton 28h z Belem. O 2200 moi drodzy obywatele polnocnej Ameryki Stanow Zjednoczonych obiecali zjawic się na statku i spędzić reszte wieczoru razem. 2215 siedzielismy już w taxowce na plaze Elbow Beach. Wybraliśmy sobie najciemniejszy kąt pod skalką, rozłożyliśmy reczniczki i rozpoczęliśmy relaksacje. Pelnia księżyca, bermudzki mięciutki piasek pod nogami przypominający mąkę, szum oceanu i brak ludzi dookoła. O to chodzilo, tego brakowalo. Blondyn i ja weszliśmy do wody. Pelnia księżyca, a my w oceanie, szum fal, super! MsT poczula się nieswojo opuszczona przez swego Upatrzonego Nieustrzelonego, wiec udala sie na spacerek. Blondyn, jak każdy przedszkolak, zlapal się na haczyk „litość” i pobiegl za nia. Ach, ci Amerykanie… Koniec końców rzeczona uprzednio flaszka rumu zniknęła szybko, co po niektórzy przeforsowali inne rozrywki związane z plywaniem w oceanie w świetle księżyca i niczym wiecej, inni uznali to za malo interesujące, bo zbyt szalone. Dzieki temu niektórzy maja ciekawsze wspomnienia z bermudzkiej plazy, a inni pamiętają tylko piasek. Ja swoich wspomnien nie oddam;p