Miesięczne Archiwa: Maj 2008

Belem.

Dzień pierwszy. Amazonka, kotwicowisko. Woda mętna, brązowa. Niebo zasnute chmurami. Mgliście, deszczowo. Dzień drugi. Cumujemy. Świeci słońce. Mam nową wachtę na rufie, szybko wyznaczam stanowiska manewrowe. Wszyscy są podenerwowani. Dość szybki prąd, pilot nie bardzo ogarnięty. Tym razem udaje się stanąć przy kei bez przygód. Obie rzutki lądują celnie na brzegu, dzieci posłusznie wykonują komendy.Po południu wolne. Jeszcze tylko sprzątnęłam z pokładu wszystko, co można wliczyć w safety equipement. Łącznie z EPIRBem, który zamieszkał w mojej kajucie na te kilka dni. Z dwojga złego wolę mieć EPIRBa za współlokatora niż pławkę świetlno-dymną.Miasto. Dużo ludzi, trzymam torebkę przy sobie. Ciasno, duszno, brudno. Razem z Carley idziemy przed siebie, szukamy sklepu z ciuchami. Kupić sukienkę, buty, bluzkę, cokolwiek, co nie jest pokryte farbą i jest po prostu ładne. Coś, co pozwoli poczuć się lepiej. Ostatecznie kupiłam czarną sukienkę przed kolano z odkrytymi plecami i obcasy z paseczkiem dookoła kostki. (uwierzycie? Ja, mała czarna i obcasy?;-). Tak więc szczęśliwa wystroiłam się na wieczór, Carley podobnie i wyszliśmy we trójkę na spacer i pyszne lody. Dzień drugi. Skrobanie podłogi w kambuzie. Odpadła część kafelków, próbowano różnych metod, ale wszystkie zawiodły. Ostatecznie po zeskrobaniu ostatniej warstwy epoksydu wyszorowaliśmy rzeczoną przestrzeń rozpuszczalnikiem 220, zmieszaliśmy nową farbę koloru szarego i chwyciliśmy pędzle w dłoń. Oby przetrwało, chociaż do Lunenburga.

Natal, BRAZIL, c.d.

 Niewiele mogę napisać o Natalu jako miejscu. Tak się złożyło, że łącznie miałam 7h wolnego, z czego część spędziłam ściągając korekty do map, a drugą część robiąc zakupy. Odnośnie korekt mogę powiedzieć tylko tyle, że mają tu bardzo wolny Internet, ale nikomu to nie przeszkadza,  bo zawsze jest „manana”;-) Drugi z wymienionych punkt programu zajmie nieco więcej miejsca w opisie. Od momentu zacumowania nie mogłam się doczekać wyjścia na zakupy. Postanowiłam nie oszczędzać, tylko pozwolić sobie na kilka przyjemności, tym bardziej, że spora część moich ubrań została trwale „splamiona” farbą w kolorze niebieskim, białym, czarnym lub czerwonym. Nie wiem, jak to się dzieje, ale niezależnie od tego, czy maluje burtą statku wałkiem na kiju, czy młoteczek do uruchomienia alarmu pożarowego małym pędzelkiem, i tak ubrudzę siebie i wszystko / wszystkich dookoła. Przy malowaniu burt farbę miałam nawet w oku, nie mówiąc o twarzy i włosach. Chłopaki z pro-crew, którzy siedzieli w tym samym pontonie, do dziś noszą niebieskie zacieki na skórze… Na sklepowe szaleństwo musiałam jednak poczekać.Dnia pierwszego malowaliśmy. All hands high, czyli wszystkie 6 rąk załogi zawodowej. Serca napawała otuchą myśl o wielkim planie na dzień następny – dzieci miały zaplanowany „homestay” (noc w domu jakiejś lokalnej rodziny), statek nasz! Do tego wkrótce przypadały urodziny Kristofa – II mechanika, wiec…Dnia drugiego malowaliśmy. All hands high. Wciąż rąk 6, choć dzieci z „port suspension” teoretycznie