Miesięczne Archiwa: Czerwiec 2008

Karaiby – St Lucia

 

Karaiby

Board of sv Concordia, Bahia de Samana, Dominican RepublicSiedzę sobie na statku i ciepłą myślą ogarniam ostatnie tygodnie, może raczej dni, nie wiem. Czas płynie tu zupełnie inaczej. Pomyśleć, że do końca pierwszego kontraktu jeszcze tylko trzy tygodnie, co oznacza, że jestem tu już ponad dwa miesiące. Szybko zleciało, zwłaszcza, że złego się nie pamięta. Ostatni etap z Belem do Samany obfitował w niespodzianki. Pewnej nocy weszłam na mostek celem objęcia wachty i ze zdziwieniem zobaczyłam trasę przebiegającą bardzo blisko i jakoś tak naokoło…Barbados.  Pod koniec wachty na mostku byli już wszyscy, a kotwica czekała gotowa do rzucenia. Zakotwiczyliśmy! Co więcej, Piotrek – MASTER zwolnił pro-crew i sam został na statku. Ta wyspa jest jak z filmów lub folderów biur podróży – woda ma ten właśnie kolor, drinki smakują tak, jak wyglądają i słońce świeci prosto z nieba. Zieleń, błękit. Daleko nie zaszliśmy, bo yacht club przyciągał wzrok i tam właśnie zrobiliśmy przystanek numer jeden. Białe trójkątne płótna powiewające pomiędzy ozdobnymi filarami, campari z sokiem i bose stopy. Z drugiej strony baru basen – na wypadek, gdyby ktoś miał ochotę popływać z drinkiem. Potem spacerek. Relaks, relaks, relaks.Nie minęło nawet 20 godzin od podniesienia kotwicy, a tu powtórka z rozrywki. Tym razem St Vincent. Na ECDISie jedna z zatok oznaczona jest trupią czaszką – Jolly Roger, bez dwóch zdań. Kapitan wskazuje na skałę z dziurą na przestrzał, po lewej stronie wejścia do zatoki… skądś ją znam….….Jack Sparrow szerokim ukłonem oddaje honor straconym tu niegdyś piratom….Tak! To tu kręcili „Piratów z Karaibów”! To ta skała i ta zatoka! Choć w rzeczywistości nie jest tak spektakularna…Wodujemy Zodiac. Bryce i Abe wożą dzieci na ląd do momentu, gdy silnik w pomocniczym pontonie pada zupełnie i nieodwracalnie. Ostatnim transportem zabieram się ja z bosmanem – mamy misję do spełnienia. Nie bez trudu manewrujemy między skałami próbując dostać się na drugą stroną łuku skalnego. Skuteczna okazuje się metoda „pomostowa”- ja próbuję pełznąć po skałach, a Abe podstawia dziób Zodiaca jako pomost, jeżeli odległość jest za duża. W końcu sukces – mam zdjęcie Concordii widzianej przez piracką skałę. Czas na ląd. Robimy sobie zdjęcia w trumnach, następnie na schodkach rozpadającego się elementu scenografii, po czym włazimy do wody i dajemy się poparzyć żyjątkom bliżej niezdefiniowanym, a następnie delektujemy się rumem Sunrise z tonikiem. Relaks, relaks. Bryce musi wracać na statek, Carley chce iść na lody, Abe woli zapuścić się w interior wyspy. Wybieram opcję C i nie żałuję. Rzeczywistość reggae wśród owoców mango, które jemy prosto z drzewa. Mieszkańcy piją piwo i rum, palą trawę, cieszą się do słońca i przyjaźnie zagadują.  Rdzeń mentalności lokalnej, bez warstw turystyką wykreowanych. Jest po prostu pięknie.Nie minęła doba od podniesienia kotwicy, a tu kolejna niespodzianka. Tym razem już jest mi mniej do śmiechu, bo dzień w porcie i wachta nocna nie pozostawiają zbyt dużo miejsca na sen, ale cóż robić – Karaiby! Wyspa zwie się St Lucia i jest najpiękniejszym miejscem, w jakim dotychczas byłam w życiu. Stanowi połączenie turystycznie rozwiniętego Barbados i zapomnianego przez obcych St Vincent. Niewypowiedzianie wspaniale. Spędzamy dzień jedząc lody i fundując sobie megadługi spacer po północnej części wyspy. Całość