Zdjęcie konkursowe 2012-01-25 09:10:33

Biorę udział w konkursie. Proszę polubić moje foto:)
http://www.myfinepix.pl/pl/competition/381979/recent
 

skomentuj (0)

Pani Kapitan 2012-01-25 01:08:43

Przejęcie statku trwało przysłowiowe pięć minut. Ferwor organizowania elementarnych spraw na ostatnia chwile to nie lada wyzwanie (tu nie istnieje słowo “problem”, motywacyjnie znacznie lepiej sprawuje się “wyzwanie”).

 

Świeżutkie i nieopierzone jeszcze biuro armatorskie było zdumione faktem konieczności zatankowania statku przed przejściem z Bałtyku na Śródziemne oraz tym, że ubezpieczenie na pokładzie być musi, a na koniec jeszcze przymusem ubezpieczenia załogi. Czekam wiec w Szczecinie na paliwo i DHL z kopertą, czekam już drugi dzień…

Wtem zamiast paliwa na kei całkiem niezapowiedzianie pojawia się szef szefów i powściągliwie wyraża niezbyt dające się ukryć zadziwienie wiekiem kapitana. Jako że na żeglarstwie nie zna się raczej, nie wie prawdopodobnie, ze rozmawia z najmłodszą kobietą będącą kapitanem żaglowca w Polsce. Może i dobrze.

Herbatka, pogawędka, w sumie o niczym i o wszystkim. Biuro jest niezadowolone z tego i z owego, a zasadniczo chodzi o to, że nic nie wie – bo przecież trzeba robić notatki służbowe, wysyłać pisma w każdej sprawie wymagającej decyzji itp itd. Najlepiej z miesięcznym wyprzedzeniem, żeby machinka administracyjna zdążyła przetworzyć…ech, co statek, to armator.

Zatankowani i z polisą po dwóch dniach kwitnięcia w próżni wreszcie wychodzimy.  Nie to, żeby obeszło się bez przygód – o poranku dokładnie 45min przed zgłoszoną godziną wyjścia oficer powiadamia mnie o konieczności konsultacji medycznej przez i uzależnionym od wskazań lekarza ryzykiem jego zejścia ze statku. Po 2h pertraktacji ostatecznie zostaje, a moje oczy już całkiem wyblakły po intensywnym świeceniu przed służbami portowymi.

Samo odejście w Szczecinie nie było skomplikowane – wiatr nam odsadził dziób, agent oddał szpring i już. Jeszcze stawianie tych cholernych żagli tuż przed mostem i kręcenie w miejscu nieznanym statkiem dla znanego pana fotografa, który czeka już przecież na jednym z silosów portowych. Kręcę kółko przy Łasztowni, załoga uwija się stawiając wszystko oprócz topsli. Wychodzimy powoli aż do dzwigów stoczniowych, gdzie zrzucamy żagle i dodajemy gazu. Uradowany fotograf dziękuje telefonicznie, a ja odhaczam w głowie wykonanie zadania i myśli razem ze statkiem kieruję na morze.

Mijamy marinę w Świnkowie, obok nas jakaś barka, a pan z Świnoujście Traffic pyta, czy na pewno idziemy swoją stroną toru…no cóż.

Do Kielu snujemy się routą. Mgła i słaby przeciwny wiatr, więc na silniku i heja do przodu, bo przecież mamy dwa dni opóźnienia, a niż i prognoza na 11B nie chcą czekać.

Mechanicy kręcą nosami na zbyt wysokie obroty. To taki niepisany punkt w zakresie obowiązków działu maszynowego. Z drugiej strony wiatr o mizernej sile około 10kn hamuje nas na tyle skutecznie, że prędkość z 5kn spada do 3, a dodatkowa leniwa falka momentami redukuje ją do 2kn. Mało obiecujące.

I tak cały kolejny dzień i kolejna noc, tylko w gorszej widzialności. Nie mogę spać na tym nieznanym statku. Budzę się co chwila na każdy zagadkowy szmer. Ciągle wychodzę na górę. Denerwuję się, coś mi nie gra i wewnętrzny gderliwy ludek mówi “czuwaj”.

Załoga zawodowa zapoznaje mnie powoli ze statkową rzeczywistością. Bosman żali się na niedobór farb i lin, mechanicy na zbyt duże zużycie wody. Wszystko nie jest tak, jak powinno być na statku idealnym, który każdy nosi w  sercu i do którego tęskni. Zaczynam odkrywać tę stronę pracy kapitana, o której nie mówi się otwarcie. Przyrównać można by ją do roli spowiednika dorabiającego w wolnych chwilach jako psycholog szkolny. No i jeszcze nieśmiertelne „a kiedy postawimy ŻAAAGLEEE???”. Tutaj akurat solidaryzuję się z wnioskodawcami w tęsknocie za ciszą. Trudno, Panem Bogiem nie jestem i wiatru nie odkręcę.

W międzyczasie odkrywam, że tymczasową kartę bezpieczeństwa mamy do 8B. Zastanawiające to nieco. I tak przerysowana moja zachowawczość w tym momencie ostrzy się i szlifuje do błysku.

Dla urozmaicenia jeszcze drobna awaria chłodzenia silnika – to w nagrodę za postawienie żagli na kilka godzin.

Pół doby przed pilotem muszę do koi. Słaniam się na nogach. Pilot wchodzi na pokład przy Kiel Lighthouse i pyta o radar. Pokazuję mu, co mam i po chwili milczenia pada “Captain, are you SURE you want to enter canal in the fog?!” (Kapitanie, czy jesteś PEWNA, że chcesz wpłynąć w kanał we mgle?!). Rozwinął myśl stwierdzając, że na takim radarze to sobie możemy poszaleć w kałuży pod blokiem przy dobrej widzialności.

Kotwa czy keja do czasu poprawy warunków – oto dylemat. Lepiej keja. Pilot załatwia kawałek nabrzeża w Holtenau – super, przynajmniej nie trzeba będzie pontonować i uważać na kotwę.

Stoimy sobie, palimy paliwo robiąc prąd i zużywamy wodę. Sklepu nie ma i dobrze,bo piwa też nie ma. Stara prawda o marynarzach, psach i porcie nie jest bezpodstawna.

Czekam.

