Miesięczne Archiwa: Kwiecień 2008

….;:::;….

Jamestown, St. Helena, 18.04.2008Anchorage in James Bay, 15 52,2 S 005 43,5 W Po ponad tygodniu pięknej żeglugi z wiatrem o sile 3-7B zakotwiczyliśmy w James Bay przy położonym w dolinie Jamestown. Miasto to wzięło swą nazwę od nikogo innego, jak Capt James’a Cook’a, który zawitał na wyspę w 1775r podczas swojej drugiej podróży dookoła świata. Kotwiczył tu również swoją Bounty Capt Blich (1792), załadowaną po brzegi sadzonkami drzewa chlebowego.   Historia miasta Cooka jest imponująca – w 1676 przybył tu Edmund Halley, aby obserwować tranzyt Wenus i Merkurego, w 1815 – Napoleon został zesłany tu po przegranej bitwie pod Waterloo przez Duke’a Wellington, który był na wyspie 10 lat wcześniej podczas swojej podróży powrotnej z Indii. Na razie nie mogę powiedzieć o  tym pięknym miejscu nic więcej, jako że „port leave” mam jutro, a dzień dzisiejszy spędziłam szlifując nagielbanki;-) To mi się w Concordii podoba – oficerowie pracują na pokładzie podczas postoju w porcie w systemie day on/say off.. Opanowałam już dzięki temu podstawowe słownictwo z zakresu usuwania rdzy i malowania, jestem w trakcie dokształcania z obszarze szlifowania;-) Statek jest wyposażony bardzo dobrze w wszelaki sprzęt naprawczy – bosun’s locker bije polskie żaglowce na głowę. Reasumując, z zatoki wyspa wygląda ciekawie.  Każdy dzień przynosi coś nowego. Podczas tej podróży widziałam latające ryby, a także moje ulubione urozmaicenie nocnej wachty – delfiny w fotoplanktonie! Uczę się astronawigacji i cieszę się, że powoli przestaje ona być wiedzą tajemną. Dziś pojeździłam sobie Zodiac’iem (tutejszy „RIB”;) – i tu pozwolę sobie na krótką analizę porównawczą. Na żadnym z polskich żaglowców nie pozwolono mi się dotknąć do pontonu, nie pozwolono dowodzić wodowaniem, nie pozwolono prowadzić – zawsze był lepszy kandydat w postaci bosmana, innego oficera, mechanika…FACETA. Tu – krótkie pytanie „umiesz?”, niepewna odpowiedź „nie wiem, ale jak nie, to szybko się nauczę” i po chwili siedziałam już za kierownicą odwożąc dzieciaki na brzeg. I jednak umiem. Na tym przykładzie można oprzeć zasadniczą różnicę między oficerowaniem za pieniądze i dla przyjemności. Tu się czynności wykonuje, a nie „powinno wykonywać” lub „wykonywałoby się”. Każdy ma swoją działkę i szczególne obowiązki, ale obsłużyć sprzęt na statku umieć trzeba i nie ma taryfy ulgowej, do której zdążyłam przywyknąć na polskich żaglowcach. Odpowiedzialność też jest jak najbardziej realna. Miła odmianaJJestem tu już trzy tygodnie. Nie czuję upływu czasu w inny sposób, jak tylko tęsknota za Bliskimi. Tylko, albo aż. Rutyna pozwala skupić się na chwilowych obowiązkach. Statkowe życie to w sobie ma, że naczelnym zmartwieniem po pewnym czasie staje się takie kombinowanie, żeby wydrzeć te parę godzin snu na dobę;-)   

..:::..

Wreszcie w morzu!!!!!:-))))) Wyszliśmy z Cape Town po 1230 i w pięknym
słońcu poszliśmy w kierunku Walvis Bay, średni kurs 300. Wiaterek 2B,
morze 1, zachmurzenia brak, a żagle nowe, białe i do tego ładne! Choć
muszę przyznać, ze dziwnie małe w porównaniu z tymi na Chopinie;) Uczę
się nowych słów, nowych wyrażeń i już chyba jest lepiej. Przynajmniej
czuję się mniej zagubiona wśród potoku niezrozumiałej obcomowy;)
W tej pięknej scenerii wydarzyło się coś niesamowitego – obok nas
wynurzył się wieloryb!!! Prawdziwy, wielki wieloryb! Zaraz potem na
powierzchni ukazało się stadko zwierzątek przypominających jednocześnie
foki i delfiny –bawiły się, kotłowały, pluskały i skakały przez
parę minut. Przy tym wszystkim jeszcze radość z bycia na morzu –
wreszcie na wachcie, wreszcie pod żaglami, nad mapą… Lubię
to Stopniowo dochodzę do siebie, planuję sobie pracę i sen,
zaczyna być fajnie.