pomagają. W nocy jeszcze 4h wachty, wiec powoli przestawało być super i zaczynało być mniej promiennie na duszy. Słońce gorące. Widmo niekończącej się pracy. Wszyscy sfrustrowani. Dużo, dużo do zrobienia, a przecież każdy z nas ma jeszcze swoje stałe zadania… Nastał wieczór, usunięto wierzchnią warstwę farby ze spracowanych ciał przy pomocy rozpuszczalnika i szmaty. Do mesy wniesiono zgrzewkę piwa i wspólnie ją unicestwiono, po czym poprawiono dziwnym trunkiem zakupionym przez Kapitana na St Helenie. Cos na bazie kaktusa i krewetki, w smaku przypominające zwykły bimber, ale daliśmy radę. Impreza poprawiła humory, lecz zmęczone towarzystwo szybko się rozmyło. Marek, chief ingineer, zaproponował wyjście na piwo, więc niewiele myśląc zgodziłam się. Miejsce, do którego poszliśmy było bardzo…portowe…jako że znajduje się tuż przy bramie portu, oczywiście. Sama bym tam nie weszła. Cóż, ciekawe doświadczenie…lokalnego folkloru… wracamy na statek przed 0000. Na kei słychać muzykę. Skąd? Z Concordii? Tak, ewidentnie od nas. Przyspieszamy kroku, pada deszcz. Z daleka widać, że pokład pusty, ale… drzwi na mostek otwarte. Co się dzieje, przecież mieliśmy trzymać mostek zamknięty od zewnątrz!? Podchodzimy bliżej. Przez smugi deszczu widać sylwetki ludzi, słychać śmiech. Przez drzwi „wypada” jedna z nauczycielek w stanie zdecydowanie wskazującym i rozbawiona zaprasza nas na imprezę. Ja w szoku, Marek też. Osłupiała pytam „kto jest teraz na wachcie” i słyszę „ty!”. Wchodzę na mostek. Muzyka atakuje bębenki w uszach. Ze zgrozą patrzę na kubki z drinkami w sąsiedztwie elektroniki. Gęsto od ludzi, części nie znam. Spostrzegam bosmana. Przebijam się do niego i jasno stwierdzam, że ludzie i alkohol z mostka muszą zniknąć natychmiast. Na szczęście nie muszę długo przekonywać i sytuacja się rozwiązuje. Wszyscy po chwili się rozchodzą, ja odbywam rzeczową rozmowę z Elisą – dziewczyną, która jest jednocześnie pomocnikiem cooka i bosmana, nie ma żadnych papierów, ale stoi wachty „pod nadzorem”, czyli z kimś z pro-crew na statku. Nie dziwię się, że nie reagowała. Nie miała szans wpłynąć na tę sytuację. Odsyłam ją do koi i sama biorę resztę jej wachty do 0400. O 0350 na pokład wychodzi Bryce. Wkurzona opowiadam mu całą sytuację. Jednocześnie przychodzi rozżalenie i frustracja. Rozmawiamy o tym, że na Concordię nie wrócimy, bo ilość pracy w relacji do snu, nie mówiąc o odpoczynku, jest ponad siły.Dzień trzeci. Mój teoretycznie wolny czas. 0630, do kajuty wchodzi bosman i pyta „do you feel like doing some painting?”. No tak, sama prosiłam, żebyśmy zaczeli wczesniej, żebym miała szansę na długo wyczekiwane zakupy. Tylko że ja dopiero co się położyłam… po 10 min siedzę już w pontonie, który zdążył już zmienić kolor z szarego na nakrapiany niebieski. Malujemy we trójkę. 