 

20-ego listopada mgła pod wieczór ustępuje. Nie ma już kurtyny, jest “mist”. Po ciemku nie widać zbyt dobrze, ale zasadniczo ma się ku dobremu. Chyba jednak Bremerhaven będzie grane, do Cux może być cieżko wcelować w pływ.

Byli celnicy i pozostawili po sobie opierdziel za brak flagi trzeciego zastępcy na maszcie. Wiedziałam, ze brak MKSu się zemści.

O poranku wreszcie wychodzimy. Manewry w śluzie przebiegają bezproblemowo, podobnie jak droga przez kanał. Widzialność nie jest idealna, ale ciepłe promienie słońca łagodzą niepokój. Pilot ostrzega przed prognozowanym na wieczór zamgleniem i sugeruje przeczekanie do rana w Rendsburgu. Na szczęście sternik manewrowy Michał  zdobywa dla nas superświetną megawiarygodną analizę pogodową sprowadzającą się do jednego słowa: jechać! No to jedziemy.

Przed Brunsbuttel trzeba poczekac na zwolnienie prądu. Widzialność spada, a my przytulamy się do dalb. Tym razem manewr nie wychodzi jak należy – zmęczenie daje o sobie znać. Poprawiam i jest OK. Cel: koja.

Budzi mnie silnik podpływającej nieomal pół godziny przed czasem pilotówki. Nic to. Wychodzę na owinięty niską temperaturą pokład z wygrzanej koi i budzę się na skutek własnych dreszczy. Widoczność osiąga ten charakterystyczny punkt, w którym widać światła, ale nie widać zarysów brzegu i konstrukcji na nim.

Pilot wskazuje wejście do śluzy. Spokojnie cumujemy, a następnie wychodzimy i atakujemy prąd prostopadle cała naprzód. W świetle główek widzę bielejącą twarz mechanika na widok obrotomierza, która po chwili na szczęście wraca do normalnego kolorytu, gdy tylko znajdujemy się w bezpiecznej odległości od brzegu. Stary silnik zdaje się mówić „uff”.

Noc i mleko dookoła, a prąd na odpływie szaleje. Czuję wdzięczność dla dobrych sterników, których na szczęście mam. Sterujemy kołem i nie jest lekko. Niedobalastowany dziób żaglowca w połączeniu z niewielkim przełożeniem układu sterowniczego  wymusza ciągłą czujność. Wzmaga się wiatr, który podnosi niewielka falę. Kołysze nami równomiernie, statek śpi, tylko na mostku napięcie elektryzuje atmosferę.

Mgła podnosi się nieco i dopiero teraz zauważamy ogłupiający „efekt szyb” – ustawione prostopadle okna mostka powodują odbijanie się świateł statków. Gdyby nie AIS i radar (jest jaki jest, ale JEST), popełnienie głupoty byłoby bardziej niż łatwe.

Zbliżamy się do Cuxhaven około 0340. Niska woda dopiero za niecałą godzinę, a Elbe Traffic radził poczekać na HW+1, żeby prąd osiągnął minimum. Podejmuję decyzję o czekaniu do 0500. Naprzeciwko portu jest kotwicowisko – składa się wyśmienicie. Raportuję jak należy, manewruję jak należy, tylko kotwica nie chce współpracować jak należy. Trzymanie leciutkiego dziobu pod prąd jest mało przyjemne, więc troszkę się denerwuję, a potem odpuszczam i dziękuję losowi za to, że ta sytuacja nie miała miejsca parę dni wcześniej w Kielu albo awryjnie w porcie. A niech tam, oddaję komendę oficerom – niech sobie pojeżdżą w kółko po kotwicowisku, nauczą się czegoś. Ja będę oglądać film akcji pod tytułem „zapis drogi na AISie” i krzyczeć tylko w momentach nieplanowanych zwrotów akcji.

Wreszcie wchodzimy. WRESZCIE. Prąd wciąż zasuwa 2-3 węzły, toteż włączam „kapitańskie myślenie” zgodnie z radą mojego najwierniejszego kibica Kapitana Piotrka Leszczyńskiego i wchodzę ciasno przy górnej główce. Dalsze manewry (silnikiem) są dynamiczne i ostatecznie po nerwowym „metr, meeetr!” z dziobu stajemy longside prawą burtą przytulani lekko przez wiatr. Z radością podajemy cumy i wystawiamy wachtę.

Następnego dnia pozostaje załatwienie prądu i wody oraz solidne zacumowanie na długi postój, który – jak się później okazało – trwał ponad tydzień. Niż, przed którym chcieliśmy zdążyć, zadomowił się na Północnym na dobre.

skomentuj (0)

Kapitan Borchadt 2011-09-13 12:23:44

Przy kei w Gdańsku stoi Najaden. Trzymasztowy szkuner wyraźnie odcina się od otaczającej go scenerii. Zacumowany nieco z boku prezentuje się dostojnie. Nieco przysadzisty stalowy kadłub, drewniane stengi i bomy. Na pokładzie rozwiązania świadczące o skandynawskim pochodzeniu. Mi osobiście widok ten przypomina nieco niedawno opuszczoną norweską fregatę...
Płyniemy do Gdyni pod czystym wyżowym niebem. Nawigacyjna jest malutka, można by rzec - przytulna. Kapitan Magda Noworolska twierdzi, że to perełka dowodzonego przez nią żaglowca. Jak przystało na statek o skandynawskim rodowodzie, sterowanie jest tylko ręczne. Prawdziwy sail training.
Stajemy w Naucie. Cicho i spokojnie. Manewry idą gładko. Gdy statek opuści stocznię za kilka tygodni na burcie będzie nosił już swoje właściwe imię - Kapitan Borchardt.

skomentuj (0)

Pływanie pod innymi żaglami 2011-09-11 17:20:12

Cztery miesiące minęły od pobytu w szpitalu w Lubece i przymusowego opuszczenia pokładu Sorlandet. Dwa pierwsze upłynęły na przeżywaniu niepokoju, diagnostyce i leczeniu.Dwa kolejne na rosnącej i kłębiącej się w zakamarkach duszy tęsknocie za morzem. Były drobne słone przygody na niewielkim jachcie Elisabeth, niektóre z nich z pewnością pozostaną w pamięci na długo, ale jednak te wielkie maszty i wielkie żagle wciąż majaczyły w wyobraźni.