kończy się rumem z tonikiem i kąpielą w lazurowej toni. O 1700 trzeba nam wracać – Piotr chce zejść na ląd. Siadam sobie na dziobie Zodiaca i rozwiązuję włosy – zawsze chciałam to zrobić, jak dziewczyny w Słonecznym Patrolu ;pNa statku jak zwykle miłe powitanie ze strony mechaników, kilka epitetów w stylu „leń jesteś” itp. Z ich perspektywy może i tak, bo ostatnio byli na lądzie w Belem…przez godzinę, bo tyle zabrała droga do sklepu po papierosy. Cóż… Z drugiej strony, to całkiem ciekawe zjawisko, tacy inżynierowie. Narzekają na swoją pracę cały czas, nie przebierają w słowach obsmarowując kuka, bosmana, oficerów i nawet pierwszego po Bogu jednocześnie podkreślając, jakie to wysokie kwalifikacje sami posiadają. Zakrawa to o absurd, bo krytykowanie faceta po amerykańskiej Maritime Academy jako argument naczelny wysuwając ukończenie polskiej jest niesmaczne, choć ich doświadczenie jest bezsprzecznie nieporównywalne. Ciekawym jest więc fakt, że zdarzyło mi się już parę razy wysłuchiwać, jacy to panowie są biedni, bo pracując na Concordii przez tyle lat od dawna nie są na bieżąco i innej roboty po prostu nie dostaną. Rzeczywistość ich gryzie i wyładowują się na innych, którzy znają statek gorzej i popełniają w związku z tym błędy. Ech… Płyniemy z St Lucia do Samany. Wiatr zdycha prawie zupełnie, walczymy o prędkość manewrową. Znowu nie wiem, czy zamiarem naszym jest być na miejscu jak najwcześniej, czy możemy sobie pozwolić na żeglugę żółwią – zamiary kapitana są mi nieznane. Nie robię więc nic – bosman ma wystarczająco dużo roboty i bez moich manewrów żaglowych. Na mostku pojawia się Piotr i każe się dożaglować. Dobrze więc – dostawiam dwa żagle rejowe, dwa sztaksle i gaftopsla. Przyspieszamy z 2,5kn do 4kn i nasze ETA wypada całkiem przyzwoicie, więc jest OK. Schodzę z wachty, wraz z kawą ładuję się do biura i zaczynam mozolną grzebaninę w papierach celem przygotowania raportu do Lunenburga. Nagle drzwi z mostka otwierają się i słyszę tylko „czy ja Ci kazałem stawiać gaftopsla???” –„no..nie…” –„to po h… go stawiałaś?!”. W mojej głowie i na twarzy rodzi się tylko jedno niesprecyzowane pytanie zbliżone do „że co…jak…eee???”. Widocznie ma bardzo zły dzień, zdarza się, puszczamy w niepamięć. W nocy przeprosił, więc tym bardziej. Życie na statku wymaga mądrości, tolerancji i bardzo dużo wyrozumiałości, a wszystkie te cechy przychodzą z czasem…chyba. A może i nie. Wiem jedno – można z ludźmi spędzić miesiące na żaglowcu i nie poznać ich nawet z grubsza. Można też spędzić z nimi tydzień na małym jachcie i poznać głębokie warstwy ich jestestwa. Dlatego bardzo, bardzo chce płynąć we wrześniu na Classic Cup. Tylko jacht mi dajcie…                                                                                                                                         

Dominikana

Office Policy… Wywalili bosmana. Wracam na statek po wieczornej eskapadzie, lokuję się w biurze w celu obejrzenia filmu przy okazji wachty portowej, aż tu zjawia się Abe i prosi o paszport, po czym pyta o żółtą książeczkę. Było to trochę dziwne zważając na godzinę (0300), ale cóż – Abe to Abe. O 0400 przekazuję wachtę Elisie i mówię jej, że bosman wziął paszport ze skrzyneczki. Ona na to, ze załatwili z nim sprawe w wyjatkowo paskudny sposób. Dalszy opis sytuacji uderza mnie z siłą wodospadu ścieków. A było to tak: Abe miał wachte portową przez cały dzień, więc nie sprawdził maila, w przeciwieństwie