0 1000 przerwa. Kapitan prosi mnie na słówko i pyta, co się działo w nocy. Mówię prawdę, nie wymieniając, kto był na mostku. Po chwili chłopaki dołączają do rozmowy. Kapitan zaczyna od „I heard there is some sort of frustration between you, guys…”. No tak. Bryce z nim rozmawiał rano. Usłyszeliśmy “Thank you guys, you did really good job” i cała frustracja jakoś zniknęła. W jej miejsce pojawił się zalążek satysfakcji. Uśmiechnięci wracamy do pontonu. Teraz malujemy linię wodną i humory dopisują. Wieczorem impreza. Dzieci nie ma, kadra harcuje;) Odesłałam Bryce’a do koi, bo był koszmarnie wyczerpany, wyglądał tragicznie, i tym samym zostałam officer on watch. Fajnie, że robimy sobie nawzajem takie przysługi. Nie dzieje się to często, ale zawsze pozostaje jakaś alternatywa, a to bardzo dużo. Przy pomocy noża otworzyłam zmrożoną torebkę „Emergency Water”, pozostałość po przeglądach tratew ratunkowych. Ciekawe, że nie sposób otworzyć jej bez ostrza. Zmieszałam lód z kroplą Martini, lionką i dużą ilością sprite’a, ruszyłam na obchód statku. W sumie dobrze się złożyło, że wzięłam tę wachtę. Mogłam pobyć sama wśród ludzi i…odpocząć. Co jeszcze ciekawego w Natalu… byłam w telewizji! Brazylijskiej, ale zawsze. Pan reporter przyszedł na statek i grzecznie poprosił o „very simple language”. No problem, pomyślałam.Inna, chyba najciekawsza przygoda miała miejsce dnia ostatniego przed wypłynięciem. Zostaliśmy zaproszeni na bankiet na Cisne Branco. Ubrani w mundurki pomaszerowaliśmy na fregatę. Miałam na sobie mundurkową spódniczkę, białą bluzkę, zawiązany przez inżynierów krawat i czarne obcasy. Chyba dobrze. Kapitan z Joan, jedną z nauczycielek, zniknął nam z oczu dość szybko, tak więc wraz z pierwszym robiliśmy co w naszej mocy, żeby godnie zaprezentować siebie i statek. To zabawne, ale zasady takich imprez są proste… „nie rozlej nic na siebie, nie rozlej nic na innych, ciągle się uśmiechaj i chwal statek gospodarzy”. To przyjęcie było naprawdę wspaniałym przeżyciem zwłaszcza, że natknęliśmy się na chief stewarda Alessandre, którego poznalam dzień wcześniej i oprowadził nas po całym statku, łącznie z siłownią, kajutą kapitańską, kambuzem i pralnią! Nie wydaje mi się, żeby wszyscy goście byli oprowadzani tą trasą. Piękny, wspaniały statek! Zaprzyjaźniliśmy się z pierwszym oficerem. Bryce wykorzystał okazje i spytal o możliwość wejścia na maszt Białego Łabędzia. Odpowiedź była niby neutralna, grzeczna, ale generalnie ani przecząca, ani twierdząca. Cóż… zawsze istnieje możliwość, że nie zrozumieliśmy się nawzajem. Native speakers mają to do siebie, że nie mają pojęcia, jak trudnego języka używają. Postanowiliśmy spróbować raz jeszcze. Ustawiliśmy się w kolejce do trapu. Załoga stała żegnała gości. Bryce zagadał kapitana, który płynnie mówi po angielsku, a ja uśmiechnęłam się do pierwszego. (“Gosia, now it’s you who will talk, you’re a girl, they are seamen, use the sweet talk” …). Zadziałało. Następnego dnia o 1000 LT trójka pro-crew i pięciu chłopaków z High Altitude Club, statkowego klubu żeglarskich prymusów,  ubrani w uprzęże ruszyliśmy w kierunku Łabędzia. Przeżycie było niesamowite – wdrapałam się na najwyższą reję fokmasztu! Mam zdjęcia dla tych, którym trudno uwierzyć;-) Po serdecznym pożegnaniu wróciliśmy na Concordię. Jeszcze tylko szybkie zakupy i wypływamy. 