 

Nieoczekiwanie, bo tak to chyba należy określić, pojawiła się propozycja udziału w rejsie oficerskim na Pogorii, na której dotychczas byłam raz i to dawno temu. Przyjęłam bez zastanowienia.

Każdy żaglowiec opiera swoje działanie na tych samych zasadach – tak głosi teoria. Słuszna teoria, jeżeli ogólnie podejść do sprawy. Tyczy się ona bardziej stosunków międzyludzkich. Na Pogorii relacje te mają jednak character zabarwiony inaczej, niż miało to miejsce gdzie indziej. Tu jest sail training, tu jest wolontariat i pływanie dla pływania. Tu można sobie przypomnieć, na czym polega i opiera się idea edukacji morskiej. Oficerowie, chociaż nie “zawodowi”, praktycznie nie odpoczywają niestrudzenie szkoląc, szkoląc, szkoląc…W tej atmosferze ciągłego zmęczenia na twarzach malują się uśmiechy spełnienia, a oczy błyszczą zadowoleniem. Tu pływa się dla pływania. Dla morza.

 

skomentuj (0)

La Coruna - Ostenda i Biskaj po drodze... 2011-04-06 10:32:19

@font-face { font-family: "Cambria"; }p.MsoNormal, li.MsoNormal, div.MsoNormal { margin: 0cm 0cm 0.0001pt; font-size: 12pt; font-family: "Times New Roman"; }div.Section1 { page: Section1; }

01.04.2011

 

Dziś piątek, a więc dzień smarowania statku – I dobrze, bo to jedyna praca, jaką na deku można wykonać we mgle i niewielkiej ilości wiatru. Płyniemy sobie dzielnie zmarnowani po nieprzespanej nocy. Bujało na boki tak, że trzeba było zachować przytomność, aby nie wypaść z koi, więc spać się nie dało i noc zaowocowała tylko większym zmęczeniem z rana. Półprzytomna prowadzę wachtę, co chwila zmieniam kurs próbując uspokoić statek. Czasem się udaje, czasem nie. Zaraz po przejęciu mostka wysyłam drugie oko na dziób. Przy widoczności około 1 mili i tak jedyne, co raportują, to drewno pływające w wodzie. Dobrze chociaż, że to raportują.

Felix przychodzi na fire watch z rogalikami maślanymi i daje mi jednego. Ciężko na tym statku uwierzyć w dobre odruchy drugiego człowieka, Norwegowie jakoś z założenia je tłumią w sobie i innych. Przyjmuję rogalika i gadam sobie z Feliksem, który przecież tak mi działał na nerwy, o jego zamiłowaniu do polowania, o myśliwstwie w Niemczech i w Polsce. W czasie fire round Felix zgarnia ze swojej bakisty po bułeczce maślanej dla mnie i dla siebie oraz tabliczkę Milki. Jem kanapkę z czekoladą i zmieniam zdanie o chłopaku. Powiedziałam mu, że się źle czuję, a on nie pytając zareagował dzieląc się swoimi zapasami. Niby normalny odruch, ale nie tu. Tu wszyscy mają w nosie. Bardzo, bardzo mi było miło.

Po wachcie od razu na lunch (wieprzowina, pasta z fasoli i jakieśtam dobre dodatki oraz tortille bez smaku i ser żółty). Dopijam sok pomarańczowy nowego sortu, jeden z tych lepszych – więcej smaku niż cukru, a następnie pałaszuję jabłko i prosto do koi. Zasypiam szybko. Około 1530 idę siku i ze zgrozą dostrzegam spotkanie załogi w salonie kapitańskim. Znowu zapomniałam. Postanowiono, że te mytyngi odbywać się będą w dzień po wypłynięciu i w dzień przed przypłynięciem o 1515, tyle że ja już drugi raz zapomniałam. Przypał niewielki, na szczęście. Po łazience znów do koi i spaaaać, a jak nie spać, to szydełkować i oglądać Bewitched. Rozważam pierwotny plan sprawdzenia elektrolitu w akumulatorach po kolacji, ale niechcemisizm wygrywa i przekładam na jutro. Dziś jest mój dzień dla mnie, moja niedziela. Jakoś ostatnio ciężko się do czegokolwiek zebrać, wszystko jest pod górkę, decyzje podejmuję nienajlepsze, widzę dookoła trudności i mogę spać dniami i nocami. Myślę, że to ogólne zmęczenie mnie dopadło. Już dość długo na tym statku, za trzy tygodnie Polska i pomimo świadomości, że nie wszystko złoto…, nie mogę się doczekać.

Dzieciaki robiły sobie numery dziś w dzień. Dziewczyny wsypały do łóżek chłopców czerwony brokat, a za to chłopaki w czasie wieczornego alarmu do brasowania wynieśli z banjer materace do balastu i zawinęli łańcuchy do podwieszania klapkoi. Bardzo zabawne, tylko że było 10 min do lights out. Kim wkurzony, bo żartownisie zabrali mu lodówkę z kabiny i nie pozwolili spać w dzień, tak głośno byli. On ma nieco przesrane, bo ściana w ścianę z kubrykiem.

Wachta wieczorna dobrze. Widno jest o 2000, ludzie na pokładzie. Halvor chce żeglować przez noc, więc tylko brasowanie i zwalenie grota na gejtawy. Kim dyskutuje ze mną decyzje, średio mi się to podoba, ale przytakuję i robimy po jego myśli. Jeszcze miesiąc i do domu.