do dzieci. Te z kolei otrzymały wiadomość od biura, że bosman z uwagi na swoje karygodne zachowanie (pacnął jedną dziewczynkę po głowie, ona mu oddała i wszyscy się śmieli) zostaje wyrzucony. Abe dowiedział się od dzieci, że o 0500 ma samolot do domu. Bez ostrzeżenia, bo kapitan pogadał z nim już po powrocie dzieci z miasta. Szokujące jest to, że biuro zaproponowało mu powrót na kolejny kontrakt. Wyrażenie „Office Policy” jako wyjaśnienie zaistniałej sytuacji, która moim zdaniem jest niedopuszczalna, usłyszałam następnego dnia nie raz…Wracając do nocy. O 0400, tuż po przetrawieniu pierwszego szoku, znajduję Abe’a przy komputerze w seminar room. Facet jest ewidentnie przybity. Nic dziwnego. Oferuję, że zgram wszystkie zdjęcia, wrzucę na Picassę i prześlę mu linka. Ucieszył się. Wyściskaliśmy się, wypiliśmy po łyku z mojego tajnego kajutowego zasobu porto i tyle go widziałam. To bardzo, bardzo smutne. Niezrozumiałe. Nie mieści mi się w głowie, że ludzi można traktować w ten sposób. Tym bardziej, że w interesie armatora powinno leżeć, żeby bosman przekazał listę planowanych i już prowadzonych robót na statku. Sail Calls i nowy „bosun” Tak więc zostaliśmy sami. Bryce i ja kontra wachty, manewry wszelakie żaglowej i innej maści, maintenance na deku i na rejach, a w tle brak pojęcia o przedsięwziętych już projektach Abe’a. Nowy bosman, Andy, okazał się byłym kierowcą autobusu, który ma co prawda własny jachcik, ale na żaglowcu nigdy nie był i z dziećmi nie pracował. O litości! Pożytku z niego niewiele. Manewry żaglowe sprawiły mi radość – wreszcie miałam możliwość je prowadzić! Obsadziłam dziób, reje i śródokręcie, Bryce zajął się grotem i bezanem. Super! Praca na deku – no problem. Znam więcej terminologii odrdzewiaczowo-malarsko-stolarskiej po angielsku, niż po polsku. Wzięłam na siebie cerowanie żagli rejowych. Dzięki temu byłam na fokmaszcie kilka razy w ciągu jednego dnia. To więcej, niż przez ostatnie 2 miesiące. Lifering Bracket i moja stolarkaJ – czyli prace na deku c.d. Kosz na koło ratunkowe rozpadł mi się prawie w rękach, więc go odmontowałam I zniosłam do bosun lockera w celu wstawienia deseczki w miejsce popękanego drewna, które należało uprzednio wywalić. Nie mając bladego pojęcia o pracy z drewnem jakoś sobie poradziłam – wyszło marnie, ale się udało tak, że skończyłam klejenie epoxydem tuż przed wachtą. Pokryta pyłem ze szlifowania wgramoliłam się na mostek, zdjęłam pas roboczy, uprząż i gotowa do przejęcia wachty starałam się niczego nie ubrudzić sobą. Piotrek był na tyle miły, że dał mi parę minut na oczyszczenie, więc po 5 min byłam znów na mostku, tym razem wyprysznicowana. Stoję sobie grzecznie wachtę, walczę z sekstantem, aż tu nagle widzę kapitana zmierzającego w moją stronę od bosun lockera. Wiem, że zaraz mi się dostanie, bo Piotr patrzy prosto na mnie przez okna mostka. Ech… Gotowa na OPR pytam „za co tym razem?” i słyszę, żebym mainstaysl’a postawiła, jak wiatr odkręci. Jak to, bez OPR??? Cóż, może nie widział, jak zrujnowałam w dobrej wierze zrobiony przez niego przed laty bracket… Po wachcie wracam do bosun lockera kończyć dzieło zniszczenia. Chciałam uzupełnić epoksyd pod krawędziami wstawionej deseczki i wyszlifować, jak złapie. Szykuję narzędzia, a tu pojawia się Piotr i z zadowoleniem stwierdza, że właśnie naszykował mi trochę szpachelki. Pomógł skończyć klejenie, udzielił paru rad, jak sobie robotę ułatwić. Naprawdę było miło, a po zakończeniu pracy z bracketem nauczył mnie szplajsować stalówki. Fajne popołudnie. BAHIA DE SAMANAZacumowaliśmy przy kei na odludziu bez nazwy. Kawał betonowego nabrzeża wypuszczonego w morze. Prawdopodobnie dawny lub niedoszły terminal pasażerski. W okolicy wieś i jedna droga na trasie St Domingo – Samana. Przynajmniej trudno się zgubićJ Dzień pierwszy upłynął na orientacji w terenie. Dotarliśmy do właściwego miasta, zrobiliśmy zakupy, znaleźliśmy Internet, a pina colada wypełniała nasze brzuszki sukcesywnie. Miejsce niezbyt ciekawe, brudne. Cóż, nie każdy port do Barbados;) Po powrocie na statek przejęłam wachtę portową i wtedy rozwinęła się cała sytuacja z Abe’m.Dzień drugi upłynął na przymusowej wachcie portowej za Abe’a i szkoleniu nowego bosmana. Niby mieliśmy się podzielić i wachtą i szkoleniem, ale mój drogi chief mate wyglądał na przejechanego przez walec, więc odwaliłam szkolenie sama, tym bardziej, że sam fakt uczenia sprawił mi niesamowitą przyjemność. Bosman to miły starszy pan, który po prostu nie wiedział, w co się pakuje, a najlepiej świadczy o tym fakt, że pomylił mu się dziób z rufą.Po całej tej wędrówce po takielunku miałam niedosyt zabawy. Byłam zmęczona i chciałam po prostu gdzieś wyjść. Moja stała ekipa portowa w składzie Bryce& MsT (Carley) udała się na spoczynek, więc co było robić – przekonałam kapitana. Poszliśmy do lokalnego baru bardziej przypominającego budkę z piwem, tuż za bramą „terminalu”, przy drodze. Plastikowe krzesła, hiszpańska muzyka, lokalni ludzie tańczący do niej i zimne piwo. Tego mi było trzeba. Noc zaczęła się młodo, a skończyła przed 0300 po kilku tańcach z mechanikiem Krzysiem i …barmanem.  Dzień kolejny. Wystrojona w sukienkę maszeruję na dek. Przy nawigacyjnej stoi moja wysoka koleżanka Carley Tallman trzymając kurczowo dziwne plastikowe przedmioty w rękach. Ewidentnie czeka na uwagę zajętego rozmową pana Pottera. Szybko okazuje się, że „pan Bryce” (tak mówi na niego polska załoga) obiecał jej pomoc w naprawie złamanego uchwytu od „waterbottle”. Przeczuwałam, że wyjście na ląd nie nastąpi bez opóźnienia. Wiedząc, że nasz statkowy blondyn nie zbiera się do pracy nadmiernie szybko, zaproponowałam swoją pomoc. Po chwili stałyśmy w bosun lockerze, obie w sukienkach i z okularami ochronnymi na oczach. Trochę szlifowania, trochę wiercenia, ociupinka epoksydu, imadełko i gotowe! Jeszcze parę miesięcy temu nawet by mi przez myśl nie przeszło, że będę umiała tego wszystkiego używać. Poranek nie przyniósł złego samopoczucia, więc tym radośniej wsiedliśmy do busa i pojechaliśmy do Samany. Plan nie był nazbyt rozbudowany – znaleźć  Internet, znaleźć plażę. Po uporaniu się z pierwszym punktem programu zabraliśmy się do poszukiwania, już wyciągaliśmy fundusze z bankomatu, aż nagle Carley wpadła na POMYSŁ. Ów pomysł polegał na wykupieniu „day pass’u” w pobliskim pięciogwiazdkowym resorcie. Cóż…można spróbować. I spróbowaliśmy. Za 45 dolarów spędziliśmy niesamowity dzień wędrując od restauracji do bufetu z przerwą na basen i bar. Day pass obejmował korzystanie ze wszystkiego, łącznie z barem alkoholowym – takie all inclusive na jeden dzień. Sączyłam caipirinię siedząc na werandzie w cieniu palm, patrząc na zatokę i zakotwiczone jachty. Teraz odbieram swoją premię, myślałam, to moja zapłata za nadgodziny. Wypoczęliśmy, naprawdę wypoczęliśmy. Było warto i wrócę w tamto miejsce, jeśli wiatr mnie tu jeszcze przywieje.