………

Ascension Island, Atlantic Ocean, 07 54,9 S 014 25,0 W, 0009 UTC

 Na Świetej Helenie było fajnie. Dostały mi się aż dwa “shore leave’y”, z czego pierwszy wykorzystałam w ciekawy sposób, a drugi okazał się porażką. Wraz z Carley – nauczycielką, z którą da się pogadać, pojechałyśmy do posiadłości Napoleona, a następnie podczas kilkugodzinnego spaceru do Jamestown odwiedziłyśmy jego grób (pusty, nota bene). Wieczorkiem jakieś piwko w towarzystwie nauczycieli. Dzień kolejny spędziłam malując „portholes” (prościej: bulaje) i szlifując nagielbanki, dałam też popis umiejętności prowadzenia Zodiaca (śmiać się, czy płakać…). Wieczorem poziom frustracji tutejszym jedzeniem osiągnął stan alarmowy i upiekłam babciną szarlotkę. Z ciemnej mąki, bo innej nie mamy. Dzień kolejny miał upłynąć na wędrówce do „plantation house” – miejsca, gdzie hoduje się olbrzymie żółwie. Niestety zaczął się on rozczarowaniem, bo okazało się, że portowe prawo powszechnej izolacji działa i tu – ludzie, którzy dzień wcześniej zarzekali się, że pójdą, nagle i bez uprzedzenia zmienili zdanie. Każdy sobie rzepkę skrobie. No cóż, trzeba się przestawić na tryb indywidualizacji życia portowego. Wzięłam ze sobą radio, umówiłam się na kontakt po południu i wróciłam na pokład ok. 1700. Dzięki temu miałam czas, żeby popływać sobie przy burcie, zrobić porządek z mapami, posiedzieć na deku z kubkiem herbaty, pochodzić po pokładzie na bosaka, doświadczyć świętego spokoju. Poranek dnia następnego rozpoczął się pukaniem do drzwi – Bryce, chief officer, chciał mnie widzieć za kierownicą Zodiaca „za chwilę”. Powiedziałam, że będę za 10 min, usłyszałam „make it five”, a po trzech wodowałam już ponton. Kapitan chciał zrobić dzieciakom frajdę i dwoma pontonami woziliśmy je na nurkowanie w miejsce, gdzie na dnie leży wrak z czasów po II wojnie światowej. Fajna zabawa dla nich, a dla mnie okazja, żeby zaprzyjaźnić się z Zodiakiem. Chyba się zakumplowaliśmy, bo nie spartoliłam manewrów i zachowałam twarz, a dzieciaki cieszyły się z szybkiej jazdy.<właśnie przy burcie pokazał się delfin – zakotwiczyliśmy w fenomenalnym miejscu, pełno tu delfinów, latających ryb, żółwi i innych pływających stworzeń, wręcz kłębią się przy statku!>Droga z St Heleny nie została ubarwiona żadnym szczególnym wydarzeniem oprócz decyzji zmiany trasy – zamiast bezpośrednio do Natalu, płyniemy zawijając na Ascention Island i Fernando da Noronha. Nie powiem, żeby mnie to martwiło;-)Martwi mnie natomiast niejasny podział funkcji na statku. Niby wiem, co do mnie należy, ale nie wiem, jak ma to być wykonane. Przykładowo- moim zadaniem jest przygotowanie map na kolejny etap żeglugi. Pytanie – na ile dni przed opuszczeniem portu nowe mapy mają się znaleźć w nawigacyjnej? Niby proste, ale pojawiają się niespójności. Inny przykład – jestem na wachcie, wchodzi Kapitan, decyduje o zwrocie przez rufę. Kto dowodzi żaglami? Chciałabym sama spróbować, ale nie mam szans przebić się przez resztę załogi ze swoim łamanym „maritime English”. W efekcie powyższego nie robię nic, a to stawia mnie w nienajlepszym świetle. Próby dowodzenia manewrem w starciu z donośnym głosem bosmana tylko pogarszają sprawę. Nie jest dobrzeL W nocy nie mam problemu z dowodzeniem brasowaniem (które mam w małym palcu, dzięki Chopinowi;) i operowaniu żaglami, a przynajmniej osiągam zamierzony efekt. Nie wiem, nie jest dobrze, mam wrażenie, że nic nie mogę zrobić sama, bo ciągle ktoś nade mną stoi. W takiej sytuacji pojawia się obawa „czy coś robię nie tak”, nerwowa sytuacja, wrażenie bycia permanentnie kontrolowaną… Rzeczy proste stają się nie do przeskoczenia. Na Chopinie, który jest