MORZE – dzień 2
Płyniemy z wiatrem, prędkość zmienna od 2.5 do 5 kn. Po lewej Atlantyk,
po prawej Afryka. Dostałam dziś pakiecik nowych obowiązków w postaci
przygotowywania map na przeloty i utrzymania Chart Room-u w stanie
używalności. Na szczęście pierwszy oficer jest OK. i spokojnie ustalamy
pracę, zmieniamy się na wachtach w porach posiłków, wymyślamy ulepszenia
dla funkcjonowania statku itp. Poza tym to jedna z kilku osób, która
pomaga mi opanować słownictwo, komendy, wyrażenia itd. Bosman też jest
przyjaźnie nastawiony, ale ma taki akcent, że nawet jak mówi wolno, nie
rozumiem większości z jego przesłania. To nieco frustrujące dla obu
stron, przy czym mi jest dodatkowo głupio, ale jakoś nam idzie to
porozumiewanie się, więc może będzie lepiej. Gorzej na pewno już nie
będzie;-)
Jedzonko się znacznie poprawiło. Jest bardzo różnorodne, punktualne,
zdrowe i nawet smaczne Z uwagi na to, że kończę nocną wachtę o
0400, przesypiam śniadanie. Myślałam, że przyjdzie mi głodować do
lunch-u, a tu niespodzianka! Śniadanko czeka na mnie odłożone na
talerzu. Fajnie
W ciągu doby mieliśmy 3 alarmy – abandon ship, man overboard,
fire. Byłam w szoku – tu się to odbywa tak, jakby sytuacja była
jak najbardziej realna! Dziś na przykład, wystrojona w strój
ognioodporny, z gaśnicą i vhf-ką w ręku szłam razem z bosmanem gasić
rzekomy pożar w kambuzie. Fajnie
Dzieci są różne. Część nastawiona przyjaźnie, uśmiechają się i są miłe,
a część zachowuje się „neutralnie”, tzn nijak. Dziś wraz z
1-ym stwierdziliśmy zgodnie, że jesteśmy odizolowani od reszty statku.
Reszta pro-crew w postaci bosmana przebywa z dzieciakami, więc je
poznaje, a my przebywamy głownie z mostkiem, lornetką i „go to
course”. Czasami z komputerem w biurze statkowym, czasami z koją,
kilka razy dziennie z talerzem i trochę częściej z kubkiem;) Nauczyciele
przynajmniej są fajni i można z nimi pogadać o niczym.

MORZE – dzień III
Dzień upłynął na inwentaryzacji „fire locker’a”,
smarowaniu uszczelek w sprzęcie p-poż oraz naprawie zamka do drzwi
hydrantu na lewej burcie. Zamek po prostu wypadł, bowcześniej został
naprawiony na…kawałek szmatki. Ja – techniczne beztalencie,
dzięki pomocy jednej z nauczycielek i bosmana z wiertarką, zamek
przymocowałam i jak dotąd działa;-)
Wachty mijają jedna za drugą. Można wpaść w rytm takiego życia na
statku. Idę spać ok. 2100, 2340 wstaję na wachtę, 0415 jestem znowu w
koi, 0445 zasypiam, 0900-0930 budzę się, idę do kambuza, piję kawkę,
potem praca, 1200-1600 wachta, potem praca. W międzyczasie lunch i
dinner. Jest dobrze, nie narzekam. Myślę, że miałam niesamowite
szczęście, że reszta pro-crew jest OK i da się dogadać, można sobie
nawzajem pomóc lub doradzić.

NAMIBIA
Bylam na pustyni. A wczoraj wisialam caly dzien w uprzezy za burta i
malowalam bulaje. Swiat jest piekny!!!!!!!

.