………………………

Wyruszylismy z Belem wczesnym popoludniem. Jeszcze tylko tankowanie na kotwicy I plyniemy dalej. Nauczona doswiadczeniem wywieszam “B-arana” zanim inzynierowie sie o niego upomna. Wzielismy siedem tysiecy litrow paliwa I podnieslismy hak. Wiatru jak na lekarstwo, wiec nikla szansa na zagle. O 1530 wchodze na mostek na koniec swojej wachty. Uzupelniam dziennik. Plyniemy na autopilocie, wiec czysta przyjemnosc sterowania strzalkami. Po dwudziestu minutach na mostek wchodzi Bryce kaszlac I pociagajac nosem, z twarza czlowieka chorego. Piotr odsyla go do lozka, ja popieram – podzielimy jego wachte na pol I bedziemy stac 6/6. Do 1800 czas mija szybko – trzeba prowadzic rzetelna nawigacje, chodze od radaru do ECDISa z lornetka na szyi, robie namiary, identyfikuje boje. W tych rejonach nie nalezy ufac mapom. O 1800 przychodzi Piotr. Ja czuje juz zmeczenie bedace efektem maratonu wacht portowych, jaki mialam w ciagu ostatnich dni pobytu w Belem (28h wacht z laczna przerwa 8h +5h tuz przed wyjsciem). Ide do koi. O 2000 rozlega sie wrzask z glosnikow – “ALL POLLYWAGS TO MIDSHIPS, NOW!!!”. O nie, zapomnialam…rownik! Tradycja na Concordii jest stemplowanie ludzi w dzien przed przekroczeniem rownoleznika 0. Niechetnie zwlekam sie z koi, nakladam na siebie cokolwiek I wyczolguje sie na dek. W nagrode dostalam wiadrem wody w plecy I pieczatke z trojzebem Neptuna na czolo. Z powrotem do koi. 2340 budzik, na wachte do 0600. Zagle niby stoja, ale glownie wisza, niby czasem cos przywieje, ale predkosc uparcie nie spada ponizej 4kn I zgodnie z przykazaniem Kapitana silnika odpalic nie wolno. Pod koniec wachty oczy mam otwarte tylko dzieki silnej woli I duzej ilosci mrugania. Kurs do koi. Padam w ubraniu. 0800 do kajuty wpada Carley I nakazuje przyjsc na “Colours”. Wstaje, nakladam na siebie cokolwiek I wyczolguje sie na dek – powtorka z rozrywki. Grzecznie zchodze do bosun’lockera, jak pozostale ofiary niecnych praktych chrzcielnych. Po drodze mijam Abe’a  I pytam, czy ma gdzies lozko zbunkrowane w swojej siedzibie, ale niestety – pozostaje improwizacja. Wobec powyzszego wdrapuje sie na najwyzsza zagielkoje I zapadam w letarg na stercie starych, pocietych odbijaczy. Katem oka widze Bryce’a moszczacego sobie legowisko na drugim koncu tej samej polki. Dzieciaki wlaczaja muzyke, ale ja juz jestem w stanie totalnego zobojetnienia – spac…robi sie goraco, na wszelki wypadek szukam inhalatora i…cholera! Zostawilam go Carley poprzedniego dnia, na wszelki wypadek. Dobra, damy rade. W koncu wolaja mnie na powierzchnie. Wypelzam na wierzch I wszystko jest dobrze do momentu az odkrywam, po co od tygodnia gromadzili odpadki zywnosciowe…ponton roboczy nadmuchali I wypelnili cuchnaca “zupa”! Ze co, ze ja mam tam wejsc? No dobra…ze polozyc sie? Co, twarza do dolu???!!! Ergrh…bleh…no dobra. Teraz posadzili mnie na odbijaczu, wlozyli deske klozetowa na szyje I wsmarowali we wlosy rozne “odzywki”, wszystko naturalne, oraz zaklajstrowali maka. Ech…no to nastepna stacja. Kubel smieciowy napelniony ciecza o zapachu wspomnianej wyzej “zupy”. Mam tam wlozyc glowe – OK, to juz przerabialismy. Ze co mam zrobic zebami?? Wyciagnac cos z dna?! Eee…probuje razy kilka, ale konczy sie na inhalatorze I daruja mi chwytanie rybiego lba. Teraz juz tylko kompocik na bazie solanki I syfiasta papka z grzybami, nastepnie prysznic z weza p-poz I juz klecze przed krolewska para morskich toni otrzymujac imie “Triggerfish”, w podziece za ktore caluje Prozerpine z stope. Utytlana w odpadkach I przesiaknieta ich aromatem skradam sie do zrodla wody, jakim jest hudrant I probuje splukac z siebie caly ten ceremonial. Ja to pol biedy, ale jak oni maja zamiar sprzatnac statek, to nie mam pojecia I