 

02.04.2011

0130

Po wachcie nocnej jakoś nie mogę się zebrać do snu. Oglądam głupie Bewitched I robię na szydełku. Akurat odkładałam komputer do pokrowca na podłodze, który trzymam na macie antypoślizgowej, gdy ogłuszył mnie wręcz wielki BUM. Coś huknęło tak przeraźliwie, że chwyciłam polar i poleciałam na mostek. Ze schodów zobaczyłam tylko Kathryn z latarką, poza tym ciemność, bipczenie różnej maści wydobywające się ze wszystkiego, co posiada dźwiękowy sygnał alarmowy I kolorowe diodki złowrogo wyzierające z ciemności. W drzwiach Claude, słychać szloch – to Kath przycupnięta przy drzwiach na pokładzie. Pytam, co się stało i dowiaduję się, że walnęła w nas błyskawica. Pędzę na dół, ubieram się i znów na mostek. Kath już znów przy sterze. Ona była na Concordii, a teraz widziała walący w maszt piorun i iskry sypiące się dookoła. Przytulam ją dla pewności, ale widzę, że już dobrze. Na mostku szacujemy straty. Wszystko wyje, elektronika siadła, GPS bez wyrazu, cholera wie, co mamy, a czego nie. Próbujemy włączać i wyłączać, testować, szukamy w instrucjach obsługi odpowiedzi na pytania. Najgorsze, że nie ma nigdzie planu połączeń tego całego bajzlu na mostku, więc tylko zgadujemy, który GPS do którego urządzenia i skąd pozostałe czerpią dane. Po godzine udaje się ustalić, że mamy ECDIS, jedną VHF DSC, radio SSB i jeden GPS, który karmi AIS i radar z ARPA. Decyzja kapitana, że możemy tak dalej płynąć i rano będziemy kombinować, co dalej. Na szczęście mamy telefon satelitarny. Tak więc usmażyło dwa Inmarsaty C, jedną VHF DSC, jednego GPSa i wiatromierz/log. Szczęście, że mamy ECDIS – bez map elektronicznych byłoby marnie, bo Sorlandet działa według nowoczesnej zasady zdublowanej elektroniki bez map papierowych.  Głupota i złudne wygodnicze bezpieczeństwo, ot co.

A przed huknięciem słyszałam tylko deszcz walący o pokład i grzmoty w oddali. Pod koniec mojej wachty na radarze była szybko rozbudowująca się chmura burzowa, nawet bardzo szybko, ale nie przejęłam się zbytnio. Kathryn i tak zawsze ma deszcz na swojej wachcie, teraz miała też fajerwerki. Podziwiam Halvora za spokój i opanowanie, ale jeśli miałabym coś zrobić, czego on nie zrobił, to kazałabym sprawdzić pokład, czy nikt przypadkiem nie leży gdzieś pod wantami. Walnęło w bezanmaszt, a więc daleko od kubryka. U mnie w kabinie nie było czuć nic, żagnego wstrząsu, żadnego zapachu, tylko BUM.

Najgłośniej bipczy alarm świateł nawigacyjnych. Wszystkie diodki zapalone I biiiip, biiiip, biiiip….Na szczęście światła się palą, więc tylko konsola wysiadła, ale biiiip nieco irytuje. Z samego rana trzeba świerszcza uciszyć, oj tak…

Halvor każe mi i Brianowi iść spać, odpocząć przed ranem. Idę do kabiny, ale spać nie mogę. Koło 0300 zamykam oczy i coś mi nie gra. Powietrze jakieś nie takie. Wychodzę na korytarz i czuć palące się kable, idę więc na mostek i mówię. Okazuje się , że oni też czują, bo na mostku jest najsilniej. Przynieśli gaśnicę CO2 z laundry room, na wszelki wypadek.

Zapach tlących kabli towarzyszy nam jeszcze przez kilka dni. Świerszcza panowie uciszyli o poranku, także niewiele wachty spędziłam na dworze przymusowo. Halvor czynnie pomagał, grzebali w szafce z instrukcjami w poszukiwaniu planu, a mi tylko kazał żeglować i tym się zajmować. Silnik odstawiliśmy rano dla świętego spokoju i ciszy. Noc przed błyskawicą była okropna, strasznie bujało, nikt nie spał, kolejna noc pod znakiem gromu z jasnego nieba też zarwana, więc chociaż dzień spokoju nam sie należy. Tak więc płyniem, a planu połączeń wciąż nie ma. Erin z dwójką chłopaków weszła na maszt szacować straty, potem na wyraźne polecenie Halvora Kim też wlazł i okazało się, że mała antenka na samym szczycie masztu jest czarna jak smoła, a osłona jej podstawy znajduje się w postaci plastikowych kawałeczków na kwaterdeku. Dowód na to, że walnęło w czubek masztu.

Po południu Halvor dzwoni do Francuskiego VTSu prosić o zgodę na przejście bez pełnej komunikacji. Może do Ostendy wejdziemy wcześniej celem naprawy, ale nie wiemy.

 

04.04.2011

Słonko świeci, a na głowach czapki. Zęby dzwonią, bo zimno, a my jeszcze dodatkowo nie wiemy, jak zimno, bo termometr usmażyła nam błyskawica, a Sorlandet nawigacyjnie statkiem nowoczesnym jest i tradycyjnego termometru rtęciowego nie ma. Ot co.

Trochę ruchu statków, ale niewiele – bez nerwów. Spokojnie sobie marznę, dzieciaki sprawdzają resztę pasów ratunkowych, spokojnie odrabiam swoją pańszczyznę. Z ciekawostek na brasie foka z prawej burty zauważyłam coś. Zauważyłam patrząc przez lornetkę na statki i wydało mi się owo coś dość dziwne jak na miejsce usadowienia – i słusznie, bo był to szczur herbaciany. Tylko dlaczego z prawej, po francuskiej stronie? Kanał jest Angielski, każdy to wie, ale Francuzom taka trybuta na brasie może nie przypaść do gustu. Proponujemy wysmarowanie brasu grota serem, dla równowagi sił.

Prąd przed połudnem pchał nas na wschód, robiliśmy prawie 10 węzłów na motorku, bo wiatru niiiii ma. Jakieś tam sztaksle smętnie się kiwają. O 1300 alarm p-poż. Tym razem Kari wymyśla scenariusz. Trzeba przyznać, że super to zrobiła – trzy osoby poszkodowane w kuchni. Na szczęście szefostwo zgodziło się, byśmy sprawdzili detektory dymu i odpalili awaryjną pompę p-poż. Tym sposobem ja mam z głowy kilka comiesięcznych testów, hehe. Jak dobrze pójdzie, to nie będę musiała już żadnych robić do Norwegii, oprócz cotygodniowych. Taki był plan – chcę uniknąć czepiania się Val. Mina kwaśnieje na myśl o powrocie “blond trio”. Ta ekipa Norwegów jest super, do tańca i do różańca, a te blondaski śliczne ani do jednego, ani do drugiego. Może tylko do dmuchania balonów, bo takie nadęte.

Po alarmie parę słów do załogi – super, podoba mi się to u Halvora, że omówienie alarmu jest dla całej załogi, a nie tylko dla zawodowej. Tak, jak na Concordii – każdy może coś od siebie dodać. Ogólnie wypadło dobrze, ale muszą się bardziej postarać przy musztrowaniu i zachować powagę oraz zdrowy rozsądek podczas alarmu. No I siedzieć cicho, co chyba podpina się pod zdrowy rozsądek w większości przypadków…

Po alarmie Helena, dziewczyna Paula pokazuje mi, jak używać kompresor. Napełniamy wspólnie jedną butlę, a drugą już sama, bo malutka Eliza zaczęła płakać i Helena musiała lecieć. Ciekawa to osoba – nieco starsza ode mnie, była tu pierwszym oficerem, pływała na Stadt Amsterdam. Teraz z Paulem mają czteromiesięczną Elizę i zabrali ją na rejs, żeby zobaczyć, jak znosi statek. Trudno to sobie wyobrazić, ale Helena pracowała na mostku jeszcze w szóstym miesiącu ciąży. Żeglowała zawodowo z brzuchem. Jak ona to robiła? Pojęcia nie mam, ale sądząc po bardzo zdroworozsądkowym podejściu do macieżyństwa, robiła to z głową.

Zanim skończyłam zabawę z kompresorem, zaształowaniem aft fire station itp itd była już prawie 1500. Jeszcze Kathryn poprosiła mnie o napisanie raportu z alarmu ćwiczebnego, bo Ulf nie robił żadnych notatek, więc zeszło mi się do po trzeciej. Nieco sfatygowana wlazłam do koi i lulu oraz Harry Potter i druty.

Na kolację zapiekanka z resztek, nawet dobra, oraz zielona sałata. Jeszcze wykraść pół godzinki snu przed wachtą…niechętnie reaguję na budzik o 1930. Ospale nakładam na siebie kolejne warstwy, robię miętę, idę do łazienki. Kierowana świadomością konieczności mozolę się na mostek. Statków jak mrówków, wicher jest, silnik śpi. Żagle i cisza. W międzyczasie wysyłam dwóch chłopaków po zapasowe światła nawigacyjne, żeby przetestować je w 24V gniazdku na rufie. Wszystko działa, super. Nie cierpię wygrzebywać tych świateł z szafki, są duże, ciężkie i brudne. Dobrze, że mogę wykorzystywać studentów. Podobnie wykorzystałam ich dziś do smarowania karabinków w uprzężach i liczenia ich oraz pasów ratunkowych. O wiele mniej roboty dla mnie samej.

Koło 2100 jest już ciemno i dogłębnie zimno. Brrrr. Rybole dookoła, szlaczek na ekranie ledwie przypomina kurs. Mijamy, mijamy, a gnamy 10 węzłow na dwóch napędach, więc mijamy szyyybko. Szybko oznacza tylko tyle, że muszę dwa razy wcześniej planować i trzy razy bardziej uważać.

O 0000 spaaaać….

 

 

skomentuj (1)

Santiago 2011-04-06 10:31:32

@font-face { font-family: "Cambria"; }p.MsoNormal, li.MsoNormal, div.MsoNormal { margin: 0cm 0cm 0.0001pt; font-size: 12pt; font-family: "Times New Roman"; }div.Section1 { page: Section1; }

30.03.2011 środa

Dzisiejszy dzień wolny spędzam z Jesse. O 0830 jesteśmy prawie gotowe do wyjścia, ale jeszcze kawa, herbata, ostatnie drobnostki i ostatecznie wychodzimy przed 0900. Droga do stacji kolejowej jest teoretycznie prosta, tyle że pod górkę i po półgodzinnym marszu jesteśmy zmęczone. Trafiamy na dworzec, tyle że autobusowy, ale dowiadujemy się o tym dopiero przy drugim z kolei okienku, w którym próbujemy kupić bilety. Trudno, trzeba szukać dalej. Jeszcze tylko kupujemy po piekarnianym wypieku w dworcowym sklepie – ja francuskie ciastko z szynka i serem, a Jesse drożdżowego palmiera. Świeżutkie, pycha. Wychodząc z dworca pytam dziewczynę siedzącą na schodach o kolej i okazuje się, że trzeba w lewo zaraz za zieloną kładką dla pieszych. Dobra, idziemy. Kupujemy bilety za jedyne niecałe 10 Euro w obie strony i zadowolone postanawiamy spędzić 45min oczekiwania na pociąg przy kawie. Zakupujemy więc dobroci w filiżance, ja jeszcze sok pomarańczowy ku odżywczości i siadamy przy czerwonym plastikowym stoliku na pastikowych krzesłach na wielkiej hali dworca. Rozmowa toczy się płynnie na tematy różne, ale głównie różnice kulturowe, stereotypy o Polakach i Amerykanach, niewiedza geograficzna i ignorancja względem innych narodowości. Jesse wyznaje, że w jej rodzinie są korzenie słowianskie i rzeczywiście jej uroda na to wskazuje.

Pociąg w kierunku Vigo jest o trzydzieści klas lepszy od polskiego intercity. Czyściutko, toalety, automaty z napojami, gniazdka i stoliczki przy każdym wygodnym fotelu z odpowiednią ilością miejsca na nogi.

Pół godziny połowicznego drzemania, taksówka i jedziemy przez nowe dla nas miasto. Zwyczajne domy, kamienice, sklepy i ulice, aż do katedry. Powala ona na kolana nie tylko wiernych katolików. Przepiękna barokowa fasada porośnięta miejscami rdzawozielonym porostem znika we mgle wysoko nad głowami. Gargulce wspanialsze od tych w Notre Dame de Paris oraz motywy muszli – symbolu świętego Jakuba dostrzegalne są wszędzie. Trafiamy najpierw do muzeum, ale niechętne do płacenia za obejrzenie filmu o fasadzie obieramy kurs na katedrę – schodami do góry. Po wejściu do tego świętego przybytku ma się wrażenie błogości. Ogarnia człowieka intensywność wiary i wszechobecnego dobra, świat zamyka się do tego uczucia i ma się ochotę w nim pozostać. Zwiedzamy, podziwiamy niesamowicie rzeźbiony pozłacany drewniany ołtarz, naznaczone patyną przemijającego czasu organy i schodzimy do krypty zawierającej grób Świętego Jakuba. Dookoła nas konfesjonały, jeden przy drugim, pięknie rzeźbione dębowe konstrukcje. Siadamy w ławce, aby chłonąć atmosferę i postanawiam pogłębić doświadczenie idąc do spowiedzi. Pielgrzymi z całego świata przybywają tu celem przeżycia przemiany duchowej. Nie jest możliwe, aby wszyscy mówili po hiszpańsku – i mam rację. Starszy ksiądz o życzliwej twarzy w konfesjonale z czerwonym numerkiem „15“ prosi, abym uklękła przed nim i podaje mi kartkę z listą potencjalnych grzechów w językach hoszpańskim i angielskim. Spowiedź polega na wskazywaniu odpowiednich, po czym czytam angielską formułę również znajdującą się na kartce, wybieram pokutę z wymienionych zaraz pod formułką i spowiedź jest zakończona. Niesamowite przeżycie, bardzo różne od doświadczeń z Polski. Przepełniająca spokojem niema rozmowa z księdzem zapadła w pamięć i pozostanie tam na całe życie.

Wychodzimy z katerdy. Szukamy biura informacji turystycznej, aby pozyskać informacje dotyczące historii miasta i katedry, Nie jest to takie znowu łatwe, toteż po drodze zwiedzamy kilka sklepów, kupujemy pamiątki i pocztówki. Potem okazało się, że przepłaciłyśmy, ale cóż – taki los turysty w obcej ziemi.

Idziemy w mżawce, kolory starych kamienic przyćmione mgiełką wody. Pani w informacji gada dużo, Jesse przybiera nieco znudzony wyraz twarzy, ale przynajmniej wychodzimy wyposażone w ulotki o historii miasta i katedry oraz mapkę. Na tej mapce pani zaznaczyła dla nas miejsca warte obejrzenia, wśród nich...targ.  Własnej tożsamości się nie wyprzesz – Jesse zaciągnęła mnie prawie że siłą ku powyższemy przybytkowi. Po drodze mijamy sklep z artykułami gospodarstwa domowego. Wchodzimy z ciekawości, bo moja kompanka szuka dla siebie torebki, a na wystawie jakieś wisiały. Mały sklepik przypominał te z lat osiemdziesiątych w Polsce – półki pod sufit, a na nich dosłownie wszystko. Tutaj też – z ciekawszych towarów należy wymienić drewniane trepy w kolorze czarnym i naturalnym, wydrążone z jednego kawałka drewna i dość ciężkie, ale za to tanie. Góra tego typu obuwia piętrzy się w kartonach na podłodze na przeciwko kasy. Niedaleko rzeszota – sita różnej wielkości, nowiutkie, umieszczone jedno na drugim formując słup wysokości ponad metra. Nad nimi na półce...coś. Gliniana misa z pokrywką, a dookoła wiszące na glinianych trzymadłach gliniane kubeczki. Hiszpański a la Gosia składa się głównie z gestów, toteż zabiera trochę czasu zrozumienie, do czego owo naczynie jest wykorzystywane. Okazuje się, że do picia, oczywiście. Wlewa się lokalny bimber zwany ładnie „aguardiente“, sypie się cukier, skrapia sokiem cytrynowym, a na koniec podpala. Taki kocioł z ogniem to produkt ostateczny, teraz tylko łyżką nalać do kubasków. Podobno historia owego rytuału sięga zamierzchłych czasów, kiedy to Galicja powszechnia uważana była za teren magiczny i magiczne obrzędy picia ognia nikogo nie dziwiły. Tak...no ale 26 Euro piechotą nie chodzi. Idziemy dalej.

Na bazarze zaskakuje nas czystość, przestrzeń i obfitość zapachów i kolorów oferowanych towarów. Zadaszenie niczym późnogotyckie krużganki, szeregi murowanych z dużego szarego kamienia pasaży pod porośniętym porostem zadaszeniem. Pod wpływem chwili kupujemy za 50 centów dwa plastry sera i próbujemy. To samo przytrafia się owocom o kształcie jabłka, a smaku i teksturze gruszki. Znajdujemy też napój z grzyba zwany Kambucha. Smaki teoretyczne do wyboru: lemon, zielona herbata i jakiśtam trzeci. Podobno ma moc uzdrawiającą wszystko, a do tego pobudza i w ogóle spełnia 1000% normy, a wytwarza się go hodując grzyba na herbacie. Apetyczne to bardzo, ale napój nawet pijalny, przypominający nieco mrożoną herbatę zmieszaną z piwem imbirowym i przennym. Gwoli dokładności – nie czuję się uzdrowiona ani pobudzona po wypiciu, więc może to działa tylko na wybrańców, joginów, spirytualistów, ezoteryków i innych duchołaków. Tak czy siak, napróbowałyśmy się wszystkiego, zagryzłyśmy wielkimi i dojrzałymi czerwonymi truskawkami o smaku takim, jak należy (w przeciwieństwie do kartonowych truskawek z hipermarketów), a na okrasę zakupiłam flaszkę „aguardiente“ za osiem euro, którą pani wyciągnęła spod lady i nic dziwnego – etykietki brak, na górze korek i uśmiech sprzedawczyni szepczący „de casa“ (hiszp. „domowe“). Tak wyposażone powracamy do sklepu z naczyniami do ogniowej strawy oraz zakupujemy mi takowe. Uśmiech od ucha do ucha, tylko że pudło nie mieści się do plecaka i trzeba w siateczce w ręku. Misja na najbliższy czas – nakarmić brzuszki. Szukamy knajpy. Ja jestem w tym wyjątkowo nieutalentowana, więc decyzyjność pozostawiam profesjonalistce. Trochę czasu zajmuje dotarcie na restauracyjna ulicę, bo po drodze ładne budynki, uniwersytecki ogród za drzwiami do kamienicy i sterczące z zabytkowych ścian rury gargulcopodobne.

Ostatecznie jemy w miejscu ze ślimakiem w szyldzie – za niewielkie pieniądze otrzymujemy zestaw: wino blanco de casa, empanada, ryż z owocami morza lub mięsko duszone, a na deser lokalne ciacho „Świętego Jakuba“. Empanada to taki jakby placek z nieco ciężkiego ciasta półfrancuskiego, a w nim mix drobinek mięsa, ryby, cebuli i sosu pomidorowego oraz składników nierozpoznawalnych. Bardzo to dobre. Aha, i udaje mi się wepchnąć pudło z garem do plecaka – co za ulga. Teraz wyglądam jak prawdziwy pilgrzym. Można uznać, że zrekompensowało to niesłony ryż z kawałkami kraba i langustynek w skorupach i zero narzędzi do wydłubania mięsa.

Nieco zaróżowione wyruszamy w dalszą drogę, tym razem szukać księgarni. Chcemy nabyć „Pielgrzyma“ Coehlo. Pani w informacji kieruje nas poza stare miasto i w sumie dobrze, bo zobaczymy coś nowego. W czasie drogi objaśniam Jesse różnice pomiędzy barokiem i gotykiem i mam nadzieję, że w głowie zostanie jej chociaż, że to nie to samo. Napotykamy grupę młodzieży w pelerynach. Na widok katedry przyspieszają kroku, biegną przed siebie śpiewając „Santiago est aqui“ (hiszp. Święty Jakub tu jest), po czym skaczą radośnie, tańczą i cieszą się po prostu na koniec wędrówki. Bije od nich radość, której można tylko zazdrościć.

No tak, ale książki...trafiamy na miejsce nieco przemoczone, bo z nieba polało deszczem, a kurtkę sprytnie schowałam pod na ścisk umieszczonym w plecaku pudełkiem. Kupujemy książki, koszystamy z kibelka na zapleczu i w drogę. Kilka odwiedzonych sklepów odzieżowo-torebkowych nas dobija, więc człapiemy do taksówki i już wkrótce siedzimy na baaardzo przewiewnym peronie czekając na pociąg do La Coruna. Czytamy, piszemy kartki, zwyczajnie odpoczywamy. W pociągu na szczęście ciepło, a obopólna decyzja o użyciu taksówki celem dostania się do statku przynosi ulgę. Wysiadamy przy centrum handlowym, po czym ja i mój plecakowielbłąd zasuwamy na pokład, wywnętrzamy się, pakujemy laptopa i słuchawki, a następnie powracamy do Jesse i komu w drogę, temu po buty. Szukamy tych butów, szuamy, tylko że znaleźć nie możemy – prawdopodobnie z uwagi na przesłaniające oczy zmęczenie. Przynajmniej pasek sobie kupiłam. Obiecująco wyglądająca knajpka z wifi zawodzi na domiar złego, otrzymawszy więc nasze zimne koktajle mleczne płacimy i zrezygnowane powracamy do galerii mając przed oczami nadchodzące hamburgery i nieuniknioną wycieczkę do Nothing Box. Tak też się dzieje – whooper i skype przypracają skrzydła. Jesse zawinęła się już do łóka, a ja dosiadłam się do nauczycieli, którzy nieco przedwceśnie świętowali urodziny Kate Bradley. Lampka wina znokautowała mi umiejętność synchronizacji mowy, toteż obraziwszy wcześniej niechcący Kathryn powróciłam do swojej jaskini i zapadłam w sen przedwachtowy.

 

 

skomentuj (0)

Azory-Hiszpania 2011-04-06 10:30:42

@font-face { font-family: "Wingdings"; }@font-face { font-family: "Cambria"; }p.MsoNormal, li.MsoNormal, div.MsoNormal { margin: 0cm 0cm 0.0001pt; font-size: 12pt; font-family: "Times New Roman"; }div.Section1 { page: Section1; }

20.03.2011/21.03.2011 wachta nocna Azory-Hiszpania

 

Księżyc swoim bladoniebieskim światłem przywodzi na myśl filmy o wilkołakach. Krągła tarcza błyszczy wśród chmur o roziskrzonych jej blaskiem brzegach, morze świeci srebrzyście i opalizuje. Na północnej stronie nieba pojawia się zarys łuku. Po chwili można odróżnić kolory tęczy. Przed chwią padało, powietrze jest wilgotne. Właśnie patrzymy na pełen łuk tęczy w środku nocy. Czyż nie jest to niesamowite? Czy tym, którzy nie widzieli, będzie łatwo uwierzyć? To widowisko stanowi dopełnienie i tak dobrego dnia, w którym dostałam muffina z czekoladą, kawałek porfiru i klepnięcie w ramię od Kapitana. Polecił mi wołać go przez intercom przy każdej wątpliwości i zmianie warunków, zakazał się wahać, bo “who hesitates, masturbates”… Przetestowaliśmy intercom, a kaptejn zademonstrował budzenie samego siebie słowami “Havor move your ass from bed and come on deck” (“Halvor rusz tyłek z wyrka i zasuwaj na pokład”) oraz “Halvor you bastard get out of bed now” (“Halvor skurczysynu wyłaź z wyrka natychmiast”). Posłusznie zobowiązałam się cytować słowa dowódcyJ A w dzień były duże delfiny skaczące w falach. i na lunch pomidory, a w salonie owoce w misce do wzięcia. Dobry dzień.

 

 

 

23.03.2011

W drodze z Horty do La Coruna

 

Cholerne wiatry wiedzą, gdzie płyniemy I specjalnie wieją w dziób. Niże i wyże tak się ustawiły, że od trzech dni tylko wschodnie i południowo-wschodnie. Teraz dopiero ma się odkręcić przez południe na zachód, ale kiedy…cholera wie. Wachty nudne masakrycznie, tylko się gapić w morze i w ekran, na radarze pustki, radio milczy, tylko BBC4 na 198kHz można posłuchać od czasu do czasu. Przynajmniej wieści z Libii i z Japonii jako tako odbieramy. Niebo zasnute pierzyną z chmur, ciemno jak w kopalni węgla, zanim wylezę na wierzch muszę przyzwyczaić oczy, aby się nie potknąć o własne nogi. Wynajduję zadania wymyślne i wymyślone, przegrzebuję EGC  w poszukiwaniu niusów, czytam to samo po raz pięćsetny, robię wyciągi z prognoz pogody i ziewam. Gadam z dzieciakami o pierdołach, gadam z Kimem o niczym, jesteśmy znudzeni do granic możliwości. Stoją tylko sztaksle, jeden kliwer i czasami sztormowy spanker. Pewnie znowu się spóźnimy dzień. Halvor nie chce przegrzewać silnika i jedziemy poniżej prędkości ekonomicznej, co już zupełnie nie ma sensu. Ech… Mam nadzieję, że pojawią się zachodnie, postawimy żagle i szybciutko potniemy ku Hiszpanii. Wymyśliłam żarcik z “greasing relative bearing” (smarowanie namiaru względnego) na jutro lub najbliższy czas, przynajmniej powinno być ciekawie. Dla niekapujących – namiar względny to kąt, wartość w stopniach, a nie przedmiot, tylko że biedne kursanty nie wiedzą.

Spaaać.

 

24.03.2011

 

Wicher skreca znowu na E, a mial przeciwnie i ku zachodowi. Juz 12kn, a mialo byc mniej. Predkosc spada i dodatkowo pojawil sie swell z ENE. Kim z Erin i Nickiem zedejmują z masztów bombramżagle. Kim twierdzi, że są zniszczone i stare, bo z 1993r, a dla mnie wyglądają na nówki sztuki. W żaglu zdjętym z bezanmasztu tylko dwie profesjonalnie maszynowo naszyte łatki i już, poza tym bez zastrzeżeń. Malutkie to szmatki, porównywalne do trumsli na Chopinie.

Wtajemniczylam Bruce’a w plan smarowania namiaru względnego. Mam nadzieję, że plan się powiedzie, bo potrzebuję powodu do smiechu.

Dzis przyszla do mnie Jesse sie wygadac. Ma dosc Asi i wcale sie nie dziwie. Mieszkaja razem, pracuja razem, sa razem caly dzien. Lubia sie, ale jedna jest szefowa, a druga podwladna i to jest trudne, gdy jedna ma gorszy dzien. Tak wiec Jesse sie cieszy, ze juz blizej konca niz poczatku. Posedzialysmy sobie na monkey island po kolacji i pomarzlysmy razem. Potem na wachte do mnie przyszla Asia. Nie wiem, czemu, ale dziala mi ona nieco na nerwy ostatnio. Chyba ma to cos wspolnego z jej wiekiem – 22 lata to dzidzia, co to nie wie, co ze soba poczac. Taka troszke beksa, co to sie skupia na malych rzeczach. Teraz na przyklad nakrecila sie na pomaganie dzieciakom w tworzeniu spolecznosci, bo jej zdaniem zaloga nie jest zgrana. Moim zdaniem rzadko sie widzi tak zgrane zalogi. Nie da sie uzyskac od wszystkich tego samego poziomu zaangazowania i juz. Trzeba niektore rzeczy zaakceptowac, ale te wiedze posiada sie z doswiadczeniem.

Przygotowalam relative bearing (“namiar względny”) – kawalek mosieznej blaszki w pudelku drewnianym. Jutro wielki dzien – smarujemyJ

A dzis wydrukowalam inwentaryzacje pojemnikow w Aft Fire Station i ponaklejalam na nie. Drukowanie jest utrudnione ze wzgledu na egzaminy, tak wiec nauczyciele okupuja drukarke, a mesa oficerska jest zajmowana dla wyzszych celow niz moja inwentaryzacja.

Jutro wraz z Kari zbadamy przeznaczenie lamp p-poz testujacych zawartosc tlenu w powietrzu. To przedpotopowe urzadzenia, nie moge dojsc do tego, jak dzialaja, wiec zwerbowalam norweska glowe, bo co dwie, to nie jedna. Kim powiedzial, ze da mi line na wycieraczke – wreszcie w domu pojawi sie normalna wycieraczka. Mam tez plan zawiniecia starego bloku z warsztatu. Nikt go chyba nie chce, wiec nie powinno byc problemu. Zobaczymy.

Wachta nocna nudna jak 150. Przetestowalam dwoch chlopcow z podstawowych wezlow, bo jakis czas temu nie wiedzieli, jak przywiazac flage do flaglinki i odleciala w sina dal uczepiona jedynie jednego konca, po czym uwiezla w takielunku. Sam Dano wyznal, ze po prostu nie moze sie nauczyc wezlow. Uczono go wiele razy, ale ciagle zapomina i to chyba cos nie tak z glowa. Powiedzialam mu, ze musi opanowac ratowniczy i wiecej nie bede od niego wymagac. Cwiczyl dzis na oku i jutro bedzie znowu cwiczyl. Po 2300 wiatr byl 0-1B z kazdej strony, wiec zwalilismy sztaksle. Przynajmniej niebo rozgwiezdzone.

 

26.03.2011

Chrzest pseudorównikowy-transatlantykowy rozpoczął się w deszczu i wietrze 40 węzłów, a skończył w słoneczku. “Pollywags” (ofiary chrztu) musieli całować zakupioną na Azorach głowę świni oraz nosić czapkę z ośmiornicy bez głowy. Przeurocze. Do tego standardowe jajko, mąka i musztarda na głowie oraz nurkowanie w kuble z “zupą” i posiłek `’ns pokrzepienie”. Bruce paradował w niebieskiej peruce i tiulowej sukience pochodzącymi z Hong Kong Megastore w Horcie, a Heather owinięta w prześceradło poprawiała wąsy z mopa i trzymała kurczowo chcący odlecieć trójząb. Cała impreza skończyła się koło południa. I dobrze, bo wiatr skręcił i ostatnie dwie godziny kluczyłam po morzu unikając konieczności brasowania. Teraz zbrasowaliśmy się na square, sztaksle poszły w dół i dostawiliśmy górnego marsla na grocie oraz foka. Sorlandet po odstawieniu silnika waha się przez chwilę, czy zwolnić, czy przyspieszyć, ale ostatecznie dociąga do 6,6 węzła i pierwszy raz chyba w czasie tego etapu rzeczywiście żeglujemy z wiatrem w plecy. W nocy Finisterre, raczej na mojej wachcie wypadnie, będzie ciekawie. Odrobię poziom podekscytowania i nerwów za ostatnie parę dni. Ruta tu, ruta tam, statki wszędzie, w między czasie raportowanie do VTSu i  jeszcze płótna na masztach, którym też trzeba poświęcać uwagę.

 

 

 

skomentuj (0)
Księga Gości
STS FRYDERYK CHOPIN
Chopin też płynie!!

ZDJĘCIA
Obrazki z Podróży