niewątpliwie trudniejszym statkiem, jakoś ostatecznie dawałam radę, a tu..? Różnica tkwi chyba w wymaganiach.Pojawiały się też sytuacje podobne wcześniej opisanym. Przykładowo: mam operować kotwicą. Czy wiem, jak to robić? Zasadniczo tak, ale pewności nie mam, bo nigdy tego nie robiłam, bo mi w Polsce nie pozwolono. Teoria praktyce nie równa, to pewne. Brakuje mi też szeroko pojętej wiedzy bosmańskiej. Dochodzę do wniosku, że droga do stanowiska naprawdę wiedzie przez wszystkie niższe funkcje na statku. Z drugiej strony nie przypominam sobie bosmana, od którego mogłabym się nauczyć rzeczy, które tu opanowałam w miesiąc.<Delfiny szaleją za burtą, a mi się pojawiło coś na radarze, idę sprawdzić>.Jeszcze krótka scenka dla tych, którzy znają mój lęk przed chodzeniem po masztach (przeszłość!;-). Dziś przed zakotwiczeniem wywieszałam flagę Q. W czasie podnoszenia flagi mały stalowy uchwyt zamocowany do flaglinki rozłamał się i w efekcie tego żółta flaga wraz z częścią flaglinki odleciała w kierunku mostka. Zostałam z liną w ręku, flagą na pokładzie i drugim końcem liny z zakleszczonym w bloku okuciem pod salingiem. Wdrapałam się na maszt, wlazłam na saling, położyłam się na nim, doczołgałam do końca, wyjęłam linkę, przywiązałam do uprzęży i zlazłam na dół. Hehe, fajnieJNastępny przystanek – Fernando da Noronha.

 
  Fernando da Noronha, BRAZIL, 08.05.2008

 Zaspałam na wachtę kotwiczną od północy. Nie słyszałam budzika w ogóle, obudzono mnie 2min przed, spóźniłam się minutę. Zmęczenie wzięło górę. Praca trwa od momentu przekroczenia progu kabiny (ok. 0900) do momentu powrotu do niej (ok. 1930), potem sen 2000(2100)-2340, potem wachta do 0400 i troche snu rano. Oczywiście czas na sen obejmuje prysznic, pranie, wypicie herbaty w spokoju, naukę. O czytaniu książki nie ma nawet mowy. Dużo, dużo pracy. Przed 0900 obudził mnie Bryce w celu wiadomym – trzeba dzieci zawieźć na ląd, a wcześniej przywieźć paliwo, więc półprzytomna wsiadam do pontonu i jadę na brzeg. Razem z bosmanem ładujemy paliwo i wieziemy na statek. Teraz w dwa pontony wozimy dzieci na brzeg. Ok. 1130 cała procedura zakończona – czas rozpocząć dzień wolny. Wypożyczamy samochód i wraz z Brycem i Carley mkniemy w interior. Dużo intensywnej zieleni, niesamowite skały, piękne plaże z błękitną wodą i załamującymi się falami, jak na pocztówkach. Znajdujemy bankomat i szukamy miejsca na lunch. Dziwne, że wszyscy troje mamy w glowie tylko jedno – zjesc cos normalnego. Ostatecznie zamawiamy AJACJO – miąższ młodego orzecha kokosowego zmiksowany z innymi owocami i grenadine. Pycha! Nastepny przystanek – plaża. Kąpiel, nurkowanie pod załamującą się falę, piwo w barze pod palmą. Chwile relaksu, które teraz są bezcenne. Bez dzieci. Radio w plecaku, wyłączone. Święty spokój. Czas biegnie jednak nieubłaganie i kwadrans przed 1800 jesteśmy już w drodze do przystani. Wracamy na pokład, żeby Bryce mógł zwolnić Kapitana z wachty, a ja przejąć drugi ponton i zacząć wozić dzieci. Wczesny powrót na statek to przyjemność, którą odkryłam na St Helena – statek jest cichy, spokojny, Można chodzić boso, położyć się na pokładzie, wypić herbatę. W ciszy posłuchać takielunku. Dla czystej przyjemności. Przypomnieć sobie to wszystko.Wożę dzieci Zodiakiem. Silnik gaśnie kilka razy przy burcie. Tym razem inżynierowie to widzą i słyszą, więc nie muszę się tłumaczyć i narażać na krzywe spojrzenia.Koniec zodiakowania 2200. Podnosimy kotwicę. Kończę sztauować ponton i idę na dziób pomóc. Wychylam się za burtę, staję na kluzie i pokazuję ręką kierunek łańcucha. Z głośnika dobiega „Gosia, go to bed!”. Posłusznie drepczę do kajuty. O 0000 wachta.  
Natal, BRAZIL, 10.05.2008

Kolejna doba z cyklu „ośmiogodzinny dzień pracy”. Zaczęło się wczoraj – caly dzień spędziłam na przeszukiwaniu map, katalogów, przenoszeniu stosów kartek z półki na półkę. Przykręciłam do ściany siekierę i łom. Dostałam tylko jeden O.P.R., wiec niezły wynik. Poszlam spac o 2000, wachta 0000-0400, w tym zrzucanie zagli, silnikowanie, wymijanie statkow. Dzieci zaczynaja być bezczelne. Otwarcie obnosza się ze swoimi pogladami dotyczącymi pogardy wobec standing orders. Zaczyna być nieprzyjemnie. Czas znowu przestac się uśmiechać i przestac wyjaśniać, zaczac egzekwowac. Próbowałam tłumaczyć, zaciekawic, pokazywałam mapy, opowiadałam historyjki-dykteryjki, byłam miła i pomocna. Czesc z tych dzieci jest rzeczywiście w porządku i zasługują na 300% normalnej atencji, natomiast większość sukcesywnie udowadnia, ze ma gleboko w nosie to cale zeglowanie. Przy manewrach wciąż słychać wzdychania i narzekania. Wszystko dzieje się wolno, z ociąganiem. Próbowałam roznych sposobow dotarcia do nich. Żaden nie dziala na dluzsza mete. To przykre. Prawda jest taka, ze oni (ich rodzice) udostępnili im swoje karty kredytowe i dzieci nie maja hamulcow. Ten krotki etap żeglugi wypromowal hasło: PRO-CREW NEVER SLEEPS. I rzeczywiście – mialam awarie gornego marsla o 0200, sejzing zszedł w blok szota, zagiel nie dal się zrzucic. Mi oczywiście nie wolno wejsc na gore, spośród dzieci nie bardzo mam kogo puścić, już zaczynam główkować, a tu nagle z bosun locker’a wychodzi bosman i oferuje pomoc. Podliczając ostatnie 48h, spalam lacznie 10h w czterech turach. Pozostali podobnie. Można się przyzwyczaić i wciąż funkcjonować, ale wydajność spada sukcesywnie. Spada też wytrzymałość psychiczna. Dochodzi tu odwodnienie. Wzrasta nerwowość. Widzę po sobie, że reaguję inaczej, niż na początku. Cóż, dziś 5h snu przede mną.Po zacumowaniu zwodowaliśmy „paint zodiak” – wrak pontonu służący do malowania burt. Podłogi częściowo nie ma, toteż bosman przywiązał do pływaka blat od stołu. Malowanie trwało od 1200 do 1800 z przerwą na piwo, na które zaprosił Kapitan. Ubawiłam się przy tym niezmiernie. Lubie pracować przy statku. To kolejny wniosek ostatnich czasów.A…zapomniałam dodać. Na obiad byłu dzić ziemniaki w mundurkach i chleb z przetworzonych płatków kukurydzianych lokalnie zwanych „razorblade flakes”, bo tną przełyk przy jedzeniu.