troszke mnie to bawi;) Hehe, poza tym z Belem nie oddalismy smieci I jest duuuzo roboty z sortowaniem…och, biada wachcie bosmanskiej dnia dzisiejszego, biada! Gdy staje sie jasne, ze ceremonia Ecquator Crossing dobiega konca I wszyscy zamienili pogardliwe miano “pollywag” na dumnie brzmiace “shellback” schodze do kajuty I wylewam na siebie spora ilosc mydla I szamponu. Wachta od 1200 do 1800 sie dluzy. Zaczyna sie kolejny etap zmeczenia – otepienie, a to juz nie fajne w kontekscie prowadzenia statku. Piotr przejmuje wachte I zdziwiony pyta “a cos Ty taka zezloszczona?”. Po prostu dluzej nie wytrzymam, musze sie polozyc! Padam na koje w ubraniu, z oczu leja sie lzy, serce przyspiesza. Po chwili przestaje mi byc do smiechu – co jest, czemu nie moge sie uspokoic I zasnac? Oddycha sie ciezej…dosc tego dobrego, ide do Becky zmierzyc cisnienie, najwyzej padne gdzies na korytarzu. Oczy zalzawione – trudno, mam to juz w nosie, spac! Cisnienie I puls OK. Juz chce wychodzic, ale Becky chwyta mnie za reke, patrzy w oczy I mowi, ze nie moge spac ze zmeczenia I jestem wycienczona, dlatego organizm sie buntuje, emocjonalnie tez nie wyrabiam. Chetnie przyjmuje “cos na sen”. Lykam tabletki I czuje, jak zwalaja mnie z nog. Jestem juz w koi. Sen.2340 dzwoni budzik. Automatycznie zwlekam sie z koi, napedzana sila woli ubieram sie I ide na poklad. Piotr akurat robi jakies manewry zaglowe. Autopilot – kurs na mostek. Kapitan widzi mnie I tonem nieznoszacym sprzeciwu nakazuje “Spac! Co Ty tu robisz, spac idz! Ale to juz!” Probuje go przekonac, ze skoro juz wstalam, to postoje pare godzin I ze on sie wykonczy, jak nie pozwoli mi stac wachty. W odpowiedzi otrzymuje odpowiednie spojrzenie polaczone z gestem wskazujacym droge do zejsciowki. OK, ide, niech sie dzieje wola nieba. Padam spac. Budze sie o 1100. szybka kalkulacja daje 13h snu. Zyje! Czuje, ze zyje, a nie, ze umieram! Przypominam sobie, ze nie slyszalam wieczorem odglosow Candy Shopu – no tak, poprosilam dzieciaki, zeby tym razem byly cicho, bo jestem wykonczona I musze spac….i byly cicho. Chyba nawet oglaszali na PA, ze ma byc cicho… Wniosek? Po pierwsze, ze najwiecej realnej pomocy i dobrej woli doswiadczylam od ludzi, od ktorych najmniej sie jej spodziewalam, a najmniej od tych „najblizszych”. Drugi wniosek – bede spac tyle, ile trzeba – im gorzej ja sie mam, tym gorzej ma sie caly sprzet safety. Dzien po przebudzeniu. Rozanielona siedze na wachcie. Joan jest przy sterze, reszta je lunch, na pokladzie pusto. Wychodze sobie na skrzydlo pokazac jej, ze umiem juz zrobic „chinnup” – podciagnac sie na drazku (nigdy w zyciu nie bylam w stanie sie nauczyc, a tu? Prosze!), rozgladam sie i widze…trabe wodna!!! Na horyzoncie chmura, a pod chmura pionowe cygaro…o w mordke jeza… Lece po lornetki, patrze na zegarek. Teraz juz wiem, jak to wyglada. Zniknelo po 4 minutach. Nie chcialabym sie znalezc w poblizu tego potwora.Przez reszte dnia towarzyszy mi poczucie bycia wykorzystywana przez kolege pierwszego. On jest chory, bo ma kaszel, ale ja umieralam stojac za niego wachty…a tu ani nadmiernej wdziecznosci, ani zwyklej serdecznosci nie widac. Zrobilam, co nalezalo zrobic, jednak zaplacilam za to swoim stanem i o to wlasnie chodzi. W koncu nie wytrzymalam i powiedzialam, co uwazam na ten temat. Dodalam tez uwage odnosnie drobnych przyslug w stylu „czy mozesz mi przyniesc kubek wody”. Uslyszalam, ze ja nigdy nie prosze o nic, na co odparlam, ze czasem mozna po prostu pomyslec i zrobic cos z wlasnej inicjatywy. Przeszedl dzien, nastala noc i spotkalismy sie na mostku. Zdziwienie me nie mialo granic, jak sprezentowal mi kilka saszetek witaminek rozpuszczalnych w wodzie i bez pytania zabral moj talerz do kambuza